Sezon Lato 2025
Relacje meczowe: 6 Liga
Sante podejmujące zespół Bartolini Pasta to kolejne starcie, jakie mieliśmy okazję oglądać w miniony weekend na naszych ligowych obiektach sportowych. Spotkanie było wyjątkowo wyrównane, a ilość emocji, jakie dostarczyło, naprawdę trudna do opisania — ale spróbujmy!
Pierwsza odsłona należała nieznacznie do gospodarzy. Zespół Sante strzelił w niej o jedną bramkę więcej, a do tego stwarzał znacznie więcej okazji pod bramką rywala. Patryk Ułasiuk, autor czterech trafień i jednej asysty, był w tej części meczu zdecydowanie najjaśniejszym punktem swojego zespołu — choć również po przerwie dołożył swoje trzy grosze do końcowego wyniku spotkania.
W drugiej połowie, gdy wydawało się, że Sante ma mecz pod pełną kontrolą, w drużynie gości coś nagle „przeskoczyło” (niczym u Piotra Zielińskiego w kadrze Polski) i ruszyli oni do szaleńczej pogoni za wynikiem. Michał Cholewiński strzelał, a Patryk Konstantyn asystował, tworząc bardzo zgrany i świetnie wyglądający na boisku duet. Bartolini Pasta doprowadziło nawet do wyrównania, ale niestety dla nich wszystko finalnie zamknął Łukasz Wysocki, napastnik gospodarzy, który postawił kropkę nad „i”, zdobywając decydującą bramkę.
Mecz zakończył się zwycięstwem Sante, które dopisało sobie trzy cenne punkty do ligowej tabeli. Goście muszą obejść się smakiem — mieli ogromną szansę na zdobycz punktową, ale tym razem się nie udało. Czy dokonają tego w następnej kolejce? Przekonamy się już za kilka dni!
Dobra passa Georgian Teamu trwa w najlepsze – czego niestety nie można powiedzieć o zespole Green Lantern. Obie ekipy zanotowały przed tygodniem swoje premierowe zwycięstwa i były mocno zmotywowane, by pójść za ciosem.
Wynik meczu otworzył nowy nabytek gospodarzy, Kamil Kwiatkowski, który po zejściu na prawą nogę w stylu Arjena Robbena pokonał Bekę Meskhiego precyzyjnym strzałem w dolny róg bramki. Były to jednak – jak mawia znane przysłowie – miłe złego początki. Defensorzy Zielonej Latarni zostawiali bowiem zbyt dużo miejsca za plecami, a grzechem byłoby z tego nie skorzystać. Kilka celnych górnych podań wystarczyło, by ofensywni zawodnicy gruzińskiej drużyny regularnie znajdowali się w doskonałych pozycjach strzeleckich.
I tak z 1:0 niespodziewanie zrobiło się 1:5, a Gabrichidze i Saba Lomia mogli cieszyć się odpowiednio z dubletu i hat-tricka. W szczególności zapadła w pamięć trzecia bramka zawodnika z numerem 13 na plecach – przyjął podanie od bramkarza, podbił piłkę i efektownymi „nożycami” umieścił ją w siatce ponad interweniującym golkiperem. Będący w poważnych tarapatach gospodarze przeszli do wyższego pressingu, co szybko wymusiło na rywalach błąd w rozegraniu. Wykorzystał to ponownie Kwiatkowski, zdobywając drugiego gola. Niestety, chwilę później sprokurowany rzut karny zahamował ich dążenia do odrabiania strat – stały fragment gry pewnie wykorzystał bramkarz Georgian Teamu, Meskhi.
Druga odsłona spotkania była jeszcze bardziej obfita w bramki niż pierwsza – obie drużyny zdobyły łącznie aż dziesięć trafień! Proste, lecz skuteczne środki wciąż zapewniały Gruzinom komfortową przewagę, a przy stanie 3:10 mało kto wierzył już w „pobudkę” Green Lantern. Pozytywnym impulsem okazała się jednak zmiana w bramce gospodarzy – między słupki wskoczył Sebastian Świparski, a Mikołaj Wysocki, przesunięty do pola, świetnie współpracował z Kwiatkowskim i Podgórskim. Dzięki temu udało się zminimalizować stratę do trzech bramek, jednak czasu było zbyt mało, by na poważnie zagrozić Georgian Teamowi.
Mimo piorunującej końcówki Green Lantern zakończyło mecz bez zdobyczy punktowej. Tymczasem Gruzini ponownie zaskoczyli na plus – grając mądrze, dojrzale i konsekwentnie, drużyna z Kaukazu kontynuuje swoją dobrą serię i coraz śmielej puka do czołówki tabeli.
W niedzielę na Arenie Grenady zmierzyły się drużyny Old Eagles Koło i FC Zaborów. Gospodarze od początku zdawali sobie sprawę, że czeka ich bardzo trudne zadanie, ponieważ rywale przyjechali na mecz jako niepokonany zespół z kompletem punktów po trzech kolejkach.
