Sezon 2020/2021
Relacje meczowe: 12 Liga
W niedzielny poranek o godzinie 9:00 na sektorze D drużyna Sportano Football Club podejmowała ekipę Niedzielni. Zespół gospodarzy przystępuje w roli faworyta, zajmując 3 miejsce w ligowej tabeli z 18 zgromadzonymi punktami, zaś goście obecnie są na 8 miejscu mając 10 oczek. Po kilku minutach zawodnicy w niebieskich koszulkach prowadzą już 2:0. Ich przewagę kreuje przede wszystkim Filip Motyczyński. Ale mimo zdecydowanie lepszej gry prezentowanej przez gospodarzy, na ich koncie po 25 minutach były tylko trzy gole. Z kolei NieDzielni, mimo wielu ataków nie potrafili domykać akcji do pustej bramki lub brakowało im ostatniego podania. Zdecydowanie to nie był ich szczęśliwy dzień. W drugiej części spotkania przez dłuższy czas wydawało się, iż ekipa w żółtych strojach odrobiła pracę domową, ale znów po golu Filipa Motyczyńskiego i asyście Patryka Kamoli (który również pokazywał świetną formę) wszystko w obozie NieDzielnych się posypało. Mecz zakończył się wynikiem 9:0, a wiele zmarnowanych ,,setek” i udanych interwencji pozwoliło zachować Dominikowi Kędzierskiemu czyste konto.
W 11 kolejce 12 ligi zmierzyły się ze sobą drużyny Bagstar Wszedło oraz WEiTI United. Dość szybko przekonali się, kto wyjdzie z tego spotkania zwycięsko. Mimo bezbramkowego remisu prawie do 10 minuty, to WEiTI mieli panowanie nad meczem. Byli przede wszystkim świetni w ataku pozycyjnym, wiele akcji kończyli golem po kilku podaniach i przejęciu piłki w okolicach własnego pola karnego. W ostatnich minutach pierwszej połowy honorową bramkę dla błękitnych koszulek strzela Filip Pacholczak. Szkoda tylko, że chwilę później kontuzji doznaje bramkarz Czarek Szczepanek, co tylko przelewa czarę goryczy w Bagstarze. Do przerwy wynik wynosił 1:7. W drugiej połowie mecz wyglądał identycznie jak w pierwszej odsłonie. WEiTI wykorzystywali szerszą kadrę i lepsze przygotowanie kondycyjne. Wynik końcowy to 4:15. Szanse na odbudowanie Bagstara w drugiej połowie zaprzepaściła kontuzja bramkarza i zbyt mała ilość zmian. Na pochwały zasługuje jedynie Filip Pacholczak, który skompletował hat-tricka. Z kolei na wyróżnienie wśród zwycięzców zasłużyli Łukasz Świątek, strzelając pięć bramek i notując dwie asysty oraz Jakub Kałuski, który skompletował siedem kluczowych podań.
Czy mieliśmy jakiekolwiek podstawy by sądzić, że zespół Ajaksu Warszawa będzie w stanie konkurować z Essing Gorillaz? Podczas gdy Ajaks okupował przed tą serią gier miejsce w strefie spadkowej, przeciwnicy prowadzili w tabeli 12.ligi i to bez straty punktu! I chociaż każda passa musi mieć kiedyś swój koniec, to nie spodziewaliśmy się, że w tej kwestii zmieni się coś 14 kwietnia. Życie potrafi jednak zaskakiwać, bo po raz kolejny okazało się, że w futbolu – nawet na poziomie amatorskim – nie ma faworytów. Zwłaszcza jeśli zespół teoretycznie słabszy obierze dobrą taktyką, a tak właśnie zrobiła drużyna Kevina Trana, która od początku fajnie zabezpieczała tyły, nie dała się rozhulać przeciwnikom, a z przodu bazowała głównie na swoim najlepszym zawodniku – Bartku Kopaczu. Ten plan sprawdzał się kapitalnie. Mądra i skuteczna gra powodowały, że w tym meczu kompletnie nie było widać, że te ekipy dzieli tyle punktów i tyle miejsc w tabeli. Gorylki miały co prawda większe posiadanie piłki, lecz nie potrafiły zrobić z tego użytku. No i już po pierwszej połowie pachniało tutaj niespodzianką, bo wynik brzmiał 1:1, a gole zdobywali Bartek Kopacz i Olek Florczuk. Druga połowa znów rozpoczyna się lepiej dla Ajaksu, ale potem do głosu wreszcie dochodzą oponenci. Udaje im się nawet wyjść na prowadzenie i w tym momencie chyba każdy myślał, że to początek końca marzeń zespołu w granatowych koszulkach o sensacji. Nic z tych rzeczy! Ajaksowi w sukurs przychodzą dwa stałe fragmenty gry – najpierw rzut karny, a potem rzut wolny. Obydwa idealnie egzekwuje Bartek Kopacz i na kilka minut przed końcem spotkania Essing jest na krawędzi porażki. Chłopaki robili wszystko, by wywalczyć choćby remis, lecz los wyraźnie im nie sprzyjał, bo albo trafiali w słupek, albo dobrze bronił Krystian Kontek. I stało się! Ajaks Warszawa dokonał niemożliwego i po 50 minutach gry wygrał mecz, którego – przynajmniej w teorii – wygrać nie miał prawa. Radość była ogromna, zwłaszcza że zawodnicy tej ekipy włożyli mnóstwo wysiłku w to spotkanie i po prostu zapracowali sobie na taki finał. To dla nich na pewno duża sprawa i bez względu na to, na którym miejscu skończą rozgrywki, tego osiągnięcia nikt im już nie odbierze. Brawo! Co do Gorylków, to znamy ich z dużo lepszej gry. Widać, że z zespołem dobrze poukładanym mieli problem, by wykorzystać swoje atuty. Ale spokojnie – to jeszcze młoda ekipa, dlatego nie ma co się tym wynikiem zbytnio przejmować. Zwłaszcza, że koniec jednej passy, to dobra okazja, by zacząć budować kolejną.
