Sezon 2020/2021
Relacje meczowe: 6 Liga
Iglica Warszawa wciąż walczy o utrzymanie, dlatego w każdym meczu musi starać się o punkty nawet z teoretycznie mocniejszymi rywalami. Mikstura po znakomitej serii przerwanej przez Bad Boysów, chciała powrócić na zwycięską ścieżkę. Początek spotkania nieoczekiwanie dla ekipy gospodarzy, którzy mieli dwie znakomite okazje, by wyjść na prowadzenie. Nieskuteczność i brak końcowego podania w teamie Radka Sówki nadal jednak utrzymywał remis w tym meczu. Dopiero około 10 minuty do głosu doszli goście. Po składnej akcji całego zespołu Bartłomiej Folc wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Po chwili Filip Junowicz sprytnie skorzystał z błędu obrońcy i worek z bramkami rozwiązał się na dobre. Iglica Warszawa stanęła, jakby tracąc animusz, który miała w początkowych fragmentach. Mikstura korzystała z tego stanu i zdobywała kolejne bramki. W końcówce Patryk Stefaniak dwa razy dobijał futbolówkę do pustej bramki i wynik po 25 minutach był srogi dla gospodarzy. Po zmianie stron Iglica potrafiła się odrodzić. Szybkie dwie bramki dały nowy impuls całemu zespołowi i ponownie mieliśmy dobry piłkarski mecz. Mikstura to jednak na tyle doświadczony zespół, że potrafił mimo słabszych momentów utrzymać wypracowany dystans. W defensywie jak zawsze kluczową rolę odgrywał Patryk Zych, który potrafił zmobilizować zespół do wysiłku widząc, że rywale nie odpuszczają. Przy stanie 4:9 mieliśmy kolejny zryw młodych zawodników Iglicy. Kolejne trzy bramki dały wynik niemal na styku, ale na więcej w obozie gospodarzy zabrakło już czasu. Iglica nadal jeszcze wierzy w utrzymanie w lidze i będzie o to walczyć do ostatniej kolejki. Mikstura chce jak najszybciej przypieczętować mistrzostwo i w realizacji tego celu jest już naprawdę bardzo blisko.
W szóstej lidze aż trzy ekipy wciąż liczą się w walce o miejsca premiowane awansem. Minionej niedzieli na obiektach warszawskiego AWF-U rywalizacja ta nabrała tempa, ponieważ naprzeciwko siebie stanęły Bad Boys oraz Więcej Sprzętu niż Talentu. W minimalnie lepszej sytuacji przed startem zawodów znajdowali się gospodarze, którzy dzięki lepszemu bilansowi bramkowego minimalnie wyprzedzali w tabeli swoich przeciwników. Dzięki temu mogliśmy się spodziewać ogromu piłkarskich emocji. Pierwsi do głosu doszli zawodnicy Więcej Sprzętu niż Talentu. Po chwilowej dominacji gospodarzy kapitalnym przechwytem popisał się Kamil Pietrzykowski, który po indywidualnej akcji zdołał pokonać Huberta Karolaka. Podrażnieni tym faktem Bad Boysi momentalnie wzięli się od odrabiania strat. Sztuka ta powiodła się, kiedy fantastycznym podaniem zaznaczył swoją obecność Bartek Podobas, który odnalazł lepiej ustawionego Macieja Pyrkę. Dzięki temu trafieniu obydwie ekipy zeszły na przerwę z nadzieją na odwrócenie losów gry w drugiej połowie przy wyniku 1:1. Po zmianie stron emocje zdecydowanie się zwiększyły. Dzięki dwóm trafieniom Więcej Sprzętu niż Talentu, goście wyszli na prowadzenie 1:3. W momencie, gdy wszystko wydawało się stracone, ekipa Złych Chłopców zdecydowała się na ryzykowny manewr taktyczny. Chodzi tu o zmianę bramkarza, którego miejsce zajął Podobas. Bezapelacyjnie ta decyzja okazała się trafna, ponieważ Bad Boysi nie tylko zdołali doprowadzić do remisu, ale także wyszli na prowadzenie 4:3. Niestety dla nich tego wyniku nie udało się utrzymać do końca, a finalny głos należał do gości. Trafienie Dominika Banasiewicza było ostatnim, które mieliśmy przyjemność oglądać, a spotkanie zakończyło się sprawiedliwym podziałem punktów w stosunku 4:4.
