reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualnośći
aktualnośći
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
DECATHLON CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga
ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
1
08:00

W 16. kolejce 7. ligi doszło do emocjonującego, a momentami niestety napiętego starcia pomiędzy ukraińskim FC Dnipro United a walczącą o awans Saską Kępą. Spotkanie od początku toczyło się w atmosferze ogromnej determinacji z obu stron. Nie zabrakło piłkarskich emocji, ale niestety pojawiły się również incydenty, które wykraczały poza sportowy kontekst – dochodziło do niepotrzebnych spięć o tle narodowościowym, które nie mają miejsca na boisku.

W pierwszej połowie to Saska Kępa przejęła inicjatywę. Już na początku mieli świetną okazję, by objąć prowadzenie, ale Marek Kwiatkowski nie wykorzystał rzutu karnego – piłka odbiła się od słupka. Chwilę później jednak goście dopięli swego. Po sprytnym podaniu klubowej legendy Sebastiana Sitka, debiutujący Artur Wrzyszcz skierował piłkę do siatki i otworzył wynik meczu – 0:1.

Po zmianie stron Saska Kępa szybko poszła za ciosem. Tym razem Zgórzak wpisał się na listę strzelców, a asystę przy jego trafieniu zanotował Kwiatkowski, który zrehabilitował się za wcześniejszy błąd i odzyskał pewność siebie. Dnipro nie zamierzało się poddać. Po składnej, zespołowej akcji i dokładnym dograniu Kyrylo Kuda, Maksym Marchenko zdobył bramkę kontaktową, dając swojej drużynie nadzieję na korzystny rezultat. Mimo tego wynik nie uległ już zmianie i Saska Kępa mogła cieszyć się z ważnego, choć trudnego zwycięstwa.

Spotkanie zakończyło się wynikiem 1:2, ale z pewnością zapamiętane zostanie nie tylko ze względu na piłkarską rywalizację. Mecz momentami tracił sportowy charakter i wymknął się spod kontroli, co sprawiło, że sędzia miał pełne ręce roboty. Obie ekipy powinny wyciągnąć wnioski – bo choć stawka jest wysoka, duch fair play musi pozostać nadrzędną wartością.

2
10:00

Mecz, który na papierze wyglądał jak formalność dla pretendenta do tytułu, okazał się naprawdę soczystym widowiskiem. Shot DJ mierzył się z przedostatnią w tabeli Watahą Warszawa, która – choć wciąż z mizernym dorobkiem – nie miała zamiaru odpuszczać. I od pierwszego gwizdka było widać, że walka o utrzymanie to dla nich sprawa honoru.

Już w 2. minucie wynik otworzył Hubert Korzeniewski, który bez kompleksów dał Watasze sensacyjne prowadzenie. Gospodarze nie wpadli jednak w panikę. Do gry wrócił Maksym Hluschenko – długo nieobecny z powodu kontuzji – i szybko przypomniał, dlaczego jego brak tak bardzo był odczuwalny. Wyrównał chwilę po stracie gola i momentalnie nadał grze Shot DJ więcej płynności i klasy.

Chwilę później swoje show zaczął Denisio Fenomeno – nowy transfer prosto z Mozambiku. Piłka mu się kleiła do nogi, wizja gry była najwyższej próby, a jego bramka na 2:1 tylko rozpoczęła kanonadę gospodarzy. I choć worek z golami się rozwiązał, Wataha nie pękła – przed przerwą odpowiedziała jeszcze fenomenalnym trafieniem Roberta Malarowskiego, który z niemal połowy boiska huknął w samo okienko. Bramkarz tylko odprowadził piłkę wzrokiem.

Do przerwy Shot DJ prowadził różnicą dwóch goli, ale nikt nie mógł powiedzieć, że Wataha oddaje mecz bez walki. Wręcz przeciwnie – pokazali sporo charakteru i zostawili sporo zdrowia.

