Sezon 2014/2015
Relacje meczowe: 6 Liga
W niedzielę, w ramach 3. kolejki, rozgrywany był mecz pomiędzy zespołem Bartolini Pasta a Green Lantern. Goście, pomimo że przyjechali w sześć osób, stanęli na wysokości zadania i pokonali przeciwnika 4:2. Gracze „Zielonych” lepiej weszli w mecz - otworzyli wynik, a chwilę później go podwyższyli, stopniowo budując swoją przewagę i komfort gry.
Główną postacią, której możemy przypisać sprawczość tego wyniku, był Mikołaj Wysocki - bramkarz zespołu Green Lantern. Zawodnik, niegdyś reprezentujący barwy Gladiatorów Eternis, w tym spotkaniu błyszczał w aspektach, o które rzadko podejrzewamy bramkarza. Jego rajdy z piłką oraz znakomita wizja wolnych przestrzeni i luk w obronie wprawiały przeciwnika w niemałe zakłopotanie.
Dodatkowo Wysocki zaliczył kilka skutecznych interwencji, co z pewnością bezpośrednio przełożyło się na korzystny wynik dla gości. Gracze Green Lantern mają więc powody do radości — przełamali niekorzystny impas dwóch porażek z rzędu i zdobyli pierwsze punkty w rundzie jesiennej. Natomiast ekipa Bartolini Pasta ewidentnie nie jest w najlepszej formie od początku sezonu, jednak ma jeszcze czas, by poprawić swoją boiskową dyspozycję. Wiemy przecież, że możliwości i umiejętności chłopakom nie brakuje.
Dużą niespodziankę sprawiła ekipa Georgian Team, wygrywając z wyżej notowanym przeciwnikiem – Shotem DJ – ale właśnie takie historie Liga Fanów kocha najbardziej! Już sam początek spotkania zwiastował, że możemy być świadkami sensacji, bowiem dosyć szybko gospodarze objęli prowadzenie za sprawą Saby Lomii. Wprawdzie nie minęła nawet minuta, a do remisu doprowadził Filip Olak, lecz gra gości zdecydowanie nie kleiła się tak, jakby tego chcieli.
Delikatna ospałość w doskoku polsko-francuskiej drużyny pozwoliła Gruzinom wyjść na prowadzenie po klasycznej „wystawce” Giorgiego Lemonjavy do Lashy Gabrichidze, a tylko Marcin Poręba sprawiał, że gospodarze nie zaaplikowali rywalom trzeciego trafienia. Jednak co się odwlecze, to nie uciecze – kolejna akcja wspomnianego duetu, który tym razem zamienił się rolami, zakończyła się strzałem „z czuba” Lemonjavy, po którym piłka zatrzepotała w siatce.
Podirytowani takim obrotem spraw piłkarze Shota stopniowo zaczęli przejmować inicjatywę, czego owocem były dwa szybkie ciosy wyrównujące autorstwa Michała Wasiaka – po dośrodkowaniu Jeremiego Szymańskiego z rzutu wolnego – oraz Jana Jabłońskiego. Chwilowa dominacja gości mogła dać im prowadzenie, lecz wciąż zawodziła decyzyjność, a zawodnicy grali najzwyczajniej w świecie zbyt samolubnie.
Po przerwie Gruzini wrócili do swojej najlepszej wersji z początku meczu i bez trudu zapakowali oponentom dwa gole, podczas gdy z tyłu świetną formę prezentował Beka Meskhi, skutecznie powstrzymując ofensywne zapędy przeciwników. W międzyczasie żółtą kartkę obejrzał golkiper Shota, Marcin Poręba, a na resztę spotkania między słupkami zastąpił go Szymański, wzmacniając tym samym rozgrywanie piłki od tyłu.
Na nieszczęście dla gości to podopieczni Shuquriego Lomii wciąż prezentowali więcej konkretów pod bramką, w wyniku czego zdobyli kolejne dwa trafienia. Końcówka pokazała jednak to, co w futbolu najpiękniejsze – walkę o wynik nie na 100%, a na 200%. Piłkarze Shota DJ, śmigając jak na skrzydłach, doprowadzili do stanu 8:7 i bardzo mocno pachniało podziałem punktów, lecz tego dnia zatriumfowali ci, którzy lepiej odnajdywali się w grze w powietrzu – gwóźdź do trumny gości wbił głową, ku własnemu zaskoczeniu, kierownik gruzińskiego zespołu Shuquri Lomia, ustalając rezultat na 10:7.
Można dywagować, czy Shot DJ było stać tego poranka na więcej, ale jedno jest pewne – takie mecze jak ten moglibyśmy oglądać bez przerwy!
Starcie Sante ze Szmulkami miało ogromne znaczenie dla obu ekip. Gospodarze po porażce z Zaborowem chcieli koniecznie wrócić na zwycięską ścieżkę i zbliżyć się do czołówki tabeli, natomiast goście – w świetnej formie od początku sezonu – liczyli na kolejne udane spotkanie.
Lepiej w mecz weszło Sante, które już w pierwszych minutach stworzyło sobie kilka bardzo dobrych okazji, jednak na drodze stawał znakomicie dysponowany Karol Dębowski, broniąc z dużym wyczuciem. Paradoksalnie to Szmulki wykorzystały swoją pierwszą groźną akcję – szybki kontratak zakończył się bramką, a chwilę później goście podwyższyli prowadzenie.
