Sezon 2015/2016
Relacje meczowe: 1 Liga
Starcie drużyn z dwóch biegunów tabeli przyniosło niespodziewane emocje! Ukrainian Vikings, walczący o utrzymanie, podejmowali FC Impuls UA – ekipę aspirującą do mistrzostwa. Choć wszystko wskazywało na jednostronne widowisko, rzeczywistość napisała zupełnie inny scenariusz.
Spotkanie rozpoczęło się z wysokiego „C”. Już w 3. minucie goście objęli prowadzenie, ale nie minęły nawet dwie minuty, a gospodarze błyskawicznie odpowiedzieli. Pierwszy fragment meczu był dość wyrównany, jednak z czasem coraz wyraźniej dominować zaczął Impuls. Vikings, grający odważnie i wysoko, zostawiali sporo miejsca za plecami, co przeciwnicy skutecznie wykorzystywali. Do przerwy mieliśmy 2:5, a zapowiadało się na spokojną kontrolę lidera.
Druga połowa? Zupełnie inna historia. Impuls dorzucił jeszcze jedno trafienie, ale potem coś się zacięło, a Vikingowie – z nożem na gardle – ruszyli do odrabiania strat. Bramka kontaktowa na 4:5 podgrzała atmosferę, a gdy w 45. minucie padło wyrównanie, zrobił się mecz! Obie drużyny rzuciły się do ataku – nikt nie chciał remisu.
Emocje sięgnęły zenitu, ale ostatnie minuty nie przyniosły już zmiany rezultatu. Spotkanie zakończyło się remisem 5:5, który... nie zadowolił nikogo. Dla Ukrainian Vikings to koniec marzeń o utrzymaniu. Dla Impulsu? Ogromny cios – strata punktów może ich kosztować mistrzostwo, a ekipy z tyłu już depczą im po piętach.
To był z pewnością jeden z najbardziej zaciętych i emocjonujących meczów w tej lidze w obecnym sezonie. Lakoksy wciąż walczą o awans, ale terminarz na końcówkę rozgrywek mają naprawdę wymagający. Z kolei KSB Warszawa – choć mają nieco łatwiejszy plan gier – nie mogli sobie pozwolić na stratę punktów w niedzielnym starciu.
Od początku czuć było stawkę tego meczu – walka toczyła się na całym boisku, a emocje buzowały. Strzelanie rozpoczęła ekipa Michała Tarczyńskiego – po przechwycie poszła szybka kontra, którą skutecznie wykończyli gracze w białych koszulkach. Gospodarze nie zamierzali jednak odpuszczać i cierpliwie czekali na swoje okazje. Rywale dobrze przesuwali w obronie, co utrudniało Lakoksom tworzenie klarownych sytuacji. Pierwsza część meczu zdecydowanie należała do KSB – świetnie organizowali się w defensywie, ale pierwszy poważny błąd został natychmiast wykorzystany przez team Bartka Królaka. Bramka na remis trochę wybiła z rytmu KSB, a kolejna strata zakończyła się golem dla gospodarzy. Miłosz Nowakowski świetnie przeczytał zamiary przeciwnika i po przechwycie wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Po 25 minutach 2:1.
W przerwie widać było ogromną motywację w obu drużynach – wszystko miało się rozstrzygnąć w drugiej połowie. Ledwie rozpoczęliśmy grę, a KSB doprowadziło do remisu. Chwilę później Maciek Grabicki popisał się solowym rajdem i kapitalnym strzałem dał prowadzenie gościom. Lakoksy odpowiedziały błyskawicznie – 3:3, ale od tego momentu KSB zaczęło przejmować pełną kontrolę. Szybko zdobyte trzy bramki całkowicie podcięły skrzydła gospodarzom. Strata była na tyle duża, że ciężko było wrócić do walki o punkty. Każdy zawodnik w drużynie Michała Tarczyńskiego prezentował się znakomicie, a warto dodać, że od pierwszej połowy grali bez możliwości zmiany po kontuzji jednego z graczy. Mimo to wyglądali na zespół z jeszcze większym zacięciem i determinacją. Lakoksy walczyły do końca, ale ostatecznie musiały uznać wyższość rywala – przegrana 5:7 sprawia, że końcówka sezonu będzie dla nich bardzo nerwowa.
Podsumowując – było to bardzo dobre widowisko. Trzeba jednak zaznaczyć, że liczba żółtych kartek w tym meczu może okazać się rekordowa w skali sezonu. Choć nie jest to może powód do dumy, to doskonale rozumiemy, że w starciach o wysoką stawkę emocje czasem po prostu biorą górę.
Połczyn Brothers, chcąc wciąż liczyć się w walce o awans do Ekstraklasy, musiał pokonać Warsaw Bandziors – teoretycznie zadanie do wykonania, ale gospodarze nie zamierzali oddać punktów bez walki. Już jedna z pierwszych akcji pokazała, że tanio skóry nie sprzedadzą – szybka kontra z własnego pola karnego i Bandziors niespodziewanie objęli prowadzenie.
Goście z Połczyna zaczęli mozolnie pracować nad odrobieniem strat, ale początkowo nie wyglądało to najlepiej. Bandziors skutecznie bronili i odpierali kolejne ataki. Jednak gdy tylko Połczynowi udało się doprowadzić do remisu, szybko poszli za ciosem. Kluczowy w tej fazie meczu był Adrian Dembiński – najpierw zanotował asystę, a chwilę później sam wpisał się na listę strzelców. Tuż przed przerwą wynik na 3:1 podwyższył Jakub Guzina i z takim rezultatem obie drużyny zeszły na przerwę.