Było to pierwsze spotkanie rozgrywane tego dnia na arenie AWF, a wczesna pora i dobra pogoda wyraźnie sprzyjały dość szybkiemu tempu spotkania, które obie ekipy narzuciły sobie od pierwszego gwizdka sędziego. Już w 4 minucie na prowadzenie wyszli gospodarze, a gola otwierającego wynik zdobył Yevhen Syrotiuk. Gra przenosiła się od bramki do bramki i już w 10 minucie Crimson Boys doprowadzili do remisu, a trafienie zaliczył Damian Kucharczyk. Po chwili Vikersonn miał doskonałą okazję, ale w sytuacji jeden na jednego górą był golkiper gości Wiktor Stankowski. Gospodarze wciąż napierali w ofensywie i w 14 minucie błąd rozegrania wykorzystał Valerii Shulha i zapakował piłkę do pustej bramki. Vikersonn mógł pójść za ciosem już w pierwszej połowie i wypracować sobie solidną przewagę, ale bramkarz CB nie dał się już zaskoczyć, a na dodatek w przedostatniej akcji pierwszej połowy sprytnym rzutem z autu popisał się Damian Kucharczyk, a Andrzej Miłoński tylko dołożył nogę i pierwsza część spotkania skończyła się remisem 2:2. Druga połowa zaczęła się zdecydowanie lepiej dla Vikersonna – żółty kartonik obejrzał Adam Wiśniewski, a przewagę liczebną bardzo szybko na gola zamienił Slawik Tuymkiw. W kolejnej akcji goście byli bliscy wyrównania, ale zespołowa akcja zakończyła się obiciem słupka. Na kolejnego gola musieliśmy czekać aż do 42 minuty, ale nie brakowało walki na obu połówkach boiska. Damian Kucharczyk przejął niedokładne podanie i huknął z dystansu doprowadzając do remisu. Wynik pozostawał otwarty, ale gościom wyraźnie zabrakło koncentracji w końcówce meczu. Na 4:3 trafił Yevhen Syrotiuk, a kiedy Crimson Boys próbowali desperackich ataków na bramkę Serhiia Zaridze, dwie zabójcze akcje wyprowadzili Yevhen Syrotiuk i Slawik Tuymkiw i nagle zrobiło się 6:3. Goście walczyli do końca i Damianowi Kucharczykowi udało się skompletować hat-tricka, ale na więcej po prostu zabrakło czasu i ostatecznie to Vikersonn wywiózł z tego spotkania trzy punkty.
Gdy zobaczyliśmy w jakich składach przyszli Czasoumilacze oraz Wiecznie Drudzy, było jasne że goście będą musieli wypruć swoje płuca, gdyż przyszli na mecz bez żadnej zmiany, a przede wszystkim bez swojego kapitana Piotrka Kawki. Pierwsza połowa od początku przebiegała raczej pod dyktando gospodarzy, którzy pierwsi otworzyli worek z bramkami, a konkretnie po podaniu Łukasza Szczerby precyzyjnym strzałem z ostrego konta popisał się Mikołaj Kuszka. W odpowiedzi ładną akcją indywidualną popisał się Adrian Pióro, który najpierw zaprezentował umiejętności dryblingu w polu karnym, a następnie z bliska wykończył akcję. Do końca pierwszej połowy to jednak tylko gospodarze strzelali, i trzeba przyznać, że mieli optyczną przewagę. Podwyższenie nastąpiło, gdy po serii podań w polu karnym piłkę do dobrze ustawionego Mikołaja Dudka zagrał Mateusz Grzela, a ten ze spokojem sfinalizował akcję. Wynik pierwszej połowy ustalił bardzo dobrze grający tego dnia Mateusz Grzela, który po asyście od Łukasza Szczerby kiwnął obrońcę rywali w polu karnym i podwyższył na 3:1. Gdy wydawało się, że Czasoumilacze mają mecz pod kontrolą, zaskakującego zastrzyku energii dostali Wiecznie