Sezon Lato 2024
Relacje meczowe: 7 Liga
Faworytem rywalizacji pomiędzy Sante a FC Melange byli goście, którzy przed tym meczem zajmowali trzecie miejsce w tabeli. Gospodarze, po "spadku" z trzeciej ligi, rozpoczęli rundę od dwóch porażek, więc potrzebowali przełamania.
Początek spotkania był jednak idealny dla Sante – już w pierwszej minucie objęli prowadzenie, co dodało im pewności siebie. Chwilę później mieli jeszcze dwie dobre okazje, ale nie zdołali ich wykorzystać. Z czasem inicjatywę przejął Melange, który zamknął rywali na ich połowie. Mimo przewagi w posiadaniu piłki, Pomarańczowi nie potrafili znaleźć sposobu na dobrze zorganizowaną defensywę gospodarzy, którzy umiejętnie kontrowali. W 14. minucie padła druga bramka dla Sante – po stracie piłki przez obrońcę Melange i szybkiej kontrze, gospodarze podwyższyli na 2:0. Choć goście nadal prowadzili grę, to klarowniejsze sytuacje miała drużyna oponentów. Przełamanie przyszło dopiero w 21. minucie – Marcin Godlewski zdobył gola kontaktowego, ustalając wynik do przerwy na 2:1.
Po zmianie stron FC Melange kontynuowało ataki pozycyjne i cierpliwie budowało grę. Ich determinacja przyniosła efekty – po trafieniach Kamila Marciniaka i ponownie Godlewskiego, goście wyszli na prowadzenie 2:3. Wydawało się, że wszystko zmierza w ich stronę, ale kilka minut później Grzegorz Kozłowski popisał się świetną indywidualną akcją i doprowadził do remisu.
W końcówce więcej z gry miał Melange, chłopaki stworzyli kilka okazji, ale nie zdołali już przechylić szali zwycięstwa na swoją stronę. Mecz zakończył się remisem 3:3, który może cieszyć gospodarzy, natomiast goście mogą czuć niedosyt – zabrakło im nieco skuteczności i zimnej krwi w decydujących momentach.
Wczesnym niedzielnym porankiem na Arenie Grenady rozegrano starcie 12. kolejki 7. ligi pomiędzy sąsiadującymi w tabeli zespołami: KK Wataha Warszawa i Kresowia Warszawa. Obie drużyny miały po 15 punktów i zajmowały odpowiednio 7. i 6. miejsce. Zapowiadał się wyrównany pojedynek o miejsce w środku stawki.
Od pierwszego gwizdka inicjatywę przejęła Kresowia. Już na początku Vadym Bezbidovych otworzył wynik meczu, a chwilę później, mimo gry w osłabieniu, goście podwyższyli prowadzenie na 2:0, pokazując ogromną determinację. Przed przerwą Anton Dubovich dorzucił trzeciego gola, dając swojej drużynie wyraźną przewagę.
Po zmianie stron obraz gry się nie zmienił – przewaga Kresowii utrzymywała się. Dubovich ponownie błysnął skutecznością, wykorzystując świetne podanie od Martyniuka i podwyższając wynik na 4:0. Gospodarze odpowiedzieli trafieniem Huberta Korzeniewskiego, który wykorzystał rzut karny podyktowany po faulu na Wolnym. Chwilę później jednak dwa szybkie ciosy zadał Liashuk, zmieniając wynik na 6:1.
Wataha nie zamierzała się poddać. Najpierw Korzeniewski zdobył swoją drugą bramkę po asyście Anassa, a następnie Malarowski wykorzystał zagranie Czerneckiego, zmniejszając straty do 3:6. Nadzieje gospodarzy na powrót do gry zgasły jednak w końcówce – ostatnie słowo należało do Dubovicha, który po podaniu Rohowego skompletował hat-tricka i ustalił wynik spotkania na 7:3.
To zwycięstwo pozwoliło Kresowii odskoczyć od bezpośredniego rywala i umocnić swoją pozycję w tabeli. Wataha natomiast musi popracować nad defensywą – choć ofensywa pokazała charakter, zbyt wiele straconych bramek w kluczowych momentach odebrało im szanse na korzystny wynik.
To spotkanie od początku miało wyraźnego faworyta. Saska Kępa, zajmująca 5. miejsce w tabeli i walcząca o awans, podejmowała Q-ICE Warszawa – drużynę z 8. lokaty, która desperacko potrzebuje punktów, by wydostać się ze strefy spadkowej.
Od pierwszego gwizdka spotkanie było pokazem absolutnej dominacji gospodarzy. Saska Kępa szybko narzuciła wysokie tempo i bezlitośnie wykorzystywała każdą lukę w defensywie rywali. Już do przerwy wynik mówił sam za siebie – 9:1. Bezapelacyjnym bohaterem tej części meczu był Marek Kwiatkowski (nr 7), który zanotował aż cztery gole i dwie asysty. Niewiele ustępował mu Sławomir Gediga, autor hat-tricka i jednej asysty.