Po zmianie stron Bandziors nie zamierzali składać broni. Maciek Kiełpsz starał się poderwać zespół, a Szymon Kołosowski dołożył od siebie dwie bramki i kilka naprawdę groźnych akcji. Problem w tym, że tego dnia rywal był po prostu lepszy. Połczyn Brothers byli świetnie zorganizowani – defensywa nie dopuszczała do wielu strzałów, a w ofensywie sytuacje mnożyły się jedna po drugiej.
Połczyn wygrywa zasłużenie i tym samym przedłuża swoje nadzieje na awans do Ekstraklasy. Z kolei Bandziory walczą już tylko i aż o to, by nie zakończyć rywalizacji na ostatnim miejscu w tabeli.
Obie ekipy spisują się rewelacyjnie na wiosnę, więc ich bezpośrednie starcie było jednym z najciekawszych pojedynków tej kolejki. Husaria przystąpiła do meczu praktycznie w optymalnym składzie i liczyła na pełną pulę. Łowcy musieli sobie radzić bez dwóch kluczowych zawodników, ale mimo to prezentowali się na boisku znakomicie.
Od początku oglądaliśmy sporo walki i sporo czystej piłkarskiej jakości. Gospodarze, mający w składzie graczy występujących na co dzień na wysokim poziomie w jedenastkach, nie potrafili jednak zdominować rywali. Goście sprawiali wrażenie drużyny bardziej obytej w realiach szóstek – świetnie ustawiali się taktycznie, dobrze się przesuwali i nie tracili zimnej krwi.
Husaria starała się rozruszać grę, robiła sporo szumu w ofensywie, ale brakowało konkretów. A że Łowcy potrafią wykorzystać każdą okazję – szybko zrobiło się 0:4. Wtedy Tomek Hubner musiał zacząć rotować składem. Tuż przed przerwą gospodarze w końcu zdobyli bramkę, choć trzeba przyznać, że nie obyło się bez kontrowersji – goście protestowali, że piłka opuściła boisko i wstrzymali grę, co zostało wykorzystane przez przeciwników. Po 25 minutach wynik brzmiał 1:4.
W drugiej połowie Husaria rzuciła się do odrabiania strat. Łowcy próbowali kontrolować tempo, ale przewaga zaczęła topnieć. Gdy zrobiło się 4:5, końcówka zapowiadała się naprawdę gorąco. Gospodarze zdecydowali się na zdjęcie bramkarza, ale chwilę później po faulu stracili zawodnika i grając w osłabieniu... stracili kolejną bramkę. To był moment, który przesądził o wyniku. Przy stanie 4:6 czasu było już za mało, by wyrwać choćby remis.
Po bardzo dobrym, stojącym na wysokim poziomie meczu, Łowcy dopisują do swojego dorobku kolejne trzy punkty i pozostają niepokonani w tej rundzie. Husaria mimo porażki wciąż ma realne szanse na podium – patrząc na układ ostatnich dwóch kolejek, nie skreślamy zespołu Tomka Hubnera w walce o awans do Ekstraklasy.
Niezwykle wyrównane spotkanie oglądaliśmy tego dnia w 1. Lidze Fanów. Bezpośrednie starcie zespołów walczących o utrzymanie, czyli Warsaw Rangers kontra Fair Partner, zapowiadało się jako mecz o ogromną stawkę – i faktycznie takim było. Wynik tego pojedynku mógł w praktyce przesądzić o dalszych losach obu ekip: utrzymaniu lub spadku do niższej dywizji.
Pierwsza połowa? Cicha, spokojna, wręcz ospała. Zaledwie po jednym trafieniu z obu stron – i 25 minut minęło w zasadzie bez większych emocji. Ale za to druga część… zupełnie inna historia.
Tu już nie było miejsca na kalkulacje. Remis nikogo nie satysfakcjonował, więc obie drużyny musiały postawić wszystko na jedną kartę. Lepiej w ten decydujący fragment weszli goście – Fair Partner szybko zdobyli dwa gole, a bohaterem był Kashuba, który ostatecznie skompletował hat-tricka. Przewaga? Bezpieczna – ale tylko na chwilę.
Warsaw Rangers, prowadzeni przez Olafa Gontarka, nie złożyli broni. Udało im się doprowadzić do remisu i wydawało się, że to spotkanie znów wymknie się spod kontroli Fair Partner. Jednak spokojna, konsekwentna gra gości zrobiła swoje – i to oni ostatecznie wyszli zwycięsko z tego starcia. Warto podkreślić świetny występ Yevhena Nazarova, który w drugiej połowie rządził i dzielił. Trzy asysty, świetne tempo gry i piłki podane jak na tacy – ciężko było tego dnia grać lepiej w środku pola.
Ostatecznie Rangers musieli uznać wyższość rywali. Fair Partner zgarnia trzy bardzo ważne punkty i odskakuje na cztery oczka – a to już wyraźny sygnał, że ich sytuacja w tabeli zaczyna wyglądać znacznie lepiej. Dla Warsaw Rangers zrobiło się natomiast bardzo trudno – do końca sezonu muszą dać z siebie wszystko, jeśli chcą jeszcze powalczyć o ligowy byt.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)