Sezon 2014/2015
Relacje meczowe: 6 Liga
JW meczu na szczycie 6. ligi spotkały się zespoły z górnej części tabeli, a mowa tu o Georgian Team i FC Zaborów. Po długich i zaciekłych bataliach górą z tego starcia wyszli gracze z Gruzji, jednak nie mieli łatwej przeprawy, bo ekipa z Zaborowa postawiła spory opór.
Spotkanie nie obfitowało w wiele goli, co nie oznacza, że brakowało emocji. Mieliśmy okazję zobaczyć sporo twardej walki w środku pola oraz boju o każdy skrawek murawy. Od początku było widać, że grę prowadzili zawodnicy Georgian, którzy rozgrywali piłkę spokojnie w ataku pozycyjnym z pomocą swojego bramkarza, momentami pełniącego rolę ostatniego obrońcy i budującego przewagę w rozegraniu. Większość ataków była neutralizowana w zarodku przez dobrą grę defensywną gości, jednak w końcu worek z bramkami musiał się otworzyć. Stało się to za sprawą Saby Lomii, który pokonał Drynkowskiego z rzutu karnego. Ten gol podziałał na graczy z Zaborowa jak płachta na byka i zaczęli przejmować inicjatywę, co doprowadziło do wyrównania. Był to prawdziwy mecz „cios za cios”, gdyż oba zespoły co zdobywały bramkę, to po chwili ją traciły.
Ostatecznie to gracze Georgian zdobyli decydującego gola i po 10. serii gier znajdują się na pozycji wicelidera.
W jednym z najważniejszych spotkań w kontekście nadchodzącej walki o utrzymanie obie drużyny długo nie potrafiły sięgnąć po komplet punktów. W wiosnę zarówno Green Lantern, jak i Sante weszły ospale, a pierwsza połowa przypominała dżentelmeńską debatę – było wiele uprzejmości, szczególnie jeśli chodzi o podawanie piłki rywalowi (czyli panowała niecelność w rozegraniu) oraz przepuszczanie się nawzajem (kiepska obrona dawała sporo okazji napastnikom).
Drużyny pozwalały bramkarzom należycie się wykazać, jednak ci stanęli na wysokości zadania – obaj stanowili najjaśniejsze punkty swoich ekip w nieciekawej pierwszej połowie spotkania. W tej przyjacielskiej atmosferze ujrzeliśmy cztery trafienia, a po 25 minutach na tablicy widniał prawdopodobnie najgorszy wynik dla obu zainteresowanych drużyn, jeśli założymy, że walczą o utrzymanie, czyli remis (2:2).
Sebastian Świpiarski po bardzo dobrej pierwszej połowie na początku drugiej odsłony popełnił błąd, który zmienił losy spotkania – rzut karny i czerwona kartka za zapaśnicze powalenie napastnika w trakcie rozpaczliwej interwencji sprawiły, że Green Lantern straciło swój ostatni boiskowy argument tego dnia. Sante natomiast bardzo szybko przeszło do działania. W okresie gry w przewadze odjechało na bezpieczne prowadzenie 2:5 i do końca spotkania nie było w tarapatach nawet przez chwilę. Piotr Kowalski i Tomek Kawalec w końcu wskoczyli na wyższe obroty i wypunktowali osłabionego rywala.
Płomyk nadziei dał jeszcze gospodarzom gol na 3:5 autorstwa Patryka Podgórskiego, jednak Sante do końca kontrolowało przebieg spotkania i pewnie wygrało w stosunku 3:7.
Ten mecz miał swój jasno zarysowany kontekst jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Shot DJ kończył rundę jesienną z dorobkiem 16 punktów, ocierając się o podium, podczas gdy Bartolini Pasta znajdowało się po drugiej stronie tabeli, z zaledwie ośmioma punktami i walką o utrzymanie. Teoretycznie różnica klas była wyraźna. Boisko napisało jednak zupełnie inny scenariusz.
Od pierwszych minut było widać, że tego dnia coś w grze gospodarzy nie funkcjonuje. Shot DJ wyglądał tak, jakby zapomniał o defensywie - zostawiali ogromne przestrzenie, reagowali z opóźnieniem i pozwalali rywalom na zbyt wiele. Bartolini Pasta nie potrzebowało specjalnych zaproszeń. Goście grali odważnie, konkretnie i bez zbędnych kalkulacji, wykorzystując praktycznie każdą okazję. Z każdą kolejną minutą ich przewaga rosła, a wynik zaczął nabierać rozmiarów, których mało kto mógł się spodziewać. W ofensywie brylował Mateusz Brożek, który rozegrał kapitalne zawody - hat-trick, cztery asysty i masa technicznych, inteligentnych zagrań, które rozbijały ustawienie rywala. Był wszędzie tam, gdzie działo się coś groźnego, a jego decyzje z piłką przy nodze niemal zawsze prowadziły do sytuacji bramkowej.
