reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualnośći
aktualnośći
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
DECATHLON CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga
ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
1
08:00

Spotkanie Lisów z Bagstarem miało jednego faworyta. Gospodarze wciąż liczą, że uda im się zająć miejsce na podium, natomiast goście raczej pogodzeni ze swoim losem chcą godnie pożegnać się z tym poziomem i być może od nowego sezonu odbudować się w niższej lidze. Początek spotkania zgodnie z przewidywaniami należał do Lisów – szybko objęli prowadzenie, w przeciągu zaledwie 6 minut aż trzykrotnie udało im się pokonać bramkarza rywali. Na pewno Wszedło nie pomógł też fakt, że jeden z zawodników niemal na samym początku doznał kontuzji i przez pewien czas goście musieli grać bez zmian, dopóki na boisko nie dotarł jeden ze spóźnialskich. Po tak świetnym początku Lisy, mając korzystny wynik, nieco spuściły z tonu i przez dłuższy czas nie zobaczyliśmy bramki ani z jednej, ani z drugiej strony, a samo spotkanie nieco się wyrównało. Dopiero w 17 minucie doczekaliśmy się kolejnego gola, tym razem po stronie Bagstaru. To podziałało mobilizująco na gospodarzy, którzy jeszcze przed przerwą dwukrotnie trafili do siatki i na przerwę obie ekipy schodziły przy wyniku 5:1. Po zmianie stron Lisy zdobyły kolejne dwa gole, ale bardziej po błędach przeciwnika, niż wynikające z własnej kreacji i stało się jasne, że team Roberta Prządki nie wypuści już tego z rąk. Goście szukali swoich szans i się doczekali – kapitalną bramkę z przewrotki strzelił Kacper Pacholczak, ale chwilę później znów szybkie dwa ciosy Lisów doprowadziły do stanu 9:2. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 10:4 i w pełni zasłużoną wygraną gospodarzy. Dzięki niej Lisy mają obecnie 3 punkty straty do podium, natomiast taki wynik oznaczał, że Bagstar nie ma już nawet matematycznych szans na pozostanie w lidze.

2
12:00

Zarówno Sportano jak i Ajaks w ostatnim czasie imponowali formą i choć w tabeli dzieliło te dwie ekipy aż 7 punktów, to spodziewaliśmy się dość wyrównanego pojedynku. Zwłaszcza, że dla Ajaksu było to spotkanie o to, by utrzymać się w walce o strefę medalową. Sam mecz zaczął się wręcz perfekcyjnie dla ich rywali. Doskonale wiemy, że w Sportano za zdobywanie bramek w znaczniej mierze odpowiada duet Patryk Kamola – Filip Motyczyński i w większości przypadków panowie nie zawodzą. Tak było też w tym przypadku, bo nie minęła minuta meczu, a już gospodarze wyszli na prowadzenie właśnie dzięki współpracy tych dwóch zawodników. To jednak nie załamało gości, którzy już nie raz pokazali w tym sezonie, że potrafią odwracać losy meczów. I choć Sportano ma sporą moc w ofensywie, to w defensywie gospodarze popełnili dwa błędy, które sporo ich kosztowały, bo po 8 minutach mieliśmy już 1:2. A bramki dla Ajaksu padły niemal bliźniaczo, bo najpierw piłkę na połowie rywala przejął Bartek Kopacz, i mocnym uderzeniem skierował piłkę pod poprzeczkę, a chwilę po wznowieniu podanie rywala przeciął Adam Bogusz, i równie mocnym strzałem posłał futbolówkę po długim słupku, nie dając żadnych szans bramkarzowi Sportano. Gospodarze nie dali jednak za wygraną i dość szybko doprowadzili do wyrównania, choć na przerwę schodzili przy jednobramkowym deficycie, po tym jak z  rzutu wolnego gola zdobył Natan Czyżewski. 2:3 po 25 minutach zapowiadało nam równie ciekawą drugą część tego pojedynku. Sportano stosunkowo szybko doprowadziło do wyrównania i od tej pory ani jedna, ani druga drużyna nie potrafiła przełamać obrony rywala, choć chęci do zdobycia bramki nie brakowało. Dopiero w końcówce Filip Motyczyński wyprowadził swoją drużyną na prowadzenie 4:3, ale niemal natychmiast z ripostą pospieszył Bartek Kopacz, błyskawicznie wyrównując. Remis nikogo tu nie zadowalał i był dla obu ekip chyba najgorszym możliwym wynikiem, stąd pytania do arbitra o to, ile zostało czasu nie brały się z tego, by utrzymać ten rezultat, a wręcz przeciwnie, bo obie ekipy grały o pełną pulę do samego końca. Podział punktów nikogo jednak nie krzywdzi, bo było to spotkanie niezwykle wyrównane. Warto odnotować również, że pomimo wagi tego meczu, przebiegało ono w atmosferze fair play i wzajemnego szacunku, a przy tym było dobre piłkarsko. Oby więcej takich spotkań! 

