Sezon 2024/2025
Relacje meczowe: 1 Liga
BetterStyle Husaria Mokotów podkreśliła świetną wiosnę wygraną z Impulsem. Goście od początku dominowali, ale brakowało im skuteczności. Kiedy wydawało się, że w końcu padnie bramka dla przyjezdnych, Roman Sołtys po kontrataku umieścił piłkę w siatce. Chwilę później Michał Drabik wyrównał, jednak przez całą pierwszą połowę można było odnieść wrażenie, że Husarii brakuje odrobiny spokoju w grze. Za każdym razem, gdy goście się rozpędzali, gospodarze karcili ich kontrami. W ten sposób FC Impuls wychodził na prowadzenie w pierwszej odsłonie aż trzykrotnie! Ostatecznie było to za mało, by odskoczyć rywalowi, a wynik do przerwy wynosił 3:3. Mało tego – to goście powinni prowadzić po pierwszej połowie, jednak Filipowi Bućko kilkukrotnie zabrakło szczęścia: raz trafił w słupek, a w innych sytuacjach górą był Mykola Osichnyi.
W przerwie BetterStyle Husaria Mokotów wyciągnęła odpowiednie wnioski z pierwszej części meczu. Tym razem goście nie tylko podkręcili tempo, ale też grali precyzyjniej. Mimo krótszej ławki rezerwowych to właśnie przyjezdni wyglądali na lepiej przygotowanych na trudy spotkania. Gospodarze nie byli w stanie pokonać Norberta Wierzbickiego, a jednocześnie Husaria z każdą minutą coraz bardziej się rozpędzała. Trzy szybkie bramki między 32. a 37. minutą rozwiały wszelkie wątpliwości, kto ostatecznie wygra to spotkanie. Co więcej, w ostatnich minutach padły kolejne dwie bramki dla gości. Dopiero przy wyniku 3:8 gospodarze zaczęli grać bardziej agresywnie, jednak na comeback było już za późno. Na otarcie łez, tuż przed końcem, Igor Petlyak zmniejszył rozmiary porażki do 4:8.
Mistrz 1. ligi, zespół KSB Warszawa, podchodził do ostatniego spotkania sezonu w nastroju pełnym luzu i satysfakcji. Awans do Ekstraklasy był już faktem, a przy boisku zawisł stosowny baner celebrujący ten sukces. Zupełnie inne emocje towarzyszyły ekipie Fair Partner, która miała zaledwie punkt przewagi nad strefą spadkową, a losy ich utrzymania wciąż pozostawały otwarte, zwłaszcza że bezpośredni rywal grał dopiero wieczorem.
Od początku było widać, że gospodarze są maksymalnie skoncentrowani, ale to KSB jako pierwsze zagroziło bramce Maksa Shtykhana. Z czasem jednak do głosu zaczęli dochodzić zawodnicy Fair Partner, którzy coraz śmielej atakowali, sprawdzając formę Czarka Wachnika uderzeniami m.in. Bubentsova i Kashuby. Wydawało się, że gospodarze łapią rytm, gdy nagle Kiryl Semerenko wykorzystał stały fragment gry i precyzyjnym strzałem z rzutu wolnego wyprowadził KSB na prowadzenie.
Dla Fair Partner był to moment alarmowy. Po kilku mocnych słowach z ławki gospodarze podkręcili tempo, zaczęli grać zdecydowanie bardziej agresywnie i składnie. Ich determinacja szybko przełożyła się na gole. Szczególną rolę odegrał Dmytro Kashuba, który aż pięciokrotnie wpisał się na listę strzelców, zostając niekwestionowanym bohaterem spotkania. Warto dodać, że obaj bramkarze KSB – Wachnik w pierwszej, Kułakowski w drugiej połowie – nie ustrzegli się błędów, co również miało wpływ na przebieg rywalizacji.
Choć można się zastanawiać, jak wyglądałby ten mecz, gdyby stawka dla obu zespołów była wciąż otwarta, to faktem pozostaje, że Fair Partner wygraną po prostu sobie wywalczył. Zespół z Ukrainy zapewnił sobie ligowy byt w bezpośrednim starciu z mistrzem, który z kolei miał już zapewniony tytuł, ale zagrał fair i ambitnie do końca.
