Sezon 2016/2017
Relacje meczowe: 2 Liga
Świetne widowisko obejrzeliśmy w starciu Warszawskiej Ferajny i Orzełów Stolicy. Jako faworyta wskazywaliśmy gości, którzy w tym sezonie radzą sobie naprawdę nieźle, z kolei ekipa Kacpra Domańskiego do tej pory miała ogromne problemy z wstrzeleniem się w ligowe realia. Początek starcia był dość zaskakujący, szczególnie dla gospodarzy, którzy już po trzech minutach gry musieli się pogodzić z dwubramkowym deficytem. Obie sytuacje były bliźniaczo podobne, czyli świetnie przeprowadzone akcje dwójkowe, przy których błyskotliwymi podaniami popisywał się Maciek Kiełpsz, a akcje z bliskiej odległości kończyli Krzysiek Niedziółka oraz Adam Wownysz. Dla "Ferajniarzy" taki obrót spraw był dużym szokiem i pierwsze kilka minut nie potrafili się otrząsnąć. Jednak już po niecałym kwadransie gry przejęli inicjatywę, której nie potrafili jednak przekuć na celne trafienia. Przebieg meczu wskazywał jednak na to, iż gole dla gospodarzy są kwestią czasu. Niemniej, do przerwy to Orzeły cieszyły się z prowadzenia 0:2. Zmiana stron po raz kolejny była szokiem, ale tym razem dla gości! Tak jak na początku spotkania bardzo szybko zmuszali golkipera rywali do kapitulacji, tak tym razem ich bramkarz musiał w ciągu niespełna dwóch minut dwukrotnie sięgać po futbolówkę do siatki. W obu przypadkach gole były dziełem duetu Patryk Gregorczuk & Adrian Dembiński, gdzie pierwszy z graczy kreował okazje, a drugi bezlitośnie je egzekwował. Ferajna cały czas napierała, jednak świetnie w defensywie radzili sobie, odziani w piękne, nowe stroje od Superbetu, gracze Orzełów. Przełamanie przyszło jednak po akcji dwójkowej Adriana Dembińskiego oraz Łukasza Niedźwiedzia, gdzie popularny "Adi" podawał, a Łukasz wykańczał. Nazywany przez kolegów "Misiem" Łukasz Niedźwiedź miał także udział przy bramce na 4:2, gdyż to jego asysta otworzyła drogę do bramki Patrykowi Gregorczukowi, który i tym razem się nie mylił. Goście nie poddawali się i po świetnej akcji i rajdzie Maćka Kiełpsza obejrzeliśmy gola na 4:3, na murawie zrobiło się bardzo ciekawie. Ostatecznie to spokój i konsekwencja Ferajny okazała się skuteczniejsze, gdyż nie tylko uszczelnili formację obronną nie tracąc gola, ale również przypieczętowali swoje zwycięstwo golem na 5:3 autorstwa świetnego tego dnia, Patryka Gregorczuka. Dzięki zwycięstwu Ferajna oddaliła się nieco od strefy spadkowej, a Orzeły Stolicy pozostały co prawda na podium, lecz straciły okazję na samodzielne prowadzenie w lidze.
Ostatnie w tabeli AFC Goodfellas podejmowało Green Lantern, które by nie stracić kontaktu z czołówką musiało koniecznie zgarnąć trzy punkty. Od początku meczu to goście wyglądali lepiej i po kilku minutach prowadzili dwoma bramkami. Gospodarze mimo że nadal borykają się z kontuzjami i brakami kadrowymi, to z nadziejami podchodzili do swoich zadań. Niezbyt dobry początek nie zrażał młodej ekipy z Ukrainy i po okresie przewagi przeciwników do głosu coraz częściej zaczęli dochodzić gracze w żółtych trykotach. Aleks Janicki miał coraz więcej pracy, ale znając jego kunszt wiedzieliśmy, że o trafienia dla rywali nie będzie tak łatwo. W pierwszej połowie w ofensywie aktywny był powracający do składu kapitan Green Lantern Mikołaj Wysocki. Gdy wydawało się że goście mają wszystko pod kontrolą to końcówka pierwszej polowy trochę zaburzyła obraz tej części gry. Błędy w kryciu spowodowały, iż gospodarze strzelili dwie bramki i złapali kontakt. Do przerwy mieliśmy wynik 2:4 i nieoczekiwanie mogliśmy się spodziewać ciekawych drugich 25 minut. Po zmianie stron Zielona Latarnia szybko podwyższyła rezultat. Jednak doświadczenie i jakość jaką mają w zespole gracze gości pozwoliła spokojnie przejść przez drugą odsłonę. Gospodarze mimo ambicji i walki dorzucili tylko jedno trafienie, a że Green Lantern strzelił trzy gole w tej połowie to mecz skończył się wynikiem 4:7. AFC Goodfellas nadal z jednym punktem zamyka tabelę, a team Mikołaja Wysockiego zrobił krok w kierunku drużyn, które obecnie są w ścisłej czołówce drugiej ligi.