3
15:00

Essing Gorillaz szybko podnieśli się po sensacyjnej porażce z Ajaksem Warszawa i dwóch kolejnych rywali poczęstowali dwucyfrówką. Przeciwko Shitable raczej nie należało się spodziewać pogromu, jakkolwiek to, że Gorylki wygrają swój mecz, było raczej pewne. Oczywiście gracze Shitable mieli w tej kwestii inne zdanie, jednak widząc tabelę, trudni było liczyć na niespodziankę. Początkowo potwierdzało to również boisko. Faworyci błyskawicznie wyrobili sobie dwie bramki przewagi i zapowiadało się na dość jednostronny mecz. Ale wtedy prosty błąd przytrafił się ich bramkarzowi Michałowi Baranowskiemu, który wykorzystał Vladislav Yavdonka. Co ciekawe – golkiper Essing za chwilę znów się pomylił i o mało nie doszło do remisu. Na szczęście dla Gorillaz, w pozostałych fragmentach spotkania Michał Baranowski spisywał się już dużo lepiej. Wynik do przerwy brzmiał 2:1 i tak naprawdę wszystkie furtki odnośnie końcowego rezultatu pozostawiał otwarte. W drugiej połowie długimi fragmentami to Shitable miało przewagę optyczną. Chłopaki prowadzili grę, cierpliwie wymieniali się piłką, z kolei liderzy tabeli wydawało się, jakby wyczekiwali na jakiś błąd, po którym mogliby podwyższyć swoje prowadzenie. No i doczekali się – w 38 minucie spotkania Rafał Fota odebrał piłkę jednemu z rywali i zmienił wynik na 3:1. To spowodowało, że gracze Shitable nie mieli już czego bronić. Ale nawet jeśli angażowali do ataku więcej zawodników, to nie było wielkich efektów. Dopiero w samej końcówce ładnym strzałem z prawej nogi popisał się Stas Krayeuski, lecz na więcej goli nie wystarczyło już czasu i Essing Gorillaz mogli odnotować kolejną wiktorię. Ta ekipa jest już pewna przynajmniej 2 miejsca w lidze, a ponieważ przewaga nad Warsaw Wilanów to 4 punkty, to chyba nic nie stanie na przeszkodzie, by „młode wilki” sięgnęły po tytuł w 12.lidze. Mimo porażki brawa należą się za to Shitable. Przyjście Stasa Krayeuskiego bardzo wzmocniło tę ekipę i nie zdziwimy się, jeśli Ivan Kirianov i spółka powalczą o trzecie miejsce. Co prawda mają 5 punktów straty, ale całkiem niezły terminarz i przy odrobinie szczęścia, to może się dla nich skończyć medalem. I trzeba w to wierzyć, bo tylko w ten sposób podejdą do kolejnych spotkań z odpowiednim nastawieniem.

