reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualnośći
aktualnośći
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
DECATHLON CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga
ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
1
10:00

Starcie między AFC Goodfellas a Tylko Zwycięstwo, nie tylko zainaugurowało zmagania na Arenie Grenady w 8.kolejce, ale było też potyczką sąsiadów z tabeli. Miejsca jakie zajmują te ekipy w ligowej hierarchii nie są jednak specjalnie ekskluzywne, więc jedni i drudzy na pewno zdawali sobie sprawę, jak ważna będzie bezpośrednia rywalizacja. AFC Goodfellas mocno zmienili swój skład względem jesieni i próżno było tutaj szukać wielu zawodników, którzy stanowili o sile tej ekipy w poprzedniej rundzie. Z kolei rywale musieli sobie radzić bez Andrzeja Morawskiego i jak się później okazało – do takiego obrazka musimy się powoli przyzwyczajać. A jak wyglądał sam mecz? Początek należał do TZ, co zostało nawet udokumentowane bramką, ale z biegiem czasu coraz lepiej zaczęli wyglądać przeciwnicy. Widać było, że ta maszyna powoli się dociera i jeszcze przed przerwą udało się wyrównać. W drugiej połowie zespół z Ukrainy wyrobił sobie aż trzybramkową przewagę. Ogromna w tym zasługa Artioma Pastushyka, który skompletował hat-tricka i dobrze wykorzystywał podania od kolegów. Myśleliśmy, że wynik 4:1 jest bezpieczny, lecz Tylko Zwycięstwo miało inne zdanie w tym temacie. Powoli, acz systematycznie chłopaki zaczęli odrabiać straty i na kilka chwil przed końcem przegrywali już tylko jednym golem. Można było odnieść wrażenie, że za późno wzięli się do roboty, bo fizycznie wyglądali na tyle dobrze, że mogliby pewnie rozegrać jeszcze jeden taki mecz. Ale najważniejsze, że tuż przed końcem dopięli swego i ostatecznie udało im się wyrwać punkt. Ekipa Goodfellas trochę pokpiła ostatnie fragmenty spotkania, jakby wydawało jej się, że kwestia dowiezienia trzech punktów do mety jest formalnością. Ale mimo tego remisu i tak należy ich pochwalić, bo jak na pierwszy mecz w takim składzie, to wyglądało to nieźle. Z kolei Tylko Zwycięstwo udowodniło, że bez Andrzeja Morawskiego też jest życie. Chociaż nie da się oprzeć wrażeniu, że gdyby ten zawodnik był w niedzielę, to ekipa braci Jałkowskich wygrałaby to spotkanie w cuglach.

2
15:00

Orzeły Stolicy zakończyły poprzednią część sezonu serią trzech porażek z rzędu. To spowodowało, że Janek Wnorowski i spółka osunęli się w tabeli i chcąc być aktywnym graczem w kontekście podium, musieli jak najszybciej wrócić na zwycięską ścieżkę. Plan był prosty, jednak realizacja to była zupełnie inna kwestia, zwłaszcza że w niedzielę, po drugiej stronie boiska stanęły Dziki Młochów. Aktualny wicelider i drużyna, która ma nadzieję do samego końca walczyć o złote medale. No i gdyby ten mecz trwał 30 minut, to tutaj wszystko skończyłoby się zgodnie z przewidywaniami, bo Dziki prowadziły 4:1, z czego trzy gole zainkasował wszędobylski Michał Śpiewak. Zapowiadało się na dość łatwą wygraną, jednak faworytów dopadł kryzys. Mniej więcej od momentu, gdy zdobyli swojego ostatniego gola, zeszli ze swojego poziomu i dali się rozhulać przeciwnikom. A ci wykorzystali okazję! Po dwóch szybkich golach mieli już tylko jedną bramkę straty i dało się wyczuć, że nie zamierzają na tym poprzestać. Przegrywający praktycznie nie opuszczali połowy przeciwnika, który coraz bardziej gubił się w defensywie i po trafieniu Adama Wownysza był już remis! Ale i to nie satysfakcjonowało Orzełów. Oni chcieli więcej i na kilka chwil przed ostatnim gwizdkiem prowadzili 5:4! Stało się tak za sprawą strzału z rzutu wolnego Macieja Kiełpsza, gdzie piłka odbiła się po drodze od Ayhana Emiroglu i kompletnie zaskoczyła Arka Żyznowskiego. Myśleliśmy, że prowadzący nie wypuszczą już trzech punktów z rąk, tym bardziej, że Dziki akcji bramkowych stwarzali jak na lekarstwo. W sukurs przyszedł im jednak stały fragment gry, po którym Przemek Skrzydlewski znalazł odpowiedni korytarz dla piłki i ta zatrzepotała w siatce. Wynik 5:5 pozostał końcowym i w naszej ocenie sprawiedliwie oddał przebieg spotkania. Pierwsza połowa i początek drugiej dla Dzików, ale resztą część zdecydowanie na korzyść Orzełów. I chociaż pewnie jedni i drudzy mogą mówić o niedosycie, to chyba z perspektywy tych kilku dni raczej wszyscy jesteśmy zgodni, że ten rezultat nikogo tutaj nie skrzywdził.

