Sezon Lato 2020
Relacje meczowe: 3 Liga
Jeśli spotykają się ze sobą dwie ekipy, które do tego momentu miały komplet punktów, to należałoby oczekiwać spotkania na bardzo dobrym, równym poziomie. I takiego się spodziewaliśmy w starciu Sante kontra BM. Co prawda mieliśmy małe zawahanie, czy Sante pozbawione Mikołaja Tokaja czy Karola Kopcia będzie w stanie nadążyć za przeciwnikami, lecz obecność Michała Aleksandrowicza sugerowała, że nominalnych gospodarzy nie wolno było skreślać. Rzeczywistość okazała się jednak bardzo brutalna dla Sante. Można wręcz powiedzieć, że to spotkanie zamknęło się dosłownie w kilkanaście minut, bo tyle wystarczyło, by BM wyrobił sobie ogromną, pięciobramkową przewagę. Wszystko zaczęło się od dobrych, dwójkowych akcji Oleksandra Smoliara i Oleksandra Maksymowa. Pierwszy podawał, drugi dopełniał formalności, a reszta drużyny nie chciała być gorsza i były fragmenty, gdzie prowadzący bawili się z defensywą przeciwników. Sante było stać w premierowych 25 minutach tylko na jedno trafienie, co nie dawało żadnych nadziei, że w drugiej odsłonie może się cokolwiek zmienić. Nic takiego zresztą nie nastąpiło. Nadal oglądaliśmy gigantyczną przewagę BM, a wynik rósł z minuty na minutę. W końcu padłą tutaj dwucyfrówka, lecz nawet na tym zespół z Ukrainy nie zamierzał poprzestać. Ostatecznie triumfatorzy rozbili swoich oponentów w pył, wygrywając aż 14:3. Wszystkiego się tutaj spodziewaliśmy, ale nie czegoś takiego. To był prawdziwy pokaz mocy BM, który udowodnił, że w tym sezonie interesuje go tylko mistrzostwo. Sante musi z kolei szybko zapomnieć o tym, co się tutaj wydarzyło. Na szczęście znamy ten zespół nie od dziś i wiemy, że im tydzień spokojnie wystarczy, by wrócić do siebie. Dlatego niech ich kolejny rywal nie wyciąga po tym starciu za daleko idących wniosków. W kolejną niedzielę to będzie już zupełnie inna drużyna.
Husaria Mokotów II po dwóch kolejkach nie mogła być zadowolona ze zdobyczy punktowej. W podobnej sytuacji był Deluxe Barbershop, który liczył na więcej w pierwszych dwóch potyczkach. Od początku obie ekipy chciały dobrze wejść w mecz, dlatego oglądaliśmy zacięte spotkanie, w którym sporo było sytuacji bramkowych. Pierwsi na prowadzenie wyszli gospodarze, gdy Raul Mammadov wykończył akcję swojego teamu. Odpowiedź Husarii była niemal błyskawiczna i od tego momentu obie ekipy trafiały do siatki rywali. Świetnie prezentował się Arek Urmanowski, który strzałami z dystansu nie dawał szans golkiperowi oponentów. Do przerwy było 3:5 i to zwiastowało nam spore emocje w drugich 25 minutach. Po zmianie stron trwał napór Deluxe Barbershop, ale Barberzy byli nieskuteczni. To dawało ekipie Tomka Hubnera szansę na spokojne granie i mieliśmy wrażenie, że drużyna z Mokotowa miała mecz pod kontrolą. W momencie gdy gospodarze strzelili bramkę na 4:6, zrobiło się trochę nerwowo. Ale ponownie niezawodny tego dnia Arek Urmanowski pokusił się o kolejnego gola i dał spokój swojemu zespołowi. Ostatecznie Husaria wygrywa pewnie 5:8 i zdobywa cenne trzy punkty. Deluxe Barbershop na razie pozostają z jedną wygraną na koncie i poprawy dorobku muszą szukać w kolejnych próbach.