4
17:00

Nie jest łatwo jechać na mecz, zdając sobie sprawę, że znów trzeba się będzie pogodzić z porażką. Ta świadomość na pewno towarzyszyła zawodnikom AFC Niezamocni, bo nikt o zdrowych zmysłach nie mógł przypuszczać, że stać ich, by pokonać FC Warsaw Wilanów. Ale nawet zakładając, że nikomu nie wolno odbierać szans, to po tym jak zobaczyliśmy skład AFC, byliśmy pewni, że czeka ich gehenna. Brakowało kapitana Dawida Brzoskowskiego, jak również zawodnika, który tak fajnie zaprezentował się ostatnim razem na Grenady, czyli Marcina Popławskiego. W zamian przyjechało trzech innych graczy, którzy dzięki uprzejmości przeciwników, mogli wystąpić w tym spotkaniu. Ale nie byli w stanie wiele zdziałać. Od początku szybko dało się zauważyć, kto jest lepszy, kto ma więcej atutów i to wszystko zaczęło przekładać się na wynik. I gdybyśmy mieli poszukać pozytywów po stronie Niezamocnych, to byłaby to zdecydowanie końcówka pierwszej połowy i początek drugiej. Wówczas chłopaki stworzyli sobie kilka naprawdę dobrych okazji, zmniejszyli straty do 2:4 a mogło być nawet niżej. Faworyci dali się wyszumieć przeciwnikom, ale na tym ich łaskawość się zakończyła. Cztery gole z rzędu rozwiały jakiekolwiek dywagacje co do zwycięzcy, a w końcówce spotkania obydwie ekipy zdobyły jeszcze po bramce i mecz zakończył się przy stanie 9:3. Było to – niestety – spotkanie bez historii. Oprócz dwóch wyżej wymienionych momentów, w obozie Niezamocnych możemy jeszcze pochwalić Arka Okurowskiego za dwa gole i przede wszystkim Rafała Bartosiewicza, który gdyby został w AFC na stałe, to byłby realnym wzmocnieniem tej drużyny. Co do Warsaw Wilanów, to oni przyjechali tutaj zrobić swoje i cel osiągnęli bez większych problemów. Tym samym są już tylko o krok, od zapewnienia sobie przynajmniej srebra, a gdy to się uda, wówczas będą oczekiwać na potknięcie Essing Gorillaz. I patrząc z perspektywy organizatora, to wcale nie byłoby takie złe, bo wówczas ich mecz z Gorylkami w ostatniej kolejce zyskałby fantastyczną rangę.

5
18:00

Zawodnicy NieDzielnych wyglądają na zdrowo-rozsądkowych, więc prawdopodobnie nie przykładali większej wartości do faktu, że w rundzie jesiennej pokonali WEiTI 4:2. Tym bardziej, że tamten mecz był specyficzny, skład przeciwników daleki od optymalnego i było jasne, że teraz to będą zupełnie inne zawody. Poza tym WEiTI wciąż jest w grze o medale, dlatego dla nich żaden inny scenariusz niż cała pula nie był brany pod uwagę. No i misja zakończyła się powodzeniem. Od samego początku widać było, że umiejętności indywidualne są zdecydowanie po stronie ekipy nominalnych gości. Świetnie grał przede wszystkim Adam Szumada, który siał popłoch w defensywie NieDzielnych i regularnie zatrudniał do pracy Kamila Jarosza. Dobra postawa zawodnika WEiTI spowodowała, że szybko zrobiło się 2:0, aczkolwiek potem lepszy fragment gry zanotowali NieDzielni. Na gola przełożyli to jednak dopiero przy stanie 0:3, gdy trafienie bezpośrednio z rzutu wolnego zaliczył dla nich Michał Karaś. Jeżeli jednak podopieczni Janka Wójcika mieli jakiekolwiek złudzenia, co do swoich szans, to szybko zostały one rozwiane na starcie drugiej odsłony. Dwa błyskawiczne gole praktycznie ustawiły dalszą część potyczki i można powiedzieć, że pozostałe minuty były typowymi na dogranie. Trochę goli jeszcze padło, jakkolwiek nie miały one żadnego wpływu na przydział punktów. WEiTI zasłużenie wygrali i nadal mogą myśleć, że skończą sezon w TOP 3. Coraz bliżej TOP 3, ale tego patrząc na tabelę od spodu, są z kolei NieDzielni. Ich strata do bezpiecznych rejonów wynosi obecnie pięć punktów i patrząc na ich terminarz, odrobienie tego będzie raczej niemożliwe. Ale jeśli się uda, to piszący te słowa nie będzie miał żadnych problemów, by osobiście zwrócić im honor.

Reklama