Druga połowa to już jednak pełna kontrola gospodarzy. Z każdą minutą przewaga rosła, a Hluschenko coraz mocniej wcielał się w rolę dyrygenta – asysty, przegląd pola, a przy tym nadal skuteczność pod bramką. Fenomeno? Dodał swoje, robiąc różnicę nie tylko liczbami, ale też energią na boisku. Końcowy wynik 10:6 nie mówi wszystkiego – to był szybki, otwarty, intensywny mecz, który mógł się podobać.

W ekipie Watahy bez dwóch zdań wyróżniał się Korzeniewski – gol, udział w czterech trafieniach, mnóstwo biegania. Mimo porażki – ogromny plus. Shot DJ? Zrobili swoje. Kolejne zwycięstwo i forma, która coraz wyraźniej wskazuje, że to oni mogą sięgnąć po mistrzostwo – o ile tylko Fenomeno i Maksym pozostaną zdrowi.

3
10:00

Gdy w meczu spotykają się drużyny dzielone zaledwie dwoma punktami, można w ciemno zakładać wyrównane zawody i walkę o każdy centymetr boiska. Tak właśnie było w starciu FC Melange z Kresovią Warszawa. Choć długo nie oglądaliśmy goli, to bynajmniej nie z powodu braku ofensywnych prób – tych było sporo – ale raczej z ostrożnego podejścia obu ekip, które nie chciały zbyt wcześnie odsłonić się w defensywie.

Duża w tym zasługa bramkarzy – Bartosz Jakubiel kilkukrotnie zatrzymał strzały Liashuka i Rohovyia, a po drugiej stronie Ivan Losik popisał się kapitalną interwencją przy próbie Kamila Marciniaka. Bez ich postawy wynik 0:0 z pewnością nie utrzymałby się tak długo. Pierwszy gol padł dopiero w 19. minucie – i to jak! Łukasz Słowik, najaktywniejszy po stronie gospodarzy, świetnie przyjął kierunkowo podanie od Marciniaka i uderzył z rotacją, po czym piłka odbiła się od słupka i wpadła do siatki. Goście odpowiedzieli jeszcze przed przerwą – po sygnale w postaci obicia słupka przez Vadyma Bezbidovycha, w końcu do siatki trafił Kirilo Przyka po długim podaniu od Włodzimierza Kazakowa. 1:1 do przerwy zapowiadało emocje w drugiej połowie – i te rzeczywiście przyszły.

Zaraz po wznowieniu gry groźny strzał Marcina Godlewskiego dał gospodarzom rzut rożny, a chwilę później ten sam zawodnik odebrał piłkę w wysokim pressingu. Futbolówkę przejął Słowik i pięknym wolejem między nogami Losika trafił na 2:1. Ale Kresovia odpowiedziała błyskawicznie – ledwie minutę później do pustej bramki trafił Oleksandr Rohovyi po dograniu Daniila Mikulicha. I znów remis. Po raz trzeci na prowadzenie FC Melange wyprowadził nie kto inny jak Łukasz Słowik, kompletując tym samym hat-tricka, ale i ta przewaga nie trwała długo – błyskawicznie wyrównał Liashuk.

Kluczowy moment nastąpił w 36. minucie – Bezbidovych efektownie wycofał piłkę podeszwą, a Liashuk precyzyjnym strzałem dał prowadzenie 3:4. Chwilę później goście przeprowadzili zabójczą kontrę dwóch na jednego, którą skutecznie wykończył Przyk – 3:5. FC Melange zdołało jeszcze złapać kontakt – po świetnej wrzutce z rzutu rożnego autorstwa Andresa Carmony, Słowik głową zdobył czwartą bramkę dla gospodarzy. Ale czasu zabrakło – Kresovia utrzymała prowadzenie i wygrała 5:4.

To bardzo cenne zwycięstwo dla gości, którzy dzięki trzem punktom wyprzedzili FC Melange w tabeli i zbliżyli się do strefy medalowej. Obie drużyny, przy takim układzie sił, najprawdopodobniej zrealizowały swój plan minimum – awans do Superbet Pucharu Ligi Fanów.

