Sezon 2020/2021
Relacje meczowe: 6 Liga
Więcej Sprzętu niż Talentu w pojedynku z FC Vikersonn to był swego rodzaju mecz zagadka, głównie dlatego, że obecna tabela 6.ligi jest bardzo spłaszczona i nie jesteśmy w stanie na dzisiaj wskazać 100 % pewniaka do awansu. Ta potyczka zdecydowanie nas w tym utwierdziła. Mocny początek i szybkie otwarcie wyniku przez gospodarzy zwiastowało, że padnie w spotkaniu wiele bramek przez ofensywne „zaloty” ligowców. O mały włos Vikersonn przegrywaliby chwilę później różnicą dwóch bramek, ale doskonały tego dnia Zaridze uchronił przed stratą gola, a co więcej, asystował w kontrataku. Ten impuls był niezwykle istotny z poziomu boiska. Mecz się zdecydowanie wyrównał, Więcej Sprzętu niż Talentu częściej operowali piłką, przesuwali się bliżej pola karnego rywali, ale to właśnie goście z kontry dawali więcej konkretów. Do przerwy 1:2, a duża była w tym zasługa bramkarzy gości. Po zmianie stron indywidualny popis Pyvovara spowodował, że mógł częściej korzystać z przewag w grze 1 vs 1, a także otwierających podań kolegów. To była połowa ciągłych emocji, skutecznie akcje, błędy w kryciu, parady bramkarzy, zdarzył się także przestrzelony karny gospodarzy – strzał w poprzeczkę. Umiejętność korzystania z dyspozycji obrońców i bramkarza, a także lepsza skuteczność doprowadziła do tego, że goście stanęli na wysokości zadania i wywalczyli zwycięstwo, w sumie już piąte w tym sezonie. Równie dobrze mecz mógł się ułożyć w drugą stronę, ale czasami decyduje szczęście i dyspozycja jednego zawodnika, co przekłada się na wynik końcowy. A tego dnia brzmiał on 4:6.
Faworyci nie zawiedli! Mikstura po dwóch porażkach w dwóch pierwszych kolejkach notuje serię pięciu zwycięstw z rzędu i trudno przewidzieć, kiedy i kto zatrzyma tę maszynę. Nie udało się to Ciamajdom, ale niewielu oczekiwało od nich stawienia czoła jednemu z faworytów do tytułu. Goście zajmują ostatnie miejsce w tabeli szóstej ligi i mają najgorszy bilans bramkowy. Do bezpiecznej pozycji brakuje im siedmiu punktów, ale kluczowe w ich przypadku będą starcia z drużynami, znajdującymi się w dolnej połowie tabeli. Zawodnicy Mikstury imponują bowiem bardzo wysokimi umiejętnościami indywidualnymi, które rzucały się w oczy w ich bezpośrednim starciu. Wyjątkowo udany występ zaliczył Rafał Jochemski, który nie tylko otworzył wynik spotkania, ale też zaliczył łącznie cztery trafienia i jedną asystę. Obserwatorów zza bocznej linii boiska zachwycał sztuczkami - minięcie rywala zwodem “elastico” zapamiętamy na długo. Do przerwy utrzymywał się wynik 3:1, bo gola dla gości strzelił Łukasz Gembarzewski. Jak się później okazało było to jedynie trafienie honorowe. W drugiej części spotkania Ciamajdy nie znalazły już drogi do bramki wicelidera, a hat-tricka zaliczył w niej, wspomniany wcześniej, Rafał Jochemski. Ostateczny rezultat 6:1 oddał przebieg tego spotkania. Inaczej sytuacja dla przegranych powinna wyglądać w następnej kolejce, gdy rywalizować będą z sąsiadem z tabeli - Kanonierami.
