Sezon 2018/2019
Relacje meczowe: 6 Liga
W ramach rozgrywek 6. kolejki zmierzyły się ze sobą ekipy Furduncio Brasil F.C. oraz Na2Nóżkę. Był to niezwykle ciekawy mecz, bowiem był on rozgrywany pomiędzy drużynami, które sąsiadują ze sobą w tabeli, przez co można było się spodziewać, że żadna ekipa nie odpuści do ostatniej minuty. Oba zespoły starały się od początku narzucić swój styl gry, jednakże skutecznie dokonali tego piłkarze gospodarzy, którzy tworzyli więcej akcji ofensywnych, co za tym idzie, zwiększali swoje szanse na objęcie prowadzenia. Finalnie udało im się to zrobić, a chwilę później podwyższyli wynik na 2:0.
Goście grali bez pomysłu, raz po raz cofając piłkę do bramkarza, który dalekimi podaniami próbował wypatrzeć kolegów z drużyny, lecz to rozwiązanie nie zdawało się mieć przyszłości. Mimo wszystko przed końcem pierwszej odsłony starcia zawodnicy Na2Nóżkę złapali kontakt, tym samym dając jasny sygnał, że będą walczyć o komplet oczek.
Po przerwie goście próbowali odwrócić losy spotkania i intensywnie ruszyli do ataku, jednak Furduncio skutecznie odpierało ich ofensywne zapędy. Obraz meczu nie uległ zmianie. Gospodarze grali z pomysłem, co przynosiło im zamierzone rezultaty w postaci bramek. Ostatecznie to Furduncio wygrało mecz 4:2, tym samym przeganiając swoich niedzielnych przeciwników w tabeli.
Liderująca po rundzie jesiennej drużyna After Wola podejmowała znajdujący się w strefie spadkowej zespół Popalonych Styków. To starcie zapowiadało się bardzo ciekawie, a początek meczu pokazał, że obie drużyny dobrze przepracowały okres zimowy. Goście zaskoczyli gospodarzy, zdobywając bramkę po kilku groźnych atakach. After Wola szybko ruszyła do odrabiania strat, a wyrównanie przyszło po pięknym rzucie rożnym Patryka Abbasiego, który precyzyjnie wkręcił piłkę do bramki Popalonych Styków.
Później mecz stracił nieco dynamiki, a emocje pozasportowe zaczęły dominować. Goście zostali osłabieni po czerwonej kartce dla bramkarza Krzysztofa Grabowskiego, który użył słów nieprzystających dla naszej ligi. Jego nieobecność znacznie utrudniła rywalom walkę o korzystny wynik. After Wola kontrolowała przebieg meczu do ostatniego gwizdka, a jej ofensywne akcje, szczególnie te z udziałem Daniela Guby, prowadziły do kolejnych bramek.
Gra zespołowa gospodarzy robiła ogromne wrażenie na kibicach i zawodnikach innych drużyn. Każdy, kto oglądał występ drużyny w białych strojach, z pewnością nie ma wątpliwości, że After Wola jest jednym z głównych kandydatów do zdobycia złotych medali na koniec sezonu.
Inferno Team II kontra Oldboys Derby – mecz, którego ekipa Igora Patkowskiego zawsze obawia się najbardziej. Tym razem przyszło im zmierzyć się z rywalem już na starcie rundy, a sam menedżer nie ukrywał, że jego drużyna nie jest faworytem. Mimo to Inferno zdołało zaskoczyć – to oni jako pierwsi wyszli na prowadzenie po golu Juliana Boroszko.
Radość gospodarzy nie trwała jednak długo. Oldboysi szybko przejęli inicjatywę, a kluczową rolę odegrał Jacek Promyjski, który najpierw wyrównał, a potem dorzucił kolejne trafienie. Goście kontrolowali przebieg meczu, ale w ich grze widać było sporo rozluźnienia – mieli mnóstwo okazji, jednak zawodziła skuteczność. Gdyby byli bardziej skoncentrowani, wynik mógł wyglądać zupełnie inaczej. Do przerwy prowadzili 3:1, choć powinni mieć na koncie kilka bramek więcej.
Po zmianie stron Inferno ponownie zaczęło obiecująco – tym razem Dawid Wojciechowski zdobył bramkę kontaktową. To jednak był ich ostatni pozytywny akcent w tym meczu. Oldboys całkowicie przejęli inicjatywę, neutralizując atuty rywali i regularnie punktując. Ostatecznie wygrali 8:3, choć ten wynik nie oddaje w pełni ich dominacji.
