Sezon Lato 2024
Relacje meczowe: 2 Liga
Mający tyle samo punktów co lider czyli Gracze Gorszego Sortu mierzyli się z depczącą po piętach drużyną Orlika Mokotów, który żeby myśleć o walce o mistrzostwo potrzebował zwycięstwa. Mecz lepiej rozpoczęli zawodnicy Adriana Kanigowskiego. Już w 4 minucie wyszli na prowadzenie po bramce zdobytej przez Maćka Chojnackiego, który wykorzystał dobre dogranie Łukasza Kuleszy. Po kilku minutach ataków ze strony Orlika Mokotów znów do głosu doszedł GGS, który lada moment podwyższył prowadzenie. Orlik nie wyglądał na drużynę, która przyjechała łatwo oddać punktu rywalom, ale w decydujących momentach brakowało albo skuteczności, albo ostatniego podania otwierającego drogę do bramki. Goście natomiast byli do bólu skuteczni w pierwszych 25 minutach, co skutkowało zdobyciem następnych dwóch bramek, których autorem byli Mateusz Grabowski oraz ponownie Maciek Chojnacki. 4-0 do przerwy - czy coś mogło się ułożyć nie po myśli GGSu w drugiej połowie? Tak. Na przykład brak koncentracji zaraz po wznowieniu gry, gdzie bramkę na 1-4 zdobył Eryk Kopczyński. Chwilę później Krzysztof Mamla nie dał szans Patrykowi Kieszkowskiemu i straty zaczęły się drastycznie zmniejszać. W dwie minuty z bezpiecznego 4-0 zrobiło się 4-2 dla Graczy Gorszego Sortu i Orlik mógł jeszcze liczyć na powrót do gry o zwycięstwo. Zawodnikom z Mokotowa zabrakło już jednak pomysłu na pokonanie bramkarza rywali, a Łukasz Kulesza zdołał jeszcze podwyższyć rezultat i tym samym, ustalić wynik meczu na 5:2. Dzięki temu GGS odskoczył od bezpośredniego rywala w walce o mistrzostwo, a Orlik Mokotów chyba musi skupić się na utrzymaniu 3 pozycji w lidze.
Tylko Zwycięstwo i Ukranian Vikings mieli przed bezpośrednim starciem dokładnie tyle samo punktów. Ale nie tylko z tego powodu zapowiadało się na ciekawe 50 minut. Mieliśmy bowiem do czynienia z dwoma różnymi stylami gry, gdzie ekipa z Ukrainy stawia przede wszystkim na atak, z kolei ich rywale hołdują bardziej zbilansowanej taktyce, by przede wszystkim nie stracić, a z przodu liczyć na to, że coś z niczego wymyśli głównie Andrzej Morawski. No właśnie – i tu był problem, bo w niedzielę tego drugoligowego superstrzelca brakowało w ekipie braci Jałkowskich. Nie zmieniało to jednak taktyki drużyny. Tylko Zwycięstwo szybko ustawili się na własnej połowie, a gdy tylko pojawiała się taka możliwość, to od razu kontratakowali. I mieli swoje okazje, lecz po pierwszej połowie przegrywali, a gola dla rywali zanotował Vasyl Pidluzhnyi. Mylił się jednak ten kto sądził, że bramka straty zmieni cokolwiek w systemie gry przegrywających. Oni świetnie zdawali sobie sprawę, że tutaj nie mogą za mocno zaryzykować, bo strata kolejnego gola bezdyskusyjnie pogrzebała by ich szanse. I ta ich cierpliwość oraz konsekwencja została wynagrodzona. W 43 minucie Mateusz Górski najlepiej odnalazł się po rzucie rożnym i wbił piłkę do bramki, po tym jak Serhii Orenchuk w dość niefrasobliwy sposób próbował ją łapać. A za chwilę było już 2:1 dla Tylko Zwycięstwo! Na strzał zdecydował się Mateusz Jałkowski i coś, co wydawało się mało realne, stało się rzeczywistością. Gracze z Ukrainy starali się jeszcze powalczyć tutaj o choćby punkt, lecz bramkarz TZ Mateusz Kwaśny był pewnym punktem zespołu i nie pozwolił, by jego ekipie stała się tutaj krzywda. Mecz zakończył się wynikiem 2:1 i pokazał, jak ważna jest dyscyplina w grze. Triumfatorzy mieli bowiem swój plan i realizowali go ze szwajcarską precyzją, jednocześnie udowadniając, że istnieje życie bez Andrzeja Morawskiego. Z kolei Ukranian Vikings pewnie do tej pory zastanawiają się, jak wypuścili to spotkanie z rąk. Na własnej skórze przekonali się jednak, że z samego posiadania piłki nic nie wynika i zwłaszcza nad atakiem pozycyjnym czeka ich jeszcze sporo pracy.