Gospodarze jednak błyskawicznie wrócili do gry, a motorem napędowym zespołu był Patryk Ułasiuk, który wziął na siebie ciężar rozgrywania akcji. Najpierw zdobył gola kontaktowego, a następnie doprowadził do wyrównania. Gdy wydawało się, że ekipa Piotrka Kowalskiego pójdzie za ciosem, prosty błąd w obronie został bezlitośnie wykorzystany przez napastnika drużyny z Pragi i Szmulki ponownie objęły prowadzenie – 2:3 do przerwy.
Po zmianie stron Sante szybko zabrało się za odrabianie strat. Znów w roli głównej wystąpił Ułasiuk, który brał udział w akcji dającej remis. Szmulki potrafiły jednak błyskawicznie odpowiadać – gdy tylko wychodzili na prowadzenie, moment dekoncentracji i brak asekuracji w defensywie dawały gospodarzom kolejną szansę na wyrównanie.
Przy stanie 4:4 gra wciąż była otwarta, ale w końcówce większa mobilizacja i przede wszystkim lepsza skuteczność należały do gości. Sante zaczęło popełniać coraz więcej prostych błędów, a zmęczenie dawało o sobie znać. Szmulki bezlitośnie to wykorzystały, odjeżdżając z wynikiem i zamykając mecz na 9:5.
Ostatni mecz pomiędzy Miksturą a Old Eagles Koło odbył się niemal sześć lat temu. Wtedy to zawodnicy Mikstury byli wyraźnie górą. W aktualnym sezonie obie drużyny miały na swoim koncie po cztery punkty, a dzielił je jedynie bilans bramkowy.
Gospodarze pewnie rozpoczęli spotkanie, narzucając tempo od pierwszego gwizdka sędziego. Już w 2. minucie objęli prowadzenie za sprawą Rafała Jochemskiego. Swoją przewagę w tej części meczu potwierdzili, strzelając drugiego gola. Mieli również szansę na trzybramkowe prowadzenie, lecz strzał z przewrotki znakomicie obronił Jan Drabik, który tego dnia był w świetnej formie. Goście doszli do głosu dopiero w 12. minucie, odrabiając jedną bramkę. Mikstura, podrażniona stratą, odpowiedziała w przeciągu 60 sekund. Gra zrobiła się bardziej wyrównana, jednak wciąż z lekkim wskazaniem na gospodarzy. Do końca tej części meczu nie zobaczyliśmy już goli, ale emocji nie brakowało.
Drugą połowę można podzielić na dwie części. W pierwszej z nich przeważali zawodnicy Mikstury, którzy powiększyli swoje prowadzenie do czterech goli. Około 15 minut przed końcem swojego drugiego gola zdobył Mariusz Żywek. Bliźniaczo do pierwszej części meczu Mikstura odpowiedziała ekspresowo zdobytym trafieniem. Był to początek drugiej fazy spotkania, która należała już do gości.
Na niespełna pięć minut przed końcem meczu, przy wyniku 6:3, „Stare Orły” zdecydowały się na grę z lotnym bramkarzem. W jego rolę wcielił się Piotr Parol. Zabieg ten początkowo przyniósł oczekiwany efekt i zmianę wyniku. Zepchnięta do defensywy Mikstura rzadko miała szansę, by odebrać rywalom nadzieję, ale wykorzystała swoją okazję – Filip Junowicz po bezpośrednim strzale z rzutu wolnego „zamknął” to spotkanie.
Goście wciąż jednak próbowali i zdołali zmniejszyć wymiar porażki do dwóch bramek. Mikstura pozostała jedną z trzech niepokonanych drużyn 6. Ligi, zajmując fotel wicelidera.
Zaborów po dwóch meczach miał na koncie komplet punktów i zamierzał kontynuować swoją świetną passę. Saska Kępa, z bilansem zwycięstwa i porażki, liczyła natomiast na kolejne punkty, które pozwoliłyby jej umocnić się w środku tabeli.
Od pierwszych minut to gospodarze przejęli inicjatywę i szybko udokumentowali swoją przewagę dwoma trafieniami. Przy stanie 2:0 Zaborów miał kolejne świetne okazje, jednak w bramce kapitalnie spisywał się Leszek Gallewicz, który swoimi interwencjami utrzymywał zespół gości w grze. Niewykorzystane sytuacje zemściły się jeszcze przed przerwą – Saska Kępa zdobyła gola kontaktowego i po pierwszej połowie mieliśmy wynik 2:1.
Po zmianie stron gospodarze dalej atakowali, ale to goście jako pierwsi cieszyli się z bramki. Po znakomicie wykonanym wrzucie z autu obrońcy Saskiej, Łukasz Ryczałek wyłożył piłkę Marcinowi Branowskiemu, który precyzyjnym strzałem pokonał bramkarza i doprowadził do remisu 2:2. Wydawało się, że mecz nabierze rumieńców, jednak od tego momentu gra zespołu z Saskiej Kępy kompletnie się posypała.
Zaborów włączył wyższy bieg i bezlitośnie wykorzystywał każdą nadarzającą się okazję. Goście próbowali jeszcze walczyć, ale z każdą minutą opadali z sił, a problemy kadrowe tylko pogłębiały ich kłopoty. Kolejni zawodnicy narzekali na urazy, a najpoważniejszy z nich – Łukasz Kryczka – po jednym ze starć musiał opuścić boisko i już nie wrócił do gry.
Gospodarze nie zwalniali tempa, prezentując skuteczny i ofensywny futbol. Ostatecznie Zaborów wygrał aż 11:2, pokazując, że w tym sezonie jest jednym z najpoważniejszych kandydatów do top 3. Saska Kępa natomiast musi szybko się pozbierać i liczyć na lepsze wyniki w kolejnych kolejkach, bo potencjał w tej drużynie z pewnością jest, ale zabrakło dziś przede wszystkim konsekwencji i zdrowia.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)