reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualnośći
aktualnośći
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
DECATHLON CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga
ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
1
08:00

W niedzielny poranek na arenie AWF-u zmierzyły się ze sobą ekipy Bartolini Pasta i Zaborowa. Gospodarze po czterech kolejkach zamykali tabelę, nie mając na koncie ani jednego punktu. Goście z kolei, z kompletem zwycięstw, zamierzali dopisać do swojego dorobku kolejne oczka.

Pierwsze minuty należały do lidera rozgrywek, który stworzył sobie kilka dobrych okazji do zdobycia bramki. Brakowało jednak skuteczności, a w bramce Bartolini znakomicie spisywał się Piotr Szczypek, który kilkukrotnie popisał się kapitalnymi interwencjami, wprawiając w zachwyt wszystkich oglądających to spotkanie. Gdy zespół Michała Cholewińskiego przetrwał pierwszy napór rywala, sam postarał się o gola. Po przechwycie na środku boiska Artur Fedurek z zimną krwią wykorzystał sytuację i gospodarze objęli prowadzenie 1:0. Zaborów ruszył do odrabiania strat, ale był tego dnia wyjątkowo nieskuteczny. Słupki, poprzeczki i zmarnowane sytuacje sam na sam z bramkarzem z pewnością będą się śniły po nocach napastnikom gości. Jeszcze przed przerwą Bartolini wywalczyło rzut karny – po wślizgu obrońcy, który zablokował strzał, sędzia musiał wskazać na wapno. Przemysław Sierpiński pewnym uderzeniem podwyższył wynik, i do przerwy niespodziewanie to gospodarze prowadzili 2:0.

Po zmianie stron Zaborów ponownie ruszył do ataków, lecz na drodze znów stawał niezawodny Piotr Szczypek. W międzyczasie Bartolini Pasta zdobyło trzeciego gola – Mateusz Brożek przejął piłkę i efektownym lobem przez całe boisko skierował ją do bramki. Czas mijał, a Zaborów wciąż bił głową w mur. Dopiero w końcówce, grając w przewadze, gościom udało się zdobyć honorowe trafienie.

W piątej kolejce byliśmy więc świadkami niespodzianki, którą delikatnie przeczuwaliśmy w naszych zapowiedziach. Bartolini Pasta wreszcie zdobyło pierwsze punkty i mamy nadzieję, że pójdzie za ciosem w kolejnych meczach. Zaborów, mimo pierwszej porażki, wciąż pozostaje jednym z głównych faworytów do wygrania tego poziomu rozgrywek.

2
09:00

To spotkanie było prawdziwym rollercoasterem – wynik zmieniał się jak w kalejdoskopie, a tempo gry nie spadało ani na moment. Zdecydowanie lepiej w mecz weszli Gruzini, którzy objęli prowadzenie już w 1. minucie. W 6. minucie przewagę podwyższył Jambazishvili, popisując się pięknym, płaskim strzałem z dystansu a piłka po ziemi wpadła tuż przy słupku. Na tym nie koniec – świetnie dysponowany Saba Lomia skompletował dublet, wykańczając szybką kontrę Georgian Team. Mikstura z kolei długo nie mogła znaleźć rytmu – brakowało dokładności, skuteczności i pewności w rozegraniu. Przełamanie przyszło dopiero w 21. minucie, gdy Mateusz Pawlik popisał się efektownym zagraniem piętą, zamykając prostopadłe podanie i kierując piłkę tuż przy słupku. Do przerwy 1:3 i sporo do nadrobienia.

Po przerwie obraz gry odmienił się diametralnie. Po motywującej rozmowie w szatni Mikstura wyszła na drugą połowę zupełnie odmieniona – z energią i wiarą. Już po minucie zrobiło się 3:4, a sygnał do walki dali Zawadziński i Rafał Jochemski. Gra nabrała rumieńców – obie drużyny wymieniały ciosy, a tempo było niezwykle wysokie. Gruzini odpowiedzieli trafieniem na 3:5, a Saba Lomia skompletował hat-tricka. Jednak od tego momentu Georgian Team zaczął słabnąć. Mikstura wykorzystała każdą chwilę nieuwagi rywala i ruszyła z ofensywą, której nie dało się zatrzymać. W ostatnich dziesięciu minutach gospodarze dokonali wielkiego comebacku, strzelając cztery bramki i zamieniając wynik 3:5 w końcowe 7:5. Ogromny udział w zwycięstwie miał Zawadziński – autor hat-tricka i dwóch asyst, który był motorem napędowym Mikstury przez cały mecz.

Po tym emocjonującym starciu Mikstura objęła prowadzenie w tabeli 6. ligi z dorobkiem 13 punktów. Choć Georgian Team opadł z sił w końcówce, trzeba im oddać jedno – walczyli do ostatniego gwizdka i zostawili na boisku serce. Dlatego chociaż każda porażka boli, to oni zrobili tutaj co mogli.

3
12:00

Jak przystało na ligofanowych weteranów, obie ekipy dostarczyły nam widowisko nielichej jakości. Od początku to goście byli zdecydowanie bardziej aktywną drużyną. W 8. minucie wynik otworzył Krzysztof Józefiak, a chwilę później Koło mogło prowadzić już nawet 0:3, ale fenomenalnym refleksem popisał się bramkarz Sante, Rafał Michalak, który dwukrotnie wygrał pojedynki jeden na jednego.