Boisko szybko zweryfikowało różnicę klas między drużynami tego popołudnia. Już w pierwszych minutach Zaborów objęło prowadzenie po trafieniu Sylwka Jacewicza, a chwilę później wynik podwyższył Adrian Dadas. Choć Piotr Parol zdołał zdobyć bramkę kontaktową dla Old Eagles i dać swojej drużynie cień nadziei, odpowiedź FC Zaborów była natychmiastowa – ponownie do siatki trafił Dadas, przywracając gościom dwubramkową przewagę.
Druga połowa to już całkowita dominacja przyjezdnych, którzy raz po raz punktowali bezradnych rywali. FC Zaborów nie tylko kontrolowało grę, ale też imponowało skutecznością – kolejne bramki wpadały jedna po drugiej, a wynik końcowy 9:1 mówi sam za siebie. Na szczególne wyróżnienie zasługuje Adrian Dadas, który rozegrał kapitalne zawody – zdobył aż pięć bramek i dołożył asystę, będąc bezsprzecznie bohaterem spotkania.
FC Zaborów po tej kolejce umacnia się na pozycji lidera i wyraźnie sygnalizuje mistrzowskie aspiracje. Z kolei Old Eagles Koło muszą jak najszybciej otrząsnąć się po tej bolesnej porażce i szukać punktów w kolejnych meczach.
W ramach 4. serii gier przyszło się zmierzyć ekipom Szmulek Warszawa oraz Mikstury. Pomimo sporej przewagi liczebnej gospodarze nie podołali zadaniu i musieli uznać wyższość rywala, ponosząc porażkę 2:7. Goście pokazali, że nieważne, ilu masz zawodników – liczy się jakość i zgranie na boisku.
Pierwsza część spotkania była dość wyrównana, z nieznacznym wskazaniem na zawodników Mikstury. Obie drużyny próbowały kreować akcje ofensywne i objąć prowadzenie, jednak ta sztuka udała się właśnie graczom gości, którzy schodzili na przerwę z jednobramkową zaliczką.
Druga połowa rozwiała wszelkie wątpliwości. Mikstura wręcz zdemolowała przeciwnika, nie pozostawiając złudzeń, kto tego dnia opuści arenę AWF z kompletem punktów.
Warto docenić postawę Patryka Zycha, który był prawdziwym szefem defensywy. Ilość akcji, które zatrzymał graczom Szmulek, robiła ogromne wrażenie – raz po raz czytał ich zamiary jak poranną gazetę. Jeśli chodzi o ofensywę, na wyróżnienie zasłużył Filip Junowicz, który zanotował dwa trafienia i dorzucił trzy asysty, a także Rafał Jochemski (popularny „Johnny”), który ponownie zachwycał swoją formą – zdobył dwa gole i zaliczył jedno kluczowe podanie.
Ostatecznie Mikstura, mimo pewnych braków kadrowych, odniosła pewne i w pełni zasłużone zwycięstwo 7:2, umacniając swoją pozycję w tabeli.
W czwartej kolejce doszło do bardzo ciekawego pojedynku pomiędzy Shot DJ a Saską Kępą. Starcie zapowiadało się jako konfrontacja dwóch zupełnie różnych piłkarskich światów – młodzieńczej fantazji i energii z jednej strony, oraz doświadczenia i boiskowego sprytu z drugiej.
Od pierwszego gwizdka to Shot DJ przejęli inicjatywę. Gospodarze oddali kilka groźnych strzałów, a po jednym z nich futbolówka odbiła się od poprzeczki po uderzeniu wysoko grającego bramkarza Jeremiego Szymańskiego. Tymczasem w 9. minucie, zupełnie niespodziewanie, prowadzenie objęła Saska Kępa. Po dalekim wybiciu piłki przez Sławomira Gedigę ta przelobowała wszystkich – łącznie z bramkarzem – i wpadła prosto do siatki.
Shot DJ ruszyli do ataku, zamykając rywali na własnej połowie, jednak doświadczeni zawodnicy Saskiej Kępy bronili się bardzo skutecznie. Tuż przed przerwą goście zadali kolejny cios – po udanej interwencji Leszek Gallewicz błyskawicznie wypatrzył wysuniętego golkipera rywali i potężnym wybiciem przez całe boisko zdobył efektownego gola, podwyższając prowadzenie. Gospodarze zdołali jednak złapać kontakt tuż przed gwizdkiem – Filip Olak idealnie dośrodkował, a Chris Kalaba głową skierował piłkę do siatki.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie – Shot DJ dłużej utrzymywali się przy piłce, ale ich strzały raz po raz bronił fenomenalny tego dnia Gallewicz. W końcu jednak udało im się doprowadzić do remisu po dobrze rozegranym rzucie rożnym, który skutecznie wykończył Jan Jabłoński. Saska Kępa szybko odpowiedziała – pięknym strzałem popisał się Mariusz Zgórzak, ponownie dając swojej drużynie prowadzenie. Gospodarze znów wyrównali, a końcówka spotkania była prawdziwym rollercoasterem. Kiedy wydawało się, że mecz zakończy się podziałem punktów, w ostatnich sekundach arbiter podyktował rzut karny dla Saskiej Kępy, który został pewnie wykorzystany.
Goście wygrywają 5:4 po emocjonującym i pełnym zwrotów akcji meczu, udowadniając, że doświadczenie wciąż potrafi zwyciężyć z młodzieńczą fantazją.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)