Sezon 2020/2021
Relacje meczowe: 6 Liga
Niezwykle ciekawe spotkanie oglądaliśmy w szóstej lidze, gdzie mierzył się lider z viceliderem rozgrywek. Ekipa z Ukrainy miała trzy punkty straty do Mikstury, dlatego wiedziała że musi wygrać, bo porażka znacznie oddaliłaby szansę na mistrzostwo w tym sezonie. Od początku mecz był niezwykle intensywny i obie ekipy chciały narzucić swój styl gry. Dzięki temu stwarzały sobie sytuacje, lecz dobrze spisywali się bramkarze, przez co długo musieliśmy czekać na pierwsze trafienie w meczu. Goście nie mieli tego dnia do dyspozycji Rafała Jochemskiego, ale na spotkanie przybył Kuba Krysiński grający kiedyś w ekipie Mocno Wola, będący kolejnym w tej rundzie wzmocnieniem teamu Mateusza Jochemskiego. Intensywna pierwsza połowa skończyła się prowadzeniem Mikstury. Akcje bramkową zainicjował Filip Junowicz, który wypatrzył w polu karnym Szymona Kolasę a ten nie dał szans bramkarzowi rywali. Do przerwy mieliśmy zatem wynik 0:1 i druga odsłona zapowiadała się niezwykle ciekawie. Po zmianie stron Vikersonn starał się odwrócić losy spotkania. Mecz trochę się zaostrzył, lecz arbiter panował nad rozgrzanymi głowami gospodarzy temperując ich kartkami. Gra w osłabieniu nie pomagała, ale Mikstura nie potrafiła wykorzystać przewagi. Vikersonn nadal pozostawał w meczu mając nadzieję na korzystny wynik. Kluczową akcję przy stanie 1:2 przeprowadził najlepszy tego dnia na boisku Filip Junowicz. Mający ekstraklasową przeszłość zawodnik zabrał się z piłką i pokonał golkipera teamu z Ukrainy ustalając wynik na 1:3. Mikstura wygrywa i ma już sześć oczek przewagi nad drugim Vikersonnem, któremu jednak zaczynają deptać po piętach inne zespoły, mające aspiracje do medali w tym sezonie.
FC Kanonierzy to drużyna, która występuję na naszych boiskach od wielu lat. Jeżeli opis tej ekipy zakończylibyśmy na tych słowach, pauzujący z powodu urazu Artur Baradziej-Szczęśniak i jego koledzy mogliby czuć się pokrzywdzeni. Gracze w czerwonych strojach prezentowali bowiem zawsze wysoki poziom sportowy, co jednak nie miało przełożenia na tabelę. Wiedzieliśmy jednak, że każda zła passa kiedyś się kończy. Okazja na powrót na właściwe tory miała miejsce minionej niedzieli, podczas pojedynku z wyżej notowanym rywalem, Więcej Sprzętu niż Talentu. Zawodnicy gości jak dotąd zdobyli trzynaście punktów, co pozwoliło im znaleźć się równo w połowie stawki (miejsce piąte). Taki układ sił zwiastował nam niezwykle ciekawe widowisko. Przez cały okres tego meczu na boisku obydwa składy grały podobną, opartą na kontratakach piłkę. Przełom w taktycznych szachach przyniósł gol Mateusza Nejmana, który wykorzystał celne podanie Dominika Szczapy. Na tym trafieniu licznik bramek się zatrzymał, a Tomasz Karpiński oznajmił o przerwie w zawodach. W drugiej odsłonie pojedynku sytuacja nie odbiegała od tego, do czego przyzwyczaili nas zawodnicy obydwu ekip. Twarda, męska i przede wszystkim ładna gra cieszyła nasze oczy przez kolejne 25 minut. Prawdziwym kunsztem popisywał się natomiast bramkarz Kanonierów Oliwier Dołęgowski, którego pokonanie wydawało się zza linii bocznej wręcz nierealne. Zrezygnowanych graczy Więcej Sprzętu niż Talentu, którzy walili ciągle głową w mur, dobił ponownie etatowy snajper gospodarzy, Mateusz Nejman, tym samym ustalając wynik spotkania na 2:0.