Niestety blok defensywny gospodarzy wciąż zawodził. W odstępie zaledwie dwóch minut Piotr Parol kapitalnymi asystami obsłużył najpierw Krzysztofa Józefiaka, a następnie Rafała Flaka, i Old Eagles prowadzili już trzema trafieniami. Dopiero wtedy uaktywnił się Grzegorz Kozłowski, który zdobył gola kontaktowego, zmniejszając stratę do 1:3. Po kwadransie gry gospodarze złapali rytm, a jeszcze przed przerwą przewaga „Orzełków” stopniała do jednego gola po trafieniu Maksymiliana Jędrzejczaka. Pierwsza połowa zakończyła się więc skromnym prowadzeniem ekipy z Koła 2:3.

Po zmianie stron Sante szybko wbiło piłkę do siatki... tyle że do własnej. W 37. minucie na 3:4 trafił Tomasz Cacko, ale był to ostatni gol tego spotkania. Ogromna w tym zasługa bramkarza Old Eagles, Jana Drabika, który wyczyniał prawdziwe cuda między słupkami swojej bramki. Nie tylko obronił rzut karny, ale także popisał się kilkoma fenomenalnymi interwencjami – a jego parada z 47. minuty praktycznie uratowała „Orzełkom” wynik.

Choć Sante walczyło do ostatniego gwizdka, defensywa gości nie dała się złamać i to Old Eagles mogli cieszyć się z wywalczenia trzech punktów.

4
13:00

Saska Kępa dokładnie siedem dni wcześniej sprawiła ogromną niespodziankę, pokonując Shot DJ. W tamtym meczu miała trochę szczęścia, ale w połączeniu z dużą determinacją udało się ograć faworyta. Teraz, przynajmniej w teorii, czekał na nią nieco łatwiejszy rywal – Szmulki. Nie znaczy to jednak, że miało być łatwo. Szmulki w tym sezonie radzą sobie naprawdę dobrze, mają swoje ambicje i dodatkową motywację – chciały zrehabilitować się za ostatnią porażkę z Miksturą. I trzeba przyznać, że zrobiły to z przytupem.

Na początek warto wspomnieć, że Saska Kępa rozpoczęła mecz w osłabieniu – brakowało jednego zawodnika, który utknął w drodze. Szmulki zachowały się bardzo fair, zgadzając się rozegrać ten fragment również w niepełnym składzie. W tym czasie goli nie oglądaliśmy, ale gdy tylko do Saskiej dojechał Adam Zgórzak i szykował się już do wejścia na boisko, Szmulki objęły prowadzenie za sprawą Borysa Sułka. Chwilę później zrobiło się 2:0, a sytuacja przegrywających nie wyglądała dobrze. Zespół Korneliusza Troszczyńskiego zdołał jednak odpowiedzieć – gola kontaktowego zdobył Mariusz Zgórzak, a po chwili Saska miała jeszcze znakomitą okazję na wyrównanie. Niestety jej nie wykorzystała. Jednobramkowa strata wydawała się jak najbardziej do odrobienia… no właśnie – wydawała się.

Rzeczywistość w drugiej połowie okazała się brutalna. Na 3:1 pięknym uderzeniem z dystansu popisał się Kuba Kaczmarek, a potem poszło już z górki. Szybko padło 4:1, a następnie Wiktor Januszewski dołożył piąte trafienie, definitywnie zamykając mecz. Saska Kępa wiedziała już, że nic tutaj nie wskóra. Mimo to próbowała walczyć do końca, starając się przynajmniej zmniejszyć rozmiary porażki. Ostatecznie jednak spotkanie zakończyło się wynikiem 2:7. Cóż – rywale byli młodsi, szybsi, lepiej zorganizowani, a w zespole Saskiej brakowało tego dnia kogoś, kto potrafiłby wziąć ciężar gry na siebie i strzelać gole.

To był trochę mecz bez historii, ale dla Szmulek bardzo cenny – pozwolił im utrzymać się w ścisłej czołówce tabeli. Saska Kępa z kolei znalazła się już niebezpiecznie blisko strefy spadkowej...

5
13:00

Green Lantern i Shot DJ koniecznie chciały zdobyć punkty, by poprawić swoją sytuację w tabeli. Od początku widać było determinację po obu stronach, dzięki czemu oglądaliśmy bardzo dobre widowisko.

Jako pierwsi bramkę zdobyli gospodarze - po rzucie wolnym świetnie wykonanym przez Patryka Podgórskiego. Na tym jednak dobre wiadomości dla Zielonej Latarni się skończyły. Francuzi natychmiast wyrównali, a następnie poszli za ciosem. Kapitalnie uzupełniający się duet Filip Olak i Jan Jabłoński strzelał, podawał i konsekwentnie wyprowadził swój zespół na bezpieczną przewagę. Gospodarze mieli swoje okazje, ale zamiast je wykorzystywać, marnowali kolejne sytuacje. Do przerwy na tablicy widniał wynik 1:6.

W przerwie w bramce Green Lantern doszło do zmiany — Mikołaja Wysockiego zastąpił Damian Dobrowolski. Gospodarze zaczęli odrabiać straty i w pewnym momencie zmniejszyli deficyt do dwóch bramek. Shot DJ potrafił jednak ponownie wejść na wyższy poziom – Chris Kalaba efektownym lobem przywrócił swojej drużynie bezpieczny dystans. Goście dorzucili jeszcze dwa trafienia i na kilka minut przed końcem prowadzili 4:9. Kolejny zryw ekipy Janka Wysockiego przyniósł jeszcze kilka goli, ale czasu na pełne odrobienie strat już zabrakło.

Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 7:9 i to Francuzi zgarnęli cenne trzy punkty. Green Lantern walczyło dzielnie, lecz tym razem było to za mało, by choćby zremisować. Shot DJ, po tym zwycięstwie, wciąż może realnie myśleć o walce o czołowe lokaty w tabeli tej jesieni.

Reklama