Po zmianie stron gospodarze nieco zwolnili, co pozwoliło Q-ICE na zdobycie kilku honorowych trafień. Przy stanie 10:1 goście zaczęli łapać rytm, doprowadzając do 13:3. Następnie padł gol na 14:3, po czym Q-ICE zdobyło jeszcze dwie bramki, zmniejszając rozmiary porażki do 14:5 i 14:6. Ostatnie słowo należało jednak do Saskiej Kępy, która ustaliła wynik na 15:7.
Choć Q-ICE próbowało walczyć w końcówce, różnica klas była zbyt wyraźna. Mimo ofensywnych przebłysków goście nie zdołali powstrzymać rozpędzonej maszyny gospodarzy. Saska Kępa, dzięki temu pewnemu zwycięstwu, pozostaje w ścisłej czołówce i wciąż realnie liczy się w grze o awans. Q-ICE natomiast musi szukać punktów gdzie indziej – i to jak najszybciej, bo walka o utrzymanie staje się coraz trudniejsza.
Na boiskach warszawskiego AWF-u punktualnie o 15:00 rozpoczęło się jedno z najbardziej wyczekiwanych spotkań 12. kolejki. Pogoda dopisała, słońce świeciło, a kibice licznie zebrali się przy boisku B, wiedząc, że czeka ich wyjątkowy mecz. Rodzina Soprano specjalnie na to starcie sięgnęła po wzmocnienie – na boisku pojawił się gracz znany szerzej jako „Ferrari”. Kiedy, jeśli nie na taki mecz, wyciąga się najmocniejsze karty?
Mimo medialnego szumu to Shot DJ lepiej rozpoczął rywalizację. Już w 2. minucie szybka wymiana podań zakończyła się golem Filipa Olaka, który otworzył wynik spotkania. Odpowiedź Soprano była natychmiastowa – Krzysztof Kulibski wykorzystał podanie Grzegorza Bogdańskiego i doprowadził do wyrównania. Chwilę później na prowadzenie gości wyprowadził Michał Chaciński, skutecznie kończąc kontratak. Do przerwy utrzymywała się minimalna przewaga Soprano, ale gospodarze zdołali jeszcze przed gwizdkiem wyrównać. Jeremi Szymański, który od początku meczu był wyróżniającą się postacią Shot DJ, pewnym uderzeniem doprowadził do remisu, a jego dynamiczna gra i pewność siebie mocno napędzały zespół.
Po przerwie obraz gry uległ zmianie. Rodzina Soprano wprowadziła na boisko Mateusza Mazura – zawodnika z ekstraklasowym doświadczeniem – i ten od razu zrobił różnicę. Poprowadził trzy szybkie akcje, z których każda zakończyła się golem. W krótkim czasie goście odskoczyli z wynikiem, a Shot DJ wyraźnie stracił impet. Z każdą minutą morale gospodarzy spadało, a nadzieja na odrobienie strat powoli gasła. Końcówka meczu to już pełna kontrola Rodziny Soprano. Ferrari dyrygował z tyłu, Mazur robił różnicę z przodu, a reszta drużyny grała z dużym luzem, ale wciąż bardzo skutecznie. Choć pierwsza połowa zwiastowała wyrównane widowisko, druga odsłona była już jednostronnym pokazem siły i szerokiej kadry gości.
Rodzina Soprano wygrała zasłużenie i potwierdziła, że ich ambicje sięgają znacznie wyżej niż tylko siódma liga.
ADP Wolska Ferajna, po zeszłotygodniowej porażce z drużyną ze strefy spadkowej, stanęła przed szansą na odrobienie strat do czołówki. Tym razem zmierzyła się z FC Dnipro United, które po dwóch przegranych na wiosnę również szukało punktów.
Pierwsza połowa, choć dość wyrównana, padła łupem gości, którzy lepiej wykorzystywali swoje sytuacje. Dwa z trzech goli dla FC Dnipro padły po dobitkach – skrzydłowi idealnie zamykali akcje, dobijając piłkę po wcześniejszych strzałach w słupek. Gospodarze nie potrafili znaleźć sposobu na dobrze dysponowanego Vladislava Zhukova i do przerwy przegrywali 0:3.
Druga połowa była jeszcze bardziej zacięta i pełna emocji. ADP rozpoczęła ją od zmniejszenia strat, szybko łapiąc kontakt z rywalem. Mecz zrobił się bardzo fizyczny – nie brakowało walki do ostatniego gwizdka. Obie drużyny próbowały przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść.
Na dziewięć minut przed końcem FC Dnipro zdobyło czwartą bramkę, ale minutę później ADP ponownie odpowiedziała, zmniejszając straty. Ostatecznie jednak końcówka należała do gości – w ostatnich trzech minutach aż trzykrotnie pokonali Wiktora Stankowskiego, odnosząc swoje pierwsze zwycięstwo w rundzie wiosennej.
ADP Wolska Ferajna zanotowała spadek w tabeli, a jeśli myśli o walce o podium, musi zdecydowanie poprawić grę w pierwszych połowach – bo drugie odsłony spotkań wychodzą im znacznie lepiej.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)