Zespół Marcina Wiktoruka miał ogromną przewagę, ale raził nieskutecznością. W pewnym momencie zawodnicy zaczęli nawet frustrować się swoimi błędami pod bramką, co w tym meczu nie miało większego znaczenia, ale przeciw silniejszym rywalom może ich sporo kosztować. Inferno natomiast zaczyna rundę od porażki i na razie nie widać znaczącej poprawy względem jesieni. Jeśli chcą utrzymać się w 6. lidze, czeka ich sporo pracy.
Jeżeli Warsaw Gunners wygraliby spotkanie z ekipą Tylko Zwycięstwo, w szóstej lidze mogłoby się zrobić naprawdę ciekawie w górnej części tabeli, dlatego czekaliśmy na fajerwerki! Początek spotkania był trudny z uwagi na pogarszające się warunki atmosferyczne – zaczęło padać, co uniemożliwiało prawidłową kontrolę nad piłką. Na szczęście po kilku minutach wszystko wróciło do normy.
Szybkie dwie bramki na 0:1 i 1:1 zapowiadały bardzo wyrównany mecz z dużym ładunkiem emocji. Jedni i drudzy grali bardzo dynamicznie, wymieniając krótkie podania, ale widać było trudności w obronie po obu stronach. Brak nerwowych ruchów był efektem dużego respektu pomiędzy zespołami. Choć wydawało się, że to Warsaw Gunners mieli większą przewagę, na prowadzenie wyszli goście. Cieszyły momenty odważnych wejść w pole karne i ciekawe akcje indywidualne, jak ta autorstwa Morawskiego. Do przerwy wynik wynosił 1:2.
Po zmianie stron pojedynek dalej był bardzo wyrównany, brakowało jednak skuteczności, a nie brakowało ostrości, przez co jeden z zawodników musiał opuścić boisko na kilka minut po jednym ze starć. Miękina świetnie zachował się przy obronie „główki” rywala, ale to dalej goście byli górą. Sędzia kilkakrotnie musiał zatrzymać grę, gdy dochodziło do kolejnych starć fizycznych. Co ciekawe, mimo ostrej gry, nikt nie dostał kartki.
Warto także docenić postawę Marka Reszczyńskiego, który dawał dużo pewności siebie swoim kolegom. Mimo że każda z drużyn strzeliła jeszcze po bramce w tej połowie, wynik nie uległ zmianie. Gospodarze musieli uznać wyższość swoich rywali i przegrali 2:3.
Na samym końcu tabeli szóstej ligi po rundzie jesiennej panował niesamowity ścisk. Pięć zespołów dzieliło bowiem nie więcej niż trzy punkty. Oznaczało to, że w rundzie rewanżowej bardzo szybko może dojść do zmian w strefie spadkowej. Dziesiąta kolejka uraczyła nas jednym z takich spotkań. Naprzeciwko siebie stanęły ekipy Virtualnego Ń, osłabionego z powodu braku Szymona Kolasy, oraz Green Lantern, w której zarząd zespołu doszedł do innowacyjnych rozwiązań. Mowa tu o wystawieniu na bramce Mikołaja Wysockiego, który jak dotąd stanowił o sile ofensywnej.
Mecz rozpoczął się od relatywnie szybko zdobytego prowadzenia gospodarzy, którzy po golu Kalinowskiego mieli powody do radości. Jednakże momenty euforii prędko przerwał wcześniej wspomniany Wysocki, który po indywidualnej akcji zaliczył trafienie, czym potwierdził swoją dobrą dyspozycję. Spotkanie było niezwykle wyrównane, czego efektem była błyskawiczna zmiana prowadzenia. Green Lantern zdołało bowiem zdobyć gola na 1:2, którego autorem był Getler. Tym razem jednak pozorna pewność siebie i zadowolenie przeszkodziły gościom, którzy po chwili dekoncentracji musieli zejść na przerwę, uznając minimalną przewagę przeciwnika stosunkiem 3:2.
Druga część tego pojedynku to już natomiast wyraźnie lepsza gra Wysockiego i spółki. Szeroka ławka, zsynchronizowane zmiany i przede wszystkim skuteczność Adriana Rzepeckiego sprawiły, że mieli oni większość tego etapu spotkania pod kontrolą. „Rzepa” nie tylko wziął na siebie ciężar gry, ale zdobył ponadto aż trzy bramki, czym dał spokój na dłuższy okres. Green Lantern co prawda przed samym końcem na własne życzenie pozwolił na skurczenie się tej przewagi do zaledwie jednego gola, ale dzięki zaangażowaniu w defensywie i drużynowej postawie zdołał zdobyć komplet jakże cennych punktów, finalnie wygrywając 5:4.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)