Warsaw Wilanów stanęło przed niepowtarzalną szansą na zbliżenie się do lidera rozgrywek, który niespodziewanie przegrał swój mecz z Ajaksem Warszawa. Nie wiemy czy gospodarze mieli świadomość możliwości przed jaką stanęli, bo ich mecz był rozgrywany na AWF-ie, a Essing Gorillaz swoje spotkanie grali na Arenie Grenady. Początek należał zgodnie z przewidywaniami do gospodarzy, którzy zaczęli wręcz fenomenalnie – od rozpoczęcia meczu, do umieszczenia piłki w siatce minęło niespełna 10 sekund i ta bramka może śmiało startować w konkursie najszybciej zdobytego gola na szóstkach. Po 10 minutach mieliśmy już 3:0 i nic nie wskazywało na to, że w tym meczu będziemy jeszcze świadkami jakichkolwiek emocji. Ot pewna wygrana wicelidera, bez większego zaskoczenia, choć trzeba oddać, że Shitable miało parę okazji, ale bez zarzutu spisywał się bramkarz Warsaw Wilanów. Nawet gdy goście w końcu trafili na 3:1, gospodarze szybko odpowiedzieli i wynikiem 4:1 zakończyła się pierwsza połowa. Druga rozpoczęła się równie udanie jak premierowe 25 minut. Shitable znów dało się szybko zaskoczyć i Warsaw Wilanów podwyższył prowadzenie. Wydawało się, że nic złego już się gospodarzom nie stanie, ale wtedy jakby drużyny zamieniły się miejscami i goście zaczęli seryjnie zdobywać gole. Zawodnicy Shitable zagrali kapitalnie i nie dość, że w 15 minut zdążyli doprowadzić do remisu, to jeszcze po rzucie karnym Alexander Krivetsky wyprowadził swój zespół na prowadzenie 5:6! Warsaw Wilanów zszokowane takim obrotem sprawy rzuciło się do ataku i chwilę później doprowadziło do wyrównania. Ostatnie słowo należało jednak do Shitable, a konkretnie do Vladislava Yavdonki, który w samej końcówce zapewnił swojej drużynie 3 punkty. Gospodarze na pewno mogą sobie po meczu pluć w brodę, że wypuścili z rąk niemal pewne zwycięstwo, natomiast Shitable zaliczyło kapitalną remontadę i zagrało chyba najlepszy mecz w tym sezonie.
Zespół Lisy bez Polisy po raz drugi z rzędu zagościł na Arenie Grenady. Pierwsze podejście było nieudane, bo skończyło się porażką z Warsaw Wilanów, ale już wtedy pisaliśmy, że niedługo kiepska passa tej ekipy musi się skończyć, bo kolejnym przeciwnikiem byli AFC Niezamocni. Obóz Dawida Brzoskowskiego okupuje ostatnie miejsce w tabeli i nie zapowiadało się, że może sprawić Lisom większe problemy. Natomiast na pewno nie spodziewaliśmy się spotkania do jednej bramki. Co by nie mówić o outsiderze 12.ligi, to chociaż wyniki są średnie, to tutaj każdy mecz traktowany jest jako oddzielna historia i szansa na poprawienie dorobku punktowego. No i w niedzielę wcale nie było tak daleko, by coś dorzucić do koszyczka. Inna sprawa, że gdyby sędzia był formalistą, to już po pierwszej połowie byłoby po wszystkim, bo przy stanie 1:0 dla Lisów Arkadiusz Okurowski powinien opuścić pole gry, po tym jak zagrał piłkę ręką zmierzającą do siatki. Arbiter wykazał się jednak zrozumieniem, nie chciał zabijać meczu tak wcześnie i pokazał tylko żółtko, jednocześnie wskazując na punkt karny. I co ciekawe – będący awaryjnym bramkarzem Niezamocnych Adrian Dmowski obronił strzał Damiana Borkowskiego! Tym samym zrehabilitował się za jedyne trafienie z tej połowy, gdy niepotrzebnie dotknął piłkę rzuconą z autu przez przeciwnika i ta wpadła do bramki. Wynik 1:0 pozostał końcowym w premierowej odsłonie i dawał pewne nadzieje, na ciekawą finałową część spotkania. Zwłaszcza, że outsiderzy nie składali broni. Po trafieniu swojego kapitana Dawida Brzoskowskiego doprowadzili nawet do wyrównania, ale jak się później okazało – był to pierwszy i jednocześnie ostatni raz, gdy cieszyli się z bramki. Rywale mieli więcej argumentów z przodu, szybko doprowadzili do stanu 2:1, a potem mieli kolejnego karnego, lecz i w tym przypadku Adrian Dmowski okazał się lepszy – tym razem od Kacpra Bednarczyka. To oszukiwanie przeznaczenia nie mogło jednak trwać wiecznie. Lisy wreszcie doczekały się dwubramkowej przewagi i od tej chwili wszystko stało się dla nich prostsze. W końcówce podwyższyli jeszcze stan posiadania i wygrali mecz w stosunku 4:1. Zasłużenie, natomiast jak na boiskowe realia, być może Niezamocni zasłużyli na trochę niższą porażkę. Ogólnie nie był to ich zły mecz, jednak brakowało mocy w ofensywie. Rywale mieli w tej kwestii dużo więcej argumentów i chociaż trochę się męczyli, to najważniejsze, że misja zakończyła się sukcesem.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)