Gdybyśmy wśród wszystkich meczów 7.kolejki, mieli wskazać ten, któremu najbliżej do miana piłkarskiego rollercoastera, to według nas starcie After Woli z Bad Boys byłoby w tej kwestii mocnym kandydatem. Zobaczyliśmy bowiem niezwykle otwarte widowisko, gdzie padło aż 14 goli, a mogło ich być jeszcze więcej. Źli Chłopcy do tego spotkania przystępowali osłabieni – nie było Damiana Borowskiego oraz Bartka Podobasa i zastanawialiśmy się, czy to nie będą zbyt duże straty, by powalczyć tutaj o dobry wynik. Rywale też mieli swoje problemy, brakowało choćby Patryka Abbassiego, natomiast kilku innych graczy wydawało się lekko wczorajszych ;) Sami zresztą tego nie ukrywali, ale gdy wybrzmiał pierwszy gwizdek to wszystko przestało mieć znaczenie. I tak jak pisaliśmy - od samego startu widowisko było otwarte, z kategorii „cios za cios”, bo gdy jedni strzelali, to drudzy natychmiast odpowiadali. W obozie Bad Boys dobrą pracę wykonywał Maciek Pyrka, a akcje skutecznie finalizował Michał Podobas. To pozwalało gościom trzykrotnie wychodzić w pierwszej połowie na prowadzenie, ale rywal nie odpuszczał, a przy stanie 3:3 pięknym golem popisał się Kacper Włodarczyk. Bad Boys zdołał jednak wyrównać jeszcze przed przerwą, a początek drugiej połowy to dość niespodziewany obrót sprawy. Myśleliśmy, że zmęczenie w obozie Złych Chłopców da o sobie wreszcie znać, tymczasem to oni byli stroną aktywniejszą, dzięki czemu udało im się wyrobić sobie dwubramkową przewagę. After Wola grała beztrosko w obronie, co musiało się tak skończyć. Wiedzieliśmy jednak, że Paweł Fronczak i spółka tak tego nie zostawią. Że wreszcie zaczną grać na miarę swoich możliwości i faktycznie ten moment przyszedł. Mimo wielu świetnych obron bramkarza Bad Boys Huberta Karolaka, miejscowi ze stanu 4:6 zrobili 6:6, a gdy na kilka minut przed końcem umieścili piłkę w siatce po raz siódmy, to wówczas mieliśmy niemal pewność, że już tego nie wypuszczą. Tym bardziej, że w obozie przeciwników zaczęły się delikatne nerwy, bo niektóre ze straconych bramek przyszły rywalom zdecydowanie za łatwo. Należało jednak szybko o tym zapomnieć, bo czas uciekał, a do odrobienia był tylko jeden gol. I jak na ligowych weteranów przystało, Bad Boys byli w stanie wykreować okazję, która dała im punkt! Strzelcem gola był Krzysiek Krzewiński i to trafienie doprowadziło do furii w obozie After Woli. Ten zespół wszystko to, co wypracował sobie z przodu, w banalny sposób oddawał w defensywie. Dlatego remis 7:7, jakim się tutaj skończyło, jest sprawiedliwy. Nominalni gospodarze nie zasłużyli na więcej, bo pojęcie obrony praktycznie u nich nie funkcjonowało. Z kolei Bad Boys nie zasłużyli na mniej, bo jak na tak duże osłabienia, zagrali w sposób mądry i wyrachowany. Z przebiegu spotkania wynik jest więc zasłużony.
