Sezon Lato 2025
Relacje meczowe: 6 Liga
Spotkanie pomiędzy Saską Kępą a Bartolini Pasta do samego końca trzymało w napięciu. Od pierwszych minut widać było, że obie drużyny są dobrze przygotowane, zmotywowane i zdeterminowane, by sięgnąć po komplet punktów. Okazji nie brakowało po obu stronach, a gra toczyła się w szybkim tempie.
Kiedy wydawało się, że pierwsza połowa zakończy się bezbramkowym remisem, w końcówce tej części meczu wynik otworzył Adam Kubajek, dając prowadzenie Bartolini Pasta. Radość gości nie trwała jednak długo – Marcin Nowak błyskawicznie doprowadził do wyrównania po doskonałym dośrodkowaniu Adama Zgórzaka i precyzyjnym strzale głową. Do przerwy mieliśmy remis 1:1 i trudno było wskazać, kto jest bliżej zwycięstwa.
Druga połowa przyniosła jeszcze więcej emocji. Już na jej początku gospodarze przejęli inicjatywę – efektownym uderzeniem z dystansu popisał się Grzegorz Rękawek, bramkarz Saskiej Kępy, który wpisał się na listę strzelców i wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Kilka minut później odpowiedzieli zawodnicy Bartolini. Mateusz Brożek popisał się kapitalną indywidualną akcją, przebiegł z piłką pół boiska i precyzyjnym strzałem doprowadził do remisu.
Emocje nie opadały. Saska Kępa ponownie wyszła na prowadzenie po trafieniu Łukasza Pastewki, który wykorzystał swoją okazję w polu karnym. Gdy wydawało się, że trzy punkty zostaną w rękach gospodarzy, w końcówce meczu sędzia podyktował rzut karny dla Bartolini Pasta. Do piłki podszedł Piotr Winek i pewnym strzałem ustalił wynik spotkania na 3:3.
Remis można uznać za w pełni sprawiedliwy rezultat.
Oba zespoły miały przed tym meczem tyle samo punktów po pięciu kolejkach, więc trudno było wskazać wyraźnego faworyta. Spotkanie od pierwszych minut zapowiadało się bardzo wyrównanie, ale też obfitowało w sytuacje bramkowe.
Początek należał do Georgian Team, który stworzył sobie kilka okazji, jednak brakowało mu skuteczności – piłka mijała bramkę lub trafiała w dobrze ustawionych obrońców. Z kolei Sante wykazało się znacznie większą precyzją. Już w 3. minucie po szybkim ataku Tomasz Cacko otworzył wynik spotkania. Po objęciu prowadzenia Sante cofnęło się, skupiając na defensywie, co pozwoliło Gruzinom przejąć inicjatywę.
W 12. minucie po dalekim wyrzucie bramkarza piłka trafiła do Saby Lomii, który wykorzystał błąd obrony i doprowadził do remisu. Chwilę później Georgian Team poszedł za ciosem i wyszedł na prowadzenie 2:1. Zespół gospodarzy grał coraz pewniej, imponując organizacją gry. Kolejne minuty przyniosły następne trafienia, a Gruzini odskoczyli rywalom. Dopiero w końcówce pierwszej połowy Sante złapało rytm i dzięki skutecznej grze ofensywnej zdołało zmniejszyć stratę do 4:3.
Po przerwie goście szybko doprowadzili do remisu po rzucie wolnym i dobitce Piotra Wirboła, ale to Georgian Team miał tego dnia w swoich szeregach prawdziwego lidera. W 39. minucie rozpoczął swoje show Saba Lomia, który w ciągu zaledwie czterech minut zdobył cztery bramki, przesądzając o losach meczu.
Choć Sante walczyło do końca i potrafiło jeszcze kilkukrotnie zagrozić bramce rywali, zespół z Kaukazu nie wypuścił już zwycięstwa z rąk. Ostatecznie wygrał 9:7, awansując na 5. miejsce w tabeli. Sante natomiast w kolejnych meczach będzie musiało szukać punktów, by wydostać się z dołu tabeli.
Spotkanie pomiędzy Shot DJ a Szmulki Warszawa zapowiadało się wyjątkowo ciekawie, ponieważ obie drużyny miały za sobą udane występy w poprzedniej kolejce i liczyły na kontynuację zwycięskiej serii. Nie zawiedliśmy się – w tym meczu nie zabrakło bramek i zwrotów akcji.
Idealny początek zaliczyli gospodarze, bo już w 2. minucie zawodnicy Shot DJ objęli prowadzenie. Szmulki błyskawicznie odpowiedziały – Wiktor Januszewski popisał się potężnym strzałem, który przełamał ręce bramkarza i wpadł tuż pod poprzeczkę.
Gra przypominała bokserską wymianę ciosów. W 5. minucie Szmulki wyszły na prowadzenie, jednak gospodarze niemal natychmiast wyrównali. Kilka minut później Borys Sułek wykorzystał nieporozumienie w defensywie Shot DJ, doszedł do sytuacji sam na sam z bramkarzem i pewnym strzałem przywrócił prowadzenie swojej drużynie. Gospodarze nie zamierzali się poddawać – po precyzyjnym podaniu Michała Wasiaka z pierwszej piłki trafił Jan Jabłoński.
Końcówka pierwszej połowy to pokaz ofensywnej siły Szmulek. Dwa szybkie gole pozwoliły im odskoczyć na dwie bramki, a następnie obie ekipy miały okazję do wykazania się przy rzutach karnych – zarówno gospodarze, jak i goście skutecznie je wykorzystali. Do przerwy na tablicy widniał wynik 4:6.