Świetnie wspierał go Krystian Pazdyka, który dorzucił swoje „cztery shoty w promocji” i bezlitośnie wykorzystywał każdą okazję pod bramką gospodarzy. Na uwagę zasługuje również debiutant Jakub Trzaskowski, który wykonał ogrom pracy bez piłki i pokazał, że może być realnym wzmocnieniem w walce o utrzymanie. Z kolei po stronie Shot DJ trudno było znaleźć pozytywy. Brak organizacji w defensywie, zbyt duże odstępy między formacjami i brak reakcji na wydarzenia boiskowe sprawiły, że mecz bardzo szybko wymknął się spod kontroli.
Ostatecznie Bartolini Pasta wygrało 11:3, sprawiając jedną z większych niespodzianek tej kolejki. To zwycięstwo może okazać się niezwykle ważne w kontekście walki o utrzymanie. Dla Shot DJ to z kolei poważny sygnał ostrzegawczy - jeśli chcą myśleć o czołówce, muszą szybko poukładać swoją grę, bo po takim meczu pytań jest zdecydowanie więcej niż odpowiedzi.
Spotkanie pomiędzy Miksturą a zespołem Saskiej Kępy to kolejny mecz, jaki mieliśmy okazję oglądać w ostatniej kolejce. W pierwszej odsłonie było ono niezwykle wyrównane, o czym świadczy niewielki dorobek bramkowy w tej części gry.
Strzelanie rozpoczęli goście po golu Mariusza Zgórzaka. Od tego momentu piłka w dużej mierze przebywała w środku pola, a obie drużyny szukały swoich szans. I wtedy nastał moment zwrotny w tym meczu. Rzut wolny dla ekipy gospodarzy. Do piłki podszedł Andrzej Łukomski i bezpośrednim strzałem trafił do siatki. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego - przecież bramki z rzutów wolnych u nas się zdarzają. Jednak zawodnik ten postanowił przy kolejnej okazji i kolejnym faulu rywali ponownie uderzyć na bramkę i w odstępie kilku minut dwa jego uderzenia z rzutów wolnych zostały zamienione na gole.
Druga połowa tego meczu była już pod dyktando zespołu gospodarzy, którzy kontrolowali jego przebieg, dokładając trzy kolejne trafienia. Ekipa Saskiej Kępy zdołała odpowiedzieć zaledwie raz i na tym to spotkanie się zakończyło.
Mikstura wciąż z bezpieczną przewagą mknie rozpędzona po mistrzostwo tej ligi, natomiast zespołowi gości pozostaje szukać punktów w kolejnych meczach, z nadzieją, że w szeregach rywali nie będzie już tak dobrze wykonujących stałe fragmenty gry egzekutorów.
Szósta liga nie zawiodła - starcie drużyn ze Szmulek i Koła, które przed meczem miały identyczny dorobek punktowy i w pierwszym pojedynku podzieliły się punktami (4:4), ponownie dostarczyło ogromnych emocji. Był to mecz sąsiadów w tabeli i jednocześnie spotkanie, które mogło wiele zmienić w układzie środka stawki.
Lepiej w potyczkę weszli gracze Old Eagles, choć nie przyszło im to łatwo. Dwukrotnie musieli wychodzić na prowadzenie, bo gospodarze szybko odpowiadali i nie pozwalali odskoczyć. Z czasem jednak coraz śmielej do głosu zaczęły dochodzić Szmulki, które przejęły inicjatywę i zaczęły częściej zagrażać bramce rywali. Ich wiodącą postacią był Wiktor Januszewski, który napędzał ofensywę i nadawał ton akcjom swojego zespołu. Do przerwy było 4:2 dla Szmulek, choć sam przebieg meczu pozostawał wyrównany - obie drużyny miały swoje momenty, a gra toczyła się w dobrym tempie.
Druga połowa nie przyniosła większej zmiany obrazu gry. Zarówno gospodarze, jak i goście próbowali narzucić swój styl i zdobywać kolejne bramki. Obie drużyny dorzuciły po dwa trafienia, a wynik 6:4 dla Szmulek na kilka minut przed końcem wydawał się już bezpieczny. Coraz więcej wskazywało na to, że podopieczni Jakuba Kaczmarka dowiozą zwycięstwo, tym bardziej że Old Eagles zaczęli wyglądać na zmęczonych. I wtedy zaczęło się prawdziwe kino.
Doświadczenie gości wzięło górę w najważniejszym momencie. Najpierw pewnie wykorzystany rzut karny przywrócił nadzieję, a chwilę później Sylwester Madej popisał się kapitalnym strzałem przy słupku, doprowadzając do wyrównania. W kilka minut mecz znów był otwarty, a końcówka zamieniła się w walkę na całego. Obie drużyny próbowały jeszcze przechylić szalę zwycięstwa, ale czasu zabrakło. Ostatecznie padł remis 6:6, który idealnie oddaje charakter tego spotkania - wyrównanego, intensywnego i pełnego zwrotów akcji.
To oznacza, że sytuacja obu zespołów w tabeli pozostaje otwarta. Zarówno Szmulki, jak i Old Eagles pokazali, że stać ich na wiele - a wiosna zapowiada się dla nich jako walka o każdy punkt.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)