W niedzielne popołudnie na obiektach Warszawskiego AWFu swoje spotkanie rozegrały Dziki Młochów oraz rewelacja rundy rewanżowej w drugiej lidze czyli Bonito Warszawa. Obie ekipy przed dwunastą kolejką zgromadziły na swoim koncie tyle samo punktów. Bonito w tej rundzie jeszcze nie przegrało, Dziki natomiast w tym sezonie grają ze zmiennym szczęściem. Spotkanie zapowiadało się bardzo ciekawie i już od pierwszych minut widać było, że obie ekipy podeszły do siebie z dużym respektem. Pierwsze minuty dla gospodarzy, to oni kontrolowali to co dzieje się na boisku, starając się narzucić swój styl gry. Dopiero po kilku akcjach przebudzili się goście i wraz z upływem czasu to oni zaczęli przejmować inicjatywę. Pierwsza na prowadzenie wyszła młoda ekipa zawodników z Warszawy. Akcję całego zespołu wykończył Wiktor Mądry. Kilka chwil później goście prowadzili już 0:2, błąd obrony wykorzystał Diego Deisadze. Do końca tej części gry pełną kontrolę nad spotkaniem miała ekipa gości, jednak więcej goli nie uświadczyliśmy. Po zmianie stron wynik podwyższył będący w znakomitej dyspozycji Wiktor Mądry. Od tego momentu do głosu doszli też gospodarze, po wyrzucie piłki z autu bramkę zdobył Jacek Miracki. Taki stan rzeczy nie potrwał zbyt długo, bo do siatki ponownie trafił Deisadze. Od tego momentu spotkanie się otworzyło, a bramki padały już z jednej i drugiej strony. Przy stanie 2:6 dwa kolejne trafienia zanotował duet braci Skrzydlewskich. Gospodarze nie mając już nic do stracenia otwierali się coraz bardziej, narażając się przy tym na groźne kontry szybkich napastników Bonito. W końcówce spotkania swojego czwartego gola zdobywa Diego Deisadze, pieczętując zwycięstwo swojej drużyny. Mecz ostatecznie kończy się wynikiem 5:7, Bonito Warszawa zasłużenie wygrywa i zmniejsza straty do strefy premiującej awansem. Do końca sezonu jest jeszcze kilka kolejek, co zapowiada bardzo ciekawą końcówkę sezonu w 2.lidze.
Starcie Eternisu z Orzełami Stolicy zamykało 12 kolejkę na arenie AWF. O ile Eternis boryka się z problemami kadrowymi od początku tej rundy, to teamowi Kamila Leszczyńskiego udało się przynajmniej skompletować dwójkę rezerwowych. Goście już na początku postanowili zawiesić poprzeczkę nieco wyżej i stawili się w zaledwie sześciu, ale wiosenna aura zdecydowanie uskrzydliła podopiecznych Jana Wnorowskiego, bo już w 4 minucie błąd rozegrania przeciwnika wykorzystał Antoni Gola i strzałem do pustej bramki otworzył wynik spotkania. Po chwili mógł być remis, ale potężny strzał z wolnego cudem sięgnął golkiper gości Piotr Barański. Z minuty na minutę Eternis rozkręcał się i w końcu Emil Słomczyński zdobył gola wyrównującego. Po tym trafieniu coś się w ekipie gospodarzy zacięło i szala zwycięstwa zdecydowanie przechyliła się na stronę Orzełów, głównie za sprawą świetnej dyspozycji Tomasza Czerniawskiego. Najpierw sam popędził środkiem boiska i nie dał szans bramkarzowi, po chwili wyprowadził akcję lewym skrzydłem i podał do niekrytego Antoniego Goli, a w ostatniej akcji pierwszej połowy rzutem z autu zagrał do uciekającego Jana Wnorowskiego, a ten zapakował piłkę do siatki i Orzeły odskoczyły z wynikiem na 1:4. Zanosiło się na kolejne zwycięstwo gości w tym sezonie, jednak w drugiej połowie powoli dawał o sobie znać brak zmienników. Orzeły nie poszły za ciosem i jakby wystrzelały się z pomysłów na przełamywanie defensywy Eternisu, za to goście mozolnie, powoli, ale skutecznie budowali swoją przewagę na boisku. W 39 minucie doszło do przełamania, kiedy gola zdobył… golkiper gospodarzy Michał Staniszewski. Po chwili akcję Emila Słomczyńskiego wykończył Aleksander Bendkowski i przewaga gości niebezpiecznie stopniała do zaledwie jednego oczka. Na pięć minut przed końcem Jan Wnorowski mógł postawić kropkę nad i, ale nie wykorzystał 100% okazji. Eternis zripostował strzałem Aleksandra Bendkowskiego, ale górą był golkiper Orzełów. Mimo to dał się pokonać i Daniel Mikołajczyk zdobył gola wyrównującego. Choć do końca meczu zostało jeszcze kilka minut, obie ekipy nie forsowały już tempa, jakby pogodziły się z tym, że remis będzie w tym spotkaniu sprawiedliwy i mecz zakończył się wynikiem 4:4.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)