3
20:00

W zaległej kolejce 2.ligi KSB Warszawa podejmowali Korsarzy. Gospodarze będący na 3 miejscu w tabeli byli faworytem tego spotkania. Na szczęście dla zebranych kibiców mecz okazał się wyrównanym widowiskiem. Pierwsi bramkę zdobyli gracze KSB. Maciej Grabicki, MVP tego spotkania, już na wstępie wykorzystał ładne podanie Pawła Szafoniego i bez problemu pokonał bramkarza rywali, trafiając na 1-0. Jednak Korsarze nie mieli zamiaru położyć się przed przeciwnikiem i próbowali konstruować swoje akcje. Minutę po straconej bramce Bartłomiej Kowalewski trafił na 1-1 po ładnej dwójkowej akcji z Mateuszem Marcinkiewiczem. 6 minut później Marcel Winiarski dołożył nogę po ładnym zagraniu "klepką" Mateusza Marcinkiewicza i zdziwieni faworyci przegrywali w tym momencie 1:2. Jednak nie bez powodu panowie z KSB są na 3 miejscu w tabeli. Pod koniec pierwszej połowy ładna akcja Pawła Szafoniego i Macieja Grabickiego kończy się golem na 2:2. Takim też wynikiem zakończyła się pierwsza odsłona. Drugą połowę od mocnego uderzenia zaczęli. Bartłomiej Kowalewski sprytnie zagrał do Marcela Winiarskiego, który pokonał bramkarza gospodarzy. KSB Warszawa musieli mocniej zaatakować i w ten sposób zostawiali coraz więcej miejsca ekipie przyjezdnych. Drużyna Korsarzy szybko wykorzystała nadarzającą się okazję i zdobyła bramkę na 4-2. Mateusz Marcinkiewicz trafił na bramkę po bardzo ładnym, samotnym rajdzie przez poł boiska. Sensacja wisiała więc w powietrzu. W tym momencie sygnał do ataku dla gospodarzy dal niezawodny tego dnia Paweł Szafoni. Bramkarz gospodarzy długim wyrzutem uruchomił napastnika KSB, który nie zmarnował sytuacji sam na sam z golkiperem gości i zanotował trafienie kontaktowe. Rozpędzeni gospodarze trafili ponownie kilka minut później i mieliśmy remis 4-4. Jednak Korsarze nie chcieli dać sobie wydrzeć zwycięstwa i to oni po raz trzeci objęli prowadzenie w tym meczu. Na 5-4 do siatki trafił Damian Wolski po dynamicznej kontrze swojego zespołu. Mecz walki trwał. Efektem tego była ładna, dwójkowa kombinacja zespołu KSB, po której padła bramka na 5-5. W tym momencie KSB Warszawa uzyskali przewagę w środku pola i coraz bardziej nacierali na dobrze grających w obronie zawodników Korsarzy. Jednak wystarczył moment zawahania, by to gospodarze zaczęli prowadzić. Dwie następne bramki były autorstwa duetu Raijego Samira i Macieja Grabickiego. Pierwszy dwa razy ładnie podawał a drugi bez problemu wykańczał akcje, z czego zrobił się wynik 7-5. Po tych trafieniach Korsarze rzucili się do ataku, co dało im bramkę kontaktową. Było to jednak ich ostatnie trafienie w tym spotkaniu. Faworyci po straconej bramce coraz mocniej naciskali na zmęczonego rywala i wygrali ostatecznie 9:6. Triumfatorzy musieli się bardzo mocno napracować, aby wywalczyć 3 punkty. KSB Warszawa zajmują 3 miejsce w tabeli 2.ligi, natomiast waleczni Korsarze zamykają ligową stawkę.

