Sezon 2020/2021
Relacje meczowe: 6 Liga
Na początek ligowych zmagań w niedzielny poranek zapowiadane starcie Mikstury z Crimson. Obie drużyny od pierwszych minut wykazały dużą chęć gry i aktywność w środku pola. Rosnąca przewaga w kontrolowaniu tempa pierwszej połowy była wyraźna, dzięki czemu gospodarze wykreowali znaczącą ilość akcji ofensywnych. A te przerodziły się na bramki. Crimson w tej części gry starali się korzystać z kontrataków, co było przeciwnością rywali. Pierwszą bramkę w meczu i w historii swoich występów w Lidze Fanów strzelił Wojciech Laskowski, który był widocznym liderem w szeregach swojej drużyny. Do przerwy Mikstura była niemal bezbłędna prowadząc pewnie 5:0. Po zmianie stron wyraźnie zgubił ich brak koncentracji, który otworzyła szansę na powrót do meczu swoim rywalom. Podopieczni Damiana Kucharczyka szczególnie w ostatniej fazie spotkanie grali odważnie i skutecznie, czego nie można powiedzieć o gospodarzach. Co prawda także nie pozostawali dłużni i skutecznie finalizowali kolejne akcje, to nie trafili karnego, czy zgarnęli niepotrzebną karę minutową za dwukrotne dotknięcie piłki przez zawodnika z pola. Mecz był szybki, dynamiczny, bez większych złośliwości, w akcje zespołów byli zaangażowani koledzy z drużyny, a nie jednostki. Ostatecznie na wyróżnienie zasługuje wspomniany wcześniej Laskowski czy Zych, a w drużynie przeciwników choćby wspomniany Kucharczyk, regularnie ostrzeliwujący zza pola karnego, czy solidny Zieliński. Finalnie spotkanie zakończyło się wynikiem 11:4 na korzyść Mikstury.
Wystarczył rzut oka na tabelę, by zorientować się, jak ważny był to mecz dla końcowego układu tabeli 6.ligi. Iglica i Kanonierzy walczą brawurowo o utrzymanie na tym poziomie rozgrywkowym i punktów potrzebują jak ryba wody. W tej rundzie korzystniej prezentowali się podopieczni Artura Baradzieja-Szczęśniaka, ale ostatnio zostali sprowadzeni na ziemię przez After Wolę, a dodatkowo grali bez swojego najlepszego zawodnika, Łukasza Racisa. Skład Iglicy prezentował się bardziej okazale i to właśnie ten zespół lepiej wszedł w mecz. Po błędzie bramkarza Kanonierów gospodarze objęli prowadzenie, a następnie za sprawą Krystiana Sobierajskiego podwyższyli je. Myśleliśmy, że dzięki temu uda im się kontrolować spotkanie, ale powoli do głosu zaczęli dochodzić przeciwnicy. Już do przerwy nominalnym gościom udało się zmniejszyć straty, z kolei w drugiej połowie przewaga Iglica cały czas oscylowała w granicach jednej, lub dwóch bramek. Co więcej – ten zespół miał też wyższy procent posiadania piłki, jednak rywale wciąż pozostawali groźni. Kanonierom udało się nawet dojść swoich oponentów na 4:3 i myśleliśmy, że siłą rozpędu pokuszą się o kolejne trafienia. Mecz w tym okresie był trochę chaotyczny, widać było, że jednym i drugim bardzo zależy na zwycięstwie, co nie zawsze przekładało się na jakość gry. Szybciej z tej piłkarskiej szarpaniny wyszli podopieczni Radka Sówki. Głównie za sprawą niezmordowanego Patryka Cyranowskiego, który zainkasował ważne trafienie na 5:3. Kanonierzy nie zwieszali głów, znów udało im się znaleźć bezpośrednio za plecami rywali, lecz ostatnie słowo należało do Radka Sówki, który przypieczętował sukces swojej ekipy w stosunku 6:4. I trzeba powiedzieć, że Iglica zasłużyła na takie zakończenie. Na przestrzeni całego spotkania była to drużyna, która prezentowała się stabilnie, a Kanonierzy dobre momenty przeplatali dużo słabszymi. Znamy ich na pewno z lepszych występów i można odnieść wrażenie, że ta ekipa potrafi zagrać lepiej z silniejszymi od siebie, natomiast z tymi na swoimi poziomie jakoś nie potrafi wejść na odpowiedni poziom. To niestety poskutkowało kolejną porażką, która oznacza, że chłopaki są tuż nad strefą spadkową. Iglica ich goni, bo dzięki ostatniej wygranej ma jeden punkt straty do niedzielnych rywali. Niewykluczone więc, że to właśnie między tymi drużynami rozstrzygnie się batalia o ostatnie bezpieczne miejsce na koniec sezonu 6.ligi.
W niedzielne południe o 13:00 na sektorze C zawitały drużyny 6 ligi FC Vikersonn oraz Bad Boys. Mecz zapowiadał się na bardzo interesujący, ponieważ obie drużyny walczą o ligowe podium. Drużyna gości przyszła niestety w okrojonym składzie, bez kilku głównych postaci, zaś zespół gospodarzy prezentował się w dość mocnym zestawieniu. Po pierwszym gwizdku żadna z drużyn nie przystąpiła do pressingu. Długi czas nie padła też bramka, mimo wielu prób z obu stron. Jako pierwsi na prowadzenie wyszli Bad Boys po strzale Karola Kalickiego. Chwilę później padają dwie bramki - najpierw wyrównująca a potem dająca powrotne prowadzenie ekipie gości, którzy mądrze grali piłką i bronili się od połowy przeprowadzając niebezpieczne ataki. Vikersonn mimo częstszego posiadania piłki i większej liczby sytuacji bramkowych przegrali premierową połowę 1:2. W dalszej części spotkania znów długo nie oglądaliśmy trafień. Wiele interwencji bramkarzy, szczególnie Krystiana Matyska, który niejednokrotnie w tym meczu ratował swoją drużynę. Po strzelonej bramce na 2:3 zespół Bartka Bodobasa cofnął się i dzięki dobrej organizacji gry oraz umiejętnemu ustawianiu się w defensywie, przechylił to niezwykle ważne spotkanie na swoją korzyść.