Przełamanie? Jednorazowy wybryk? Początek marszu w górę tabeli? Chyba wszyscy zastanawialiśmy się, jak interpretować ostatnie zwycięstwo Kanonierów nad Vikersonnem. Mieliśmy nadzieję, że to spotkanie będzie „meczem założycielskim” dla ekipy Artura Baradzieja-Szczęśniaka i że od teraz w każdym kolejnym będą prezentowali się równie dobrze. Brutalna weryfikacja tej tezy przyszła jednak dość szybko. Na ziemię błyskawicznie sprowadzili ich gracze Crimson Boys, chociaż początek wcale na to nie wskazywał. Bo chociaż po obydwu stronach były dobre okazje, to lepszych nie wykorzystali Kanonierzy, z czego jedna z nich była bardzo dogodna, bo doszli do sytuacji 3 na 1. Brakowało jednak wykończenia, czyli czegoś, co tak dobrze funkcjonowało w poprzednim meczu. A jeśli ty nie zdobywasz gola, to robi to przeciwnik. Ta zasada sprawdziła się również w tym przypadku, bo obóz Damiana Kucharczyka szybko otrząsnął się z początkowego letargu i objął prowadzenie. Na 2:0 podwyższył Kacper Urban, który jednak ze względu na dobrą znajomość z rywalami, tego gola nie celebrował. Crimson nie zatrzymywali się i już do przerwy wyrobili sobie sporą przewagę, która pewnie byłaby jeszcze większa, gdyby nie Oliwier Dołęgowski. W drugiej odsłonie obraz gry się nie zmienił. Kanonierzy próbowali, walczyli, ale pierwszego gola zdobyli dopiero przy stanie 0:6. Było za późno na jakikolwiek zryw. Rywale mieli co prawda fragmenty słabszej gry, ale nie należy ich za to ganić, bo w sytuacji gdzie byli praktycznie pewni trzech punktów, rozluźnienie stanowi dość normalną reakcję. W końcówce spotkania ponownie wzięli się do roboty i po serii trzech trafień z rzędu, wygrali finalnie 9:2. Ten mecz nie miał wielkiej historii i nawet gdyby Kanonierzy strzelili coś na początku, to nie wydaje się, by to mogło cokolwiek zmienić. Grali bowiem dużo słabiej niż z Vikersonnem, na co wpływ miały również personalia, bo kilku zawodników, którzy mieli udział w tamtym zwycięstwie, w niedzielę niestety zabrakło. Ale nawet ich obecność niczego tutaj nie gwarantowała, bo Crimson Boys to zespół kreatywny, z wieloma strzeleckimi armatami i ciężko byłoby ich powstrzymać. Jedyne na co Damian Kucharczyk musi zwrócić uwagę, to momenty przestojów. Bo o ile Kanonierzy nie byli w stanie tego wykorzystać, tak lepszy zespół może to zrobić. A przy tak licznej i wyrównanej kadrze, tę ekipę na pewno stać na to, by cały mecz zagrać na jednym, równym poziomie.
Obie ekipy przed tym meczem balansowały na granicy strefy spadkowej i w pierwszej kolejności gra toczyła się o to, kto po tym spotkaniu w tej strefie się znajdzie, bowiem zarówno Iglica jak i Wiecznie Drudzy zgromadziły po 7 punktów. I chyba to nie przypadek, że oba teamy były przed tą rywalizacją sąsiadami w tabeli, bo na boisku prezentowały podobny poziom. Akcje przez cały mecz przenosiły się z jednej połowy na drugą, każda z ekip dążyła do zdobycia gola, nie zapominając przy tym o obronie. Wynik w 6 minucie otworzył Krystian Sobierajski, ale 5 minut później mieliśmy już wyrównanie. Dwójkową akcję Szymon Małkowski – Witold Trochonowicz wykończył ten pierwszy, choć pomógł mu też rykoszet, który kompletnie zmylił interweniującego golkipera. W pierwszej części zobaczyliśmy już tylko jedną bramkę autorstwa Witold Trochonowicza, ale patrząc na przebieg meczu nic nie wskazywało na to, że był to ostatni gol tego pojedynku. W drugiej części widzieliśmy podobny przebieg do tego, co działo się w pierwszej części. Obie ekipy próbowały zdobyć bramkę, ale na dobrym poziomie funkcjonowały defensywy i trudno było przedostać się przez tak szczelne bloki obronne. Pozostały więc próby strzałów z dystansu, ale nie sprawiały one zbyt wielu problemów bramkarzom. W drugiej połowie zamiast bramek zobaczyliśmy jedynie żółte kartki, po jednej dla obu zespołów, ale w obu przypadkach gra w przewadze nie przyniosła wymiernych korzyści. Wiecznie Drudzy im bliżej do końca, tym bardziej pilnowali wyniku, który finalnie udało im się utrzymać do końcowego gwizdka. Gospodarze wygrywają, jednak gdyby doszło tu do podziału punktów, to nikt nie mógłby narzekać.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)