Po zmianie stron Shot DJ ruszył do odrabiania strat. Po błędzie bramkarza Szmulek zdołali zdobyć gola kontaktowego, lecz chwilę później Wiktor Januszewski po raz kolejny huknął jak z armaty, kompletując hat-tricka i przywracając swojej drużynie dwubramkową przewagę. Gospodarze trafili jeszcze raz, ale mimo walki do ostatnich sekund nie zdołali doprowadzić do remisu – piłka po ich strzale w końcówce trafiła w słupek, a dobitkę wybronił bramkarz Szmulek.
Ostatecznie Szmulki Warszawa wygrały 7:6, inkasując cenne trzy punkty i wskakując na drugie miejsce w tabeli. Shot DJ musi ustabilizować formę – potencjał w tej drużynie jest ogromny, ale brakuje jeszcze regularności.
To był mecz o pierwsze miejsce i nie trzeba wielu słów, by podkreślić jego wagę. Ostatecznie zobaczyliśmy wyjątkowe widowisko, które zakończyło się wynikiem 1:0 dla wciąż niepokonanych liderów 6. ligi – drużyny Mixtura. Ale po kolei.
Pierwsze dwanaście minut upłynęło pod znakiem wyrównanej gry. Obie drużyny badały się nawzajem, żadna nie chciała popełnić błędu. Spokój jednak musiał zostać przerwany – dokonał tego Filip Junowicz, który po fantastycznym rajdzie przez całe boisko zagrał idealną piłkę w pole karne do Rafała Jochemskiego. Ten tylko dołożył nogę i skierował piłkę do siatki. Wtedy nikt jeszcze nie przypuszczał, że będzie to jedyny, a zarazem zwycięski gol tego spotkania.
Po stracie bramki Zaborów wrzucił piąty bieg. Zespół ruszył do ataku – fala za falą sunęły ofensywne akcje, jednak żadna nie przyniosła efektu. Raz za razem ich próby zatrzymywał świetnie dysponowany bramkarz Mikstury, Cezary Kubalski, a gdy już i on był bezradny, piłka trzykrotnie odbijała się od słupków. W jednej z najbardziej dramatycznych akcji pierwszej połowy Mateusz Jochemski uratował Miksturę, wybijając piłkę z linii bramkowej.
Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 1:0, który – jak się później okazało – mocno podciął skrzydła drużynie z Zaborowa. W drugiej części spotkania w ich grze pojawiło się coraz więcej nerwowości, a tempo ataków wyraźnie spadło. Zamiast wyrównującego gola, Zaborów sprokurował rzut karny. Wtedy jednak bohaterem został Jakub Bauer – bramkarz Zaborowa poleciał w przeciwny róg, ale w locie zdołał odbić piłkę nogami, ratując zespół przed stratą kolejnej bramki. Ta obrona dodała skrzydeł jego kolegom, jednak mimo końcowego naporu przegrywający nie zdołali już znaleźć drogi do siatki.
Choć wynik 1:0 może sugerować spokojne spotkanie, w rzeczywistości był to mecz pełen napięcia, emocji i licznych sytuacji bramkowych. Świetnie spisywali się bramkarze i obrońcy, a tam, gdzie zabrakło umiejętności dopisało szczęście. Tego ostatniego nieco więcej miała Mikstura, ale jak mówi powiedzenie: szczęście sprzyja lepszym, a liderzy pokazali, że pierwsze miejsce należy się im w pełni zasłużenie.
Zaborów, mimo porażki, nie ma powodów do wstydu. W niedzielny wieczór pokazał charakter. Walka o mistrzostwo wciąż jest otwarta, a po takim meczu obie drużyny udowodniły, że będą brały w niej udział do samego końca.
Tydzień temu Old Eagles Koło przełamało serię dwóch porażek z rzędu. Aby podtrzymać dobrą passę, musiało wygrać z Green Lantern. Zielona Latarnia nie może jak dotąd zaliczyć tej rundy do udanych i swoim światłem rozświetla dół tabeli.
Gospodarze rozpoczęli mecz od szybkiej żółtej kartki, dając rywalowi szansę na objęcie prowadzenia. Oponenci nie wykorzystali gry w przewadze, a wręcz przeciwnie – stracili pierwszą bramkę w meczu. Chwilę później przyszedł drugi cios od Orłów z Koła i dopiero wtedy gra stała się bardziej wyrównana. Oba zespoły tworzyły sobie dogodne sytuacje strzeleckie, lecz nie potrafiły ich zamienić na gole. Przełamanie nastąpiło w 17. minucie. Gospodarze po raz trzeci pokonali pełniącego rolę bramkarza Mikołaja Wysockiego. Do końca pierwszej połowy uczynili to jeszcze czterokrotnie, nie pozostawiając rywalom złudzeń, kto ma ten mecz wygrać.
Po zmianie stron nastąpiła również zmiana w bramce Green Lantern – pomiędzy słupki wskoczył Janek Wysocki. Zmiana ta, mimo szybko straconej bramki, przyniosła widoczną poprawę w grze gości. Znów byliśmy świadkami wyrównanego fragmentu meczu, a po upływie 11 minut Zielona Latarnia zdobyła swojego pierwszego gola, przy którym asystował Mikołaj Wysocki.
Gospodarze, świętujący dwudziestolecie zespołu, momentalnie odpowiedzieli bramką, a chwilę później zobaczyli drugą żółtą kartkę. Tym razem rywale wykorzystali grę w przewadze, jednak mimo nadziei i wiary w comeback, Green Lantern musieli uznać wyższość przeciwnika.
Old Eagles Koło dzięki zwycięstwu 10:3 awansowało o jedną pozycję w tabeli, a Zielona Latarnia raczej jeszcze przez dłuższy czas będzie rozświetlać strefę spadkową.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)