Drudzy. Druga połowa zaczęła się od bardzo ładnej bramki Adriana Pióro, który po dograniu od kolegi z rogu boiska skierował piłkę w stronę bramki piętą, a ta po odbiciu się od słupka ostatecznie wpadła do bramki. W niemałym szoku byli gospodarze, gdy po rzucie rożnym i płaskim strzale Szymona Małkowskiego goście doprowadzili do wyrównania. Mimo dokuczającej wysokiej temperatury Wiecznie Drudzy prezentowali się naprawdę nieźle na boisku i utrzymywali szeregi obronne bardziej niż poprawnie. Przełamanie nastąpiło po podaniu Piotrka Cieślaka, który wypatrzył dobrze ustawionego Mateusza Grzelę, a ten ponownie wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie, tym razem 4:3. Ostatnie trafienie było jednak autorstwa gości, a konkretnie ładną akcją dwójkową podpisali się Oskar Krajewski oraz Witold Trochonowicz, gdzie pierwszy z wymienionych panów kreował sytuację, a drugi nich wpisał się na listę strzelców, ustalając wynik na 4:4. Podział punktów nieco zaskakujący, ale trzeba przyznać, że bardzo sprawiedliwy, gdyż charakter, jaki pokazali Wiecznie Drudzy w końcówce meczu, był godny podziwu.
Rywalizacja After Woli z Kanonierami wieńczyła zmagania 14.kolejki na Arenie Grenady. Byliśmy ciekawi, jakiego spotkania doświadczymy, bo Kanonierzy w tej rundzie prezentują się bardzo solidnie i na pewno przyjechali z myślą, by urwać oponentom jakieś punkty. After Wola, jakby świadoma założeń przeciwnika, wystawiła jednak bardzo silny skład i wiedzieliśmy, że Kanonierzy będą musieli wspiąć się na wyżyny swoich umiejętności, aby cokolwiek ugrać. No ale niestety tylko na początku spotkania byli w stanie dorównać swoim rywalom i gdy ci zdobyli gola na 1:0, udało im się błyskawicznie odpowiedzieć. Potem tak dobrze już nie było. Zespół Pawła Fronczaka lada moment ponownie wyszedł na prowadzenie, a potem powiększył je do dwóch trafień, chociaż w tzw. międzyczasie, setki dla Kanonierów nie wykorzystał Kacper Sitko. Do przerwy przewaga dwóch trafień gospodarzy utrzymała się, ale ten stan długo nie potrwał. Głównie dlatego, że po stronie przegrywających, zawodnikom brakowało decyzyjności. Jedynym, który nie bał się uderzać był Łukasz Racis, ale nawet jego ładny gol z drugiej połowy na niewiele się zdał. Rywale weszli na zupełnie inny poziom i zaczęli regularnie pokonywać Oliwiera Dołęgowskiego. Co gorsze – w obozie Kanonierów doszło do takich tarć, że ich bramkarz rzucił koszulką i opuścił pole gry. W jego miejsce wszedł Artur Baradziej-Szczęśniak, lecz nie był on w stanie uchować swojego zespołu od zbliżającej się katastrofy. Końcówka spotkania to już „kopanie leżącego” i ostatecznie pękła tutaj dwucyfrówka. Szkoda, bo Kanonierzy na tak wysoki wymiar kary nie zasłużyli. Owszem, byli słabsi, jednak w pewnym momencie sami zaczęli utrudniać sobie życie, a wtedy nie było już czego zbierać. After Wola na wielu płaszczyznach wyglądała lepiej i mowa tutaj nie tylko o aspekcie sportowym, ale też mentalnym, bo dominowała tutaj pozytywna mobilizacja i dobra atmosfera. Oby tak to wyglądało dalej, bo wtedy szansa na utrzymanie się w TOP 3 wydaje się naprawdę spora.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)