Crimson Boys dostali w niedzielę dobrą okazję, by wskoczyć na podium 6.ligi. Swój mecz przegrała ekipa Więcej Sprzętu niż Talentu i gdyby Damian Kucharczyk i spółka pokonali After Wolę, to zacumowaliby na trzecim miejscu w tabeli. Zadanie nie było proste, bo w składzie Crimson brakowało kilku ważnych graczy, ale zdecydowanie większe osłabienia były po drugiej stronie boiska. After Wola nie dość, że nie mogła skorzystać choćby z Patryka Abbassiego czy Kacpra Włodarczyka, to całe spotkanie musiała grać bez zmian. Ale początkowo radziła sobie świetnie. Chłopaki grali mądrze taktycznie, oszczędzali siły, a jednocześnie byli skuteczni i wyszli nawet na dwubramkowe prowadzenie. Ich rywalom niewiele wychodziło, co budziło irytację przede wszystkim kapitana, Damiana Kucharczyka. I to właśnie on dał sygnał do odrabiania strat, gdy ładnym strzałem z dystansu zmniejszył różnicę do jednej bramki. Ten sam zawodnik popisał się równie kapitalnym uderzeniem na początku drugiej części i był już remis. Wydawało się, że zmęczeni gracze After Woli nie będą w stanie odpowiedzieć, ale przy stanie 2:2 mieli wyborną okazję, by znów być o gola z przodu, lecz Kacper Łopuszyński zmarnował sytuację sam na sam z dobrze broniącym Wiktorem Stankowskim. To się zemściło. Co prawda Crimson Boys długo męczyli się, by zdobyć kluczową bramkę na 3:2, ale wreszcie dopięli swego, a gdy na 4:2 podwyższył Adrian Witaszczyk, wszystko stało się jasne. Ostatecznie gracze w czerwono-czarnych koszulkach wygrali 5:2, ale powiedzmy sobie uczciwie – to co wystarczyło na zdekompletowaną After Wolę, to będzie zdecydowanie za mało, jeśli chłopaki myślą, by utrzymać miejsce na podium. Warto też popracować tutaj nad mentalem, bo na pewno zawodnikom Crimson nie jest przyjemnie słuchać od kapitana, że „więcej z nimi nie zagra”. Nie tędy droga do zbudowania dobrej atmosfery, która przecież determinuje wyniki. Co do After Woli, to zagrali na tyle, na ile starczyło im sił. Szkoda kilku niewykorzystanych szans w drugiej połowie i być może gdyby przeciwnicy nie mieli tak dobrze dysponowanego bramkarza, to tutaj udałoby się zakręcić wokół remisu. Mimo wszystko wstydu nie było, natomiast w kolejnych spotkaniach nie można już sobie pozwolić na grę bez zmian. Zwłaszcza jeśli ta ekipa wciąż marzy o awansie.
Miniona runda dla graczy KS Iglicy Warszawa zdecydowanie nie była udana. Jednakże po każdej burzy prędzej, czy później zawsze wychodzi słońce. Pierwszą okazją do nadrobienia boiskowych zaległości i wygrania pierwszego meczu od dawna mieli minionej niedzieli. Mierzyli się bowiem z Czasoumilaczami, którzy wygrali swój poprzedni mecz 6:5 z Bad Boysami. Strzelanie rozpoczęli gospodarze, którzy objęli prowadzenie za sprawą trafienia Mikołaja Kuszki. Ich rywal nie zamierzał jednak pozostawić tego bez odpowiedzi, czego efektem były kolejno bramki Sebastiana Szczygielskiego oraz Michała Wszeborowskiego. Goście następnie doprowadzili do remisu, ale od tego momentu inicjatywa została wyraźnie przejęta przez Iglicę. Ofensywne akcje wcześniej wspomnianego duetu cieszyły nasze oczy, pomimo niemiłosiernego żaru, który lał się z nieba na boisko sektora D. Wynik 3:5 do przerwy dodatkowo podgrzewał atmosferę, sprawiając, że Czasoumilacze zmuszeni byli, aby bardziej się otworzyć. Nie wyszło im to jednak na dobre. Perfekcyjnie ustawiona obrona rywala, którą jak z nut dyrygował Daniel Szmańda, rozbijała kolejne ataki przeciwników, wyprowadzając zabójcze kontry. Taka taktyka sprawdziła się w 100%, ponieważ rywal zdecydowanie stracił masę sił próbując znaleźć lukę w formacji obronnej. Poukładana gra z tyłu zaowocowała również tym, że napastnikom łatwiej było wykreować okazję u odsłoniętego przeciwnika. Efektem tego była pewna wygrana 10:5 w wykonaniu Iglicy.







)
)
)
)
)
)
)
)