Mecz na szczycie – tak śmiało możemy zapowiedzieć spotkanie pomiędzy drużynami Husarii Mokotów a Dzikami Młochów. Gospodarze tego spotkania do tej pory zdobyli komplet punktów wyraźnie pokonując w każdym meczu swoich rywali. Goście po porażce w pierwszej kolejce w kolejnych potyczkach schodzili z boiska jako zwycięzcy, dzięki czemu znacznie poprawili swoje notowania. Mecz lepiej rozpoczęli bardziej doświadczeni gracze z Młochowa, którzy już w 3 minucie wyszli na prowadzenie. W kolejnych minutach zespół ten bardzo mądrze wycofał się do obrony i przez długi czas ich rywale nie mogli znaleźć na to sposobu. Gospodarze dopięli swego w 18 minucie, kiedy to z rzutu wolnego bramkę zdobył Tomasz Hubner i ustalił wynik pierwszej części meczu na 1:1. Druga połowa przyniosła nam o wiele więcej emocji, lecz niestety nie tylko tych czysto piłkarskich. W pierwszych fragmentach goście dwukrotnie pokonali bramkarza rywali, dzięki czemu wyszli na dwubramkowe prowadzenie. Chwilę później żółtą kartkę dostał jeden z graczy Husarii, jednak rywale nie wykorzystali tych okoliczności. Emocje zwiększały się, a ich apogeum przyszło na finałowe fragmenty. Najpierw kolejną kartkę otrzymał zawodnik Husarii. Tym razem grę o jednego więcej zawodnika Dziki już wykorzystały, inkasując czwarte trafienie. Lada moment zrobiło się jednak 2:4. Potem arbiter jeszcze dwukrotnie sięgał do kieszonki, karając przedstawicieli obydwu ze stron, ale nie przełożyło się to na wynik spotkania. Ostatecznie mecz zakończył się przy stanie 4:2 dla Dzików, którzy zdobywając komplet punktów wskoczyli na pozycję lidera. Natomiast zawodnicy Husarii Mokotów pierwszy raz w tym sezonie stracili punkty i zrównali się w ligowej tabeli ze swoim niedzielnym rywalem.
W niedzielny wieczór KSB Warszawa podejmowała zespół UEFA Mafia Ursynów. Obie ekipy stawiły się na te spotkanie w bardzo solidnych składach, przez co od samego początku wykazywały spore zaangażowanie. To zapowiadało bardzo dobre widowisko. Pierwsi na prowadzenie wychodzą gospodarze, a bramkę po składnej akcji zdobywa Maciej Grabicki. Kilka minut później na tablicy wyników było już 2-0, kiedy to Sebastian Sobieszczuk podwyższył rezultat spotkania. Pierwsza odsłona była bardzo wyrównana i obie ekipy zmieniały się prowadzeniem. Raz prowadzili gospodarze, by po chwili oddać palmę pierwszeństwa na rzecz Mafii z Ursynowa. Po 25 minutach o trzy trafienia lepsi byli goście, a wynik na tablicy wskazywał rezultat 4:7. Druga połowa przyniosła nam grad goli, głównie ze względu na fakt, iż w obozie KSB przestała totalnie funkcjonować defensywa. Zawodnicy gospodarzy chcąc odrobić straty z pierwszej połowy otwierali się coraz bardziej, często zapominając o powrocie na własną połowę, czego efektem były powiększające się rozmiary porażki. Zawodnicy KSB Warszawa w drugiej połowie zdołali strzelić trzy bramki, ale sami stracili aż siedem, co wiele mówi na temat finałowych 25 minut. Spotkanie tak naprawdę mogło podobać się tylko w pierwszej połowie, w drugiej na boisku było sporo chaosu, co zdecydowanie wpływało jakość widowiska. Mecz ostatecznie kończy się wynikiem 7-14. Goście dzięki wygranej mogą dopisać kolejne w tym sezonie trzy punkty i z sześcioma oczkami zajmują miejsce w strefie spadkowej. Jesteśmy jednak przekonani, że z taką grą i formą jaką prezentowali w niedzielnym spotkaniu, tylko kwestią czasu jest, aż rozpoczną marsz w górę ligowej tabeli.
Korszarze po zwycięstwie z pierwszej kolejki wciąż szukają swoich kolejnych punktów. Podobna sytuacja dotyczy Tylko Zwycięstwo, które również przed tą kolejką miało na swoim koncie zaledwie trzy oczka. Obie ekipy wyszły na spotkanie zmobilizowane, ale zanim napastnicy jednej i drugiej ekipy zaczęli myśleć o zdobywaniu bramek to wyręczył ich... golkiper gości, zdobywając kuriozalną bramkę samobójczą i wyręczając tym samym TZ z pierwszych akcji ofensywnych. Korszarze szybko się jednak pozbierali. Co prawda było ich zaledwie siedmiu na tym meczu, to nie odpuszczali nawet kawałka boiska, czego efektem była zdobyta bramka wyrównująca przez Bartłomieja Kowalewskiego. Tylko Zwycięstwo nie pozostawało dłużne i ich wytrenowane ataki zaczynały wyglądać coraz lepiej, a po jednej z kilku składnych akcji piłkę do bramki skierował niezastąpiony w takich sytuacjach Andrzej Morawski. Przed przerwą gospodarze jeszcze podwyższyli prowadzenie, a autorem trafienia był Piotr Wadowski. W drugiej połowie obie ekipy zdobyły po jednej bramce, w zespole gospodarzy po raz drugi był to Piotr Wadowski, z kolei dla Korsarzy bramkę ustalającą wynik spotkania zanotował Mateusz Telakowski. Tylko Zwycięstwo zwyciężając w tym spotkaniu przesunęło się w kierunku środka tabeli drugiej ligi i być może uda im się jeszcze włączyć do walki o wyższe cele w tym sezonie. Z kolei Korsarze znów pozostają bez zdobyczy punktowej i po 5 kolejkach zajmują rozczarowujące dla nich przedostatnie miejsce w stawce.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)