4
20:00

Było to starcie ekip o podobnym potencjale i spodziewaliśmy się bardzo zaciętego i wyrównanego meczu. Nasze przewidywania były nader słuszne, bo na pierwszego gola musieliśmy czekać niemalże kwadrans. Choć faworytem tego spotkania była teoretycznie ekipa gospodarzy, to wynik otworzyła Warszawska Ferajna, a konkretnie Franciszek Pogłód. Gol ten podziałał na Latarników jak płachta na byka, bo już minutę później był remis po trafieniu Mikołaja Wysockiego, a po chwili Green Lantern wyszło nawet na prowadzenie po golu Tomasza Ciurzyńskiego i pierwsza połowa zakończyła się skromnym prowadzeniem gospodarzy 2:1. W drugiej połowie mecz zrobił się jeszcze ciekawszy i nie brakowało sytuacji pod jedną, jak i pod drugą bramką. Wyjątkowo aktywny był przede wszystkim Adrian Dembiński z Warszawskiej Ferajny. W 27 minucie zdobył gola wyrównującego, ale Latarnie błyskawicznie zripostowały trafieniem Damiana Dobrowolskiego. Po chwili Adrian Dembiński znów zapisał się w protokole, choć na pewno nie tak jak by chciał, bo na jego koncie pojawiła się bramka samobójcza. Przez chwilę plac gry był sceną Adriana, bo w 34 minucie zrehabilitował się i zdobył gola na 4:3, a już minutę później asystował przy bramce Anassa El Ansari i znów mieliśmy remis. Ekipa Kacpra Domańskiego złapała wiatr w żagle i po chwili Konrad Pietrzak zapakował piłkę do siatki i było 5:6 dla Ferajny. W 40 minucie Green Lantern wyrównało po golu Sebastiana Bartczuka, ale dwie minuty później Adrian Dembiński skompletował hat-tricka wykorzystując rzut karny. Wydawało się, że Ferajna ma zwycięstwo w kieszeni, ale chwila nieuwagi wystarczyła, aby losy meczu się odwróciły. Najpierw Green Lantern wyrównało po golu Tomasza Ciurzyńskiego, a następnie w samej końcówce kapitan Latarni Mikołaj Wysocki zdecydował się na samodzielny rajd i przypieczętował zwycięstwo swojej ekipy w stosunku 7:6!

5
20:00

Jedno z najciekawszych i najbardziej zaciętych spotkań minioną niedzielę w całej Lidze Fanów obejrzeliśmy w starciu Husarii Mokotów z UEFA Mafia Ursynów. Lekkim faworytem byli gospodarze, którzy po zmaganiach jesiennych byli na pierwszym miejscu w tabeli, jednak z uwagi na kontuzję i nieobecność na boisku Tomka Hubnera zastanawialiśmy się, jak sobie poradzą. Pierwsze kilkanaście minut to zdecydowanie lepsza gra gości, którzy najpierw wyszli na prowadzenie po golu Michała Piłatkowskiego, a potem szybko się pozbierali po straconej bramce na 1:1 i dwiema świetnymi akcjami okraszonymi rajdem Piłatkowskiego oraz sprytnym wykończeniem Adama Golenia wyszli na wydawałoby się solidne prowadzenie 1:3. Husarze jednak po tych dwóch ciosach otrząsnęli się, a okres genialnej gry zanotował Bartek Grzybowski. To właśnie jego bramka z rzutu wolnego na 3:3 wyraźnie napędziła zespół gospodarzy. Po jego trafieniu na 4:4 mieliśmy wrażenie, że oglądamy zupełnie inny zespół niż z początku meczu. Jeszcze przed przerwą przepięknymi golami popisali się Eryk Kopczyński oraz Sebastian Maśniak i po pierwszej odsłonie Husaria prowadziła 6:4. W drugiej połowie gracze z Ursynowa od razu zaczęli odrabiać straty, i po ładnym podaniu Adama Golenia do Szymona Falkiewicza, drugi z wymienionych graczy skrócił dystans do stanu 6:5. Jednakże znów o sobie dał znać Bartek Grzybowski, który najpierw asystował przy bramce Piotrka Milewskiego, a następnie miał pośredni udział przy akcji Dominika Talarka, po podaniu którego gola na 7:5 zdobył Piotrek Milewski. Mafiozi się jednak nie poddawali i robili co mogli, aby pozostać w tym meczu, jednak nie obyło się bez kilku błędów, które skrzętnie wykorzystali gracze gospodarzy, zdobywając przed ostatnim gwizdkiem jeszcze dwie bramki. Mecz zakończył się wynikiem 10:7, i po raz kolejny trzeba podkreślić rolę Bartka Grzybowskiego, którego zryw w pierwszej połowie był punktem zwrotnym całego spotkania oraz momentem, w którym po raz pierwszy Husarze wyszli na prowadzenie. Dzięki zwycięstwu nadal pozostają liderem na swoim szczeblu rozrywkowym, natomiast UEFA Mafia Ursynów plasuje się tuż za podium.

Reklama