After Wola w starciu z Wiecznie Drugimi musiała się niemało napracować, żeby wywalczyć sobie przewagę na boisku i zgarnąć komplet punktów. Zaczęli z determinacją, napierając na rywali od pierwszych minut i wykonali co najmniej cztery rzuty rożne w krótkim odstępie czasu, na co gospodarze w 100% sytuacji w odpowiedzi trafili w słupek, by chwilę później zmarnować okazję 2 na 1. Klasyk głosi, że niewykorzystane sytuacje się mszczą i tak rzeczywiście było. Dwukrotnie mur gospodarzy był nie do końca szczelny, co spowodowało, że Kamil Ptak dwukrotnie wbił piłkę do siatki rywali, co bardzo rozzłościło Wiecznie Drugich. Momentami mecz był rozgrywany na stojaka, ale bardzo mocno było odczuć duszące powietrze unoszące się nad obiektem. Sędziowie w paru spotkaniach zarządzali krótkie przerwy na nawodnienie. Do przerwy 0:2. Po zmianie stron mecz się podostrzył, żadna z ekip celowo lub trochę mniej podgryzała przeciwników grą ciałem lub kopnięciami po łydkach. Ambicja gospodarzy w końcu została nagrodzona, którzy trafili bramkę kontaktową. To jednak była tylko jednorazowa sytuacja, ponieważ mimo pojawienia się tych sytuacji After Wola grała po prostu na luzie, dzięki czemu jej akcje miały swoje tempo, szczególnie, że dobrze czuli się z piłką przy nodze. U gości przy korzystnym wyniku pojawiała się czasami nonszalancja, która w starciu z bardziej doświadczoną drużyną zapewne szybko zostałaby skarcona. Finalnie tak się nie stało i w przyjemnym dla oka meczu After Wola wygrali 1:6, czym umocnili się na drugiej pozycji w ligowej tabeli 6. ligi.
Więcej Sprzętu niż Talentu przybyli na obiekt AWF zdeterminowani, by wywieźć z niego cenne trzy punkty. Po ostatnich niezadowalających wynikach miał to być moment przełamania, by wciąż pozostać w walce o awans. W ostatniej kolejce zarówno Więcej Sprzętu niż Talentu, jak i Czasoumilacze zremisowali swoje spotkania, oba zakończyły się takim samym wynikiem 4:4. Oczekiwaliśmy niezłego widowiska i nie zawiedliśmy się. Na pierwsze trafienie czekaliśmy do 11. minuty. Choć na boisku przeważała ekipa Czasoumilaczy, to jednak wynik otworzył najskuteczniejszy w tym sezonie zawodnik gospodarzy, Dominik Banasiewicz. W pierwszej odsłonie gry można było odnieść wrażenie, że goście mają przewagę. Więcej utrzymywali się przy piłce i oglądaliśmy sporo groźnych, choć niecelnych strzałów z dystansu. W 15. minucie do wyrównania doprowadził Mateusz Grzela. Pięć minut później goście sprytnie rozegrali rzut z autu, a bramkę z woleja zdobył Mikołaj Kuszka. Wszystko wskazywało na to, że Czasoumilacze zejdą na przerwę z jednobramkową przewagą, jednak minutę przed gwizdkiem kończącym pierwszą połowę piłka trafiła w rękę jednego z zawodników gości, a podyktowany rzut karny pewnie wykorzystał Dominik Banasiewicz. Do przerwy wynik brzmiał 2:2. Po zmianie stron gra stała się bardziej wyrównana i oba zespoły stwarzały groźne sytuacje. Dzięki świetnym interwencjom bramkarzy obu ekip rezultat nie zmieniał się aż do 40. minuty. Wtedy to na listę strzelców ponownie wpisał się Mateusz Grzela, dodając tym trafieniem kolegom wiatru w żagle. Kilka minut później, po świetnie przeprowadzonej kontrze, Czasoumilacze powiększyli swoją przewagę do dwóch goli. Więcej Sprzętu niż Talentu postawili wszystko na jedną kartę, grając ofensywnie. Dzięki czemu w końcówce doprowadzili do remisu 4:4. Wyglądało na to, że obie ekipy skończą z identycznym wynikiem jak tydzień wcześniej. Jednak w ostatniej minucie meczu szalę zwycięstwa na stronę gości przechylił nie kto inny jak MVP 15. kolejki, Mateusz Grzela, zdobywając swoją czwartą bramkę w tym spotkaniu. Więcej Sprzętu niż Talentu przegrywają 4:5 i oddalają się od upragnionej strefy medalowej, do której na ten moment tracą cztery punkty. Czasoumilacze pokazali się z dobrej strony, mogą być zadowoleni ze swojej gry i po raz kolejny udowodnili, że nie są łatwym przeciwnikiem i potrafią postawić trudne warunki ekipom z czołówki.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)