4
11:00

ADP Wolska Ferajna – Rodzina Soprano to kolejne starcie rozegrane 25 maja na Arenie Grenady. Spotkanie dwóch drużyn znajdujących się na zupełnie różnych biegunach tabeli zapowiadało mecz dość jednostronny – i choć nie skończyło się tu wielkim pogromem, to jednak obraz gry potwierdził przedmeczowe przewidywania.

Pierwsza połowa nie należała do najbogatszych w gole – zaledwie trzy trafienia i wynik 1:2 na przerwę to raczej rozczarowanie, zwłaszcza znając ofensywny potencjał obu zespołów. Na szczęście druga odsłona zrekompensowała to w pełni. Obie drużyny podkręciły tempo i w końcu doczekaliśmy się widowiska, na jakie czekaliśmy od pierwszego gwizdka.

Znacznie konkretniejsza i skuteczniejsza w ofensywie była Rodzina Soprano. Dawid Tymowski – autor dwóch bramek i dwóch asyst – zdecydowanie był najlepszym zawodnikiem na boisku. Kreator, lider, egzekutor – trudno znaleźć jedno określenie, które oddałoby jego wpływ na ten mecz. Gdy tylko goście zaczęli wykorzystywać swoje sytuacje, gospodarze momentalnie stracili impet, a obraz gry przesunął się wyraźnie na jedną stronę. Choć wynik 7:2 może nie robi wrażenia przy liczbie niewykorzystanych okazji przez Soprano, to dominacja tej drużyny nie podlegała żadnej dyskusji.

Rodzina Soprano utrzymuje się na drugim miejscu w tabeli i może już spokojnie szykować się na czerwcową galę rozdania nagród. Pytanie tylko – jaki kolor medalu zawisnął finalnie na ich szyjach? Odpowiedź poznamy po ostatnich dwóch kolejkach!

5
11:00

W niedzielne przedpołudnie na Arenie Grenady rozegrano spotkanie drużyn z dolnych rejonów tabeli 7. Ligi Fanów. Ostatni w tabeli zespół Sante podejmował walczące o utrzymanie Q-ICE Warszawa. Gospodarze przystępowali do meczu bez szans na pozostanie w lidze, mając na koncie zaledwie 4 punkty. Dla Q-ICE była to szansa na wydostanie się ze strefy spadkowej – przed meczem tracili do bezpiecznego miejsca tylko dwa oczka.

Początek meczu był wyrównany – obie drużyny miały swoje sytuacje, ale dobrze spisywali się bramkarze, popisując się kilkoma naprawdę efektownymi interwencjami. Z czasem jednak to goście zaczęli przejmować inicjatywę i wyraźnie pokazali, że zamierzają walczyć o utrzymanie do samego końca. Do przerwy Q-ICE prowadziło już 6:1, a show skradł Vlad Yarmoliuk, który ustrzelił klasycznego hat-tricka. Dwa trafienia dołożył Maks Blinskiy, a na listę strzelców wpisał się także… bramkarz Eduard Vakhidov, który po indywidualnej akcji przeszedł całe boisko i pewnym strzałem zakończył akcję. Vakhidov wyróżniał się przez cały mecz – nie tylko dobrze bronił, ale aktywnie uczestniczył w rozegraniu i grze ofensywnej. Dla Sante jedyną bramkę w pierwszej połowie zdobył Tomasz Cacko.

Po przerwie znów błysnął Cacko – efektownym trafieniem dał gospodarzom cień nadziei. Ale Q-ICE szybko ucięło wszelkie spekulacje – drugą połowę zdominował Mariusz Zduńczyk, który dzięki swojej ambicji i waleczności skompletował hat-tricka. Po jednym golu dołożyli też Vadim Korob i Łukasz Mróz. Sante odpowiedziało jeszcze dwoma trafieniami, ale było to zbyt mało, by realnie myśleć o punktach.

Mecz zakończył się wynikiem 4:11. Q-ICE Warszawa dzięki temu zwycięstwu wydostało się ze strefy spadkowej i może z optymizmem patrzeć na ostatnie kolejki. Dla Sante to już koniec marzeń – drużyna żegna się z 7. Ligą.

Reklama