Gratulacje dla Fair Partner za utrzymanie i dla KSB Warszawa za mistrzostwo 1. ligi!
Gdy rozpoczynał się mecz Łowców z Lakoksami, Miłosz Nowakowski – gracz gości – odbierał w Mołdawii złote medale Mistrzostw Europy. W tym czasie jego koledzy rywalizowali z ekipą z Ukrainy, a początek spotkania nie układał się najlepiej.
Gospodarze od pierwszych minut narzucili swój styl gry i w początkowej fazie drużynie Bartka Królaka trudno było nawiązać równorzędną walkę. Goście mieli spore problemy ze stwarzaniem sytuacji bramkowych, co przełożyło się na prowadzenie Łowców. Do przerwy wynik brzmiał 4:1, ale kibice liczyli, że Lakoksy zaprezentują się lepiej po zmianie stron.
I rzeczywiście – goście bardzo dobrze weszli w drugą połowę, na tyle, że rywale zaczęli odczuwać realne zagrożenie. Wynik wcale nie musiał być przesądzony. Czy to geniusz menedżera Bartka Królaka, czy po prostu boiskowa złość, zmobilizowała Lakoksów do walki – efektem było odrabianie strat i coraz większa nerwowość w szeregach gospodarzy. Łowcy zaczęli reagować emocjonalnie – niemal każdy faul rywala był kwitowany sugestiami do sędziego o konieczność sięgnięcia po kartkę. Arbiter jednak nie dał się wyprowadzić z równowagi i konsekwentnie trzymał poziom prowadzenia zawodów.
Choć pogoń gości była imponująca, nie udało się doprowadzić do wyrównania – Łowcy wygrali to spotkanie 7:5. Mimo porażki, Lakoksy, grające bez kilku kluczowych zawodników, zaprezentowały się solidnie i były bliskie sprawienia niespodzianki.
Dla Łowców było to kolejne zwycięstwo – zakończyli rundę z kompletem wygranych. Teraz wszyscy zastanawiają się, czy sięgną również po Puchar Ligi Fanów na zakończenie sezonu.
Gospodarze byli wskazywani jako murowani faworyci i nie tylko spełnili oczekiwania, ale zrobili to z ogromnym rozmachem, efektownie kończąc sezon. Choć mecz rozpoczął się w fatalnych warunkach pogodowych – oba zespoły wchodziły na murawę w strugach deszczu – Połczyn Brothers od pierwszego gwizdka narzucili zabójcze tempo. Już po trzech minutach prowadzili 2:0, a w ciągu kwadransa praktycznie rozstrzygnęli losy spotkania.
Gole Adriana Dembińskiego, Maksymiliana Kopczyńskiego, Damiana Klepackiego i Marka Wieteckiego sprawiły, że wynik brzmiał 5:0. Rangers zdołali odpowiedzieć jedynie trafieniem Pavla Klimiankou, ale był to bardziej incydent niż realna próba odrobienia strat. Drużyna Olafa Gontarka pojawiła się na spotkaniu w mocno okrojonym składzie, co znacznie utrudniło im walkę z rozpędzonym przeciwnikiem. Trudno powiedzieć, jak potoczyłby się ten mecz, gdyby goście mieli pełną kadrę.
Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 8:3, ale w drugiej Rangers byli już tylko tłem. Połczyn Brothers kontynuowali ofensywną grę, wykorzystując każdą okazję do poprawienia swoich statystyk. Do wspomnianej wcześniej czwórki strzelców dołączyli Franek Walczak, Kamil Marczak i Krzysztof Witecki, dorzucając kolejne trafienia i asysty.
Mimo braku zbędnej nonszalancji, Połczyn Brothers zakończyli spotkanie z imponującym wynikiem 18:5. Ten mecz pokazał ogromny potencjał drużyny i z niecierpliwością czekamy na ich występy w przyszłym sezonie. Rangers natomiast powinni potraktować minione rozgrywki jako cenną lekcję – czas na odbudowę i powrót silniejszym w kolejnej kampanii.




Warszawa
Łódź






)
)
)
)
)
)
)
)
)
)