Zarówno Ternovitsa jak i FC Dziki z Lasu ze zmiennym szczęściem rozpoczęły zmagania w obecnym sezonie Ligi Fanów. Obydwie drużyny w pierwszej kolejce wysoko wygrały, natomiast tydzień temu nieznacznie swoje spotkania przegrały. Bardziej zmotywowani od początkowych minut byli zawodnicy gości, którzy szybko objęli dwubramkowe prowadzenie. Na ripostę gospodarzy nie czekaliśmy długo i szybko mieliśmy remis. Jednak przed upływem 10 minuty ponownie goście wyszli na dwubramkowe prowadzenie, które zdołali utrzymać do końca tej połowy, a wynik brzmiał 2:4. W drugiej części spotkania ponownie jako pierwsi na listę strzelców wpisali się zawodnicy gości i zrobili to dwukrotnie, podwyższając prowadzenie. Kluczowa dla losów spotkania była sytuacja z 38 minuty, kiedy niezadowolony z decyzji arbitra zawodnik gospodarzy w sposób obraźliwy zwrócił się do sędziego, przez co został ukarany czerwonym kartonikiem. Grę w przewadze doskonale wykorzystali faworyci, którzy całkowicie kontrolowali przebieg boiskowych wydarzeń. Co prawda grając już w pełnych składach stracili dwie bramki, ale ostatecznie wygrali spotkanie 9:5. Po raz kolejny doskonałą formą strzelecką popisał się Karol Bienias (4 gole), który poprowadził FC Dziki z Lasu do drugiej wygranej w sezonie. Ternovitsia mimo serca włożonego w to spotkanie nie była w stanie urwać punktów lepiej dysponowanemu rywalowi i musiała pogodzić się z porażką.
Laga Warszawa od wielu lat kojarzy się z solidnością. Tym większe zaskoczenie, że po dwóch kolejkach nowego sezonu bracia Święciccy i spółka nie mieli ani jednego punktu. Żal tym większy, że obydwa spotkania przegrali różnicą jednego gola i plan był na pewno taki, by tę kiepską i trochę nieszczęśliwą passę przerwać. I to miało prawo się udać, zwłaszcza gdy zobaczyliśmy skład GGSu. Kadra drużyny Adriana Kanigowskiego bardzo różniła się od tej, która tydzień wcześniej pokonała Warszawską Ferajnę. Sam kapitan stwierdził, że to tylko pokazuje siłę drużyny, aczkolwiek według nas to była tylko dobra mina do złej gry. Okazało się jednak, że Adrian Kanigowski wiedział co mówi. Mimo, iż nie było wielu ważnych graczy, to ci którzy przyjechali, okazali się być na równie dobrym poziomie. I chociaż to Laga non stop wychodziła na prowadzenie w pierwszej połowie, to GGS ciągle był blisko. Najpierw doszedł na 1:1, potem na 2:2 i tylko gola na 3:3 nie zdążył zdobyć w premierowej odsłonie, która zakończyła się skromnym prowadzeniem Lagerów. Jeszcze ciekawsza była druga połowa. Gracze Gorszego Sortu po raz kolejny wyrównali stan zawodów, tym razem po dobitce Tomka Jeżewskiego. I wtedy schemat trochę się przestawił, bo to GGS zaczął uciekać. Dobrze grający Jakub Mydłowiecki zaliczył trafienie na 4:3 i teraz to Laga musiała gonić. Miałą ku temu okazję, że Tomek Jeżewski wybił piłkę niemal z linii bramkowej po strzale jednego z rywali, a potem świetną interwencję zanotował Norbert Skórski. To się zemściło, bo GGS zmienił rezultat na 5:3, aczkolwiek to wcale nie uspokoiło sytuacji, bo lada moment różnica między zespołami znów wynosiła zaledwie jedną bramkę. Sprawę mógł zamknąć Patryk Sznajder, który jednak przegrał pojedynek z praktycznie pustą bramką, a potem szansę miała Laga, a konkretnie Julian Wzorek, lecz i on musiał ukryć twarz w dłoniach, bo piłka trafiła tylko w słupek. Ostateczny cios zadał w końcówce GGS i to emocjonujące starcie zakończyło się rezultatem 6:4. Brawa dla zwycięzców, bo nie spodziewaliśmy się, że w tym składzie osobowym zgarną całą pulę. Inna sprawa, że Laga którą oglądaliśmy w niedzielę, to nie była ta sama ekipa, którą kojarzymy z wielu meczów z poprzednich sezonów. Wtedy to była bardzo intensywnie grająca drużyna. Teraz chyba brakowało jej kilku zawodników, z kapitanem na czele i trzecia porażka z rzędu stała się faktem.
Po tym jak Perła WWA tydzień wcześniej pokonała Lagę Warszawa i to w spotkaniu, gdzie przegrywała do przerwy 0:3, wydawała nam się naturalnym kandydatem na faworyta potyczki z Warszawską Ferajną. Zwłaszcza że Ferajna, chociaż gra nieźle, to nie zdobywa punktów, co zresztą było jej zmorą również w poprzednich sezonach. Trudno było liczyć, że to się nagle zmieni, chociaż niczego nie wolno było wykluczać. Zwłaszcza, że za sprawą swojego kapitana, to Ferajna objęła prowadzenia, ale kolejny cios należał do rywali, a konkretnie do Igora Bartkowskiego. Ten sam zawodnik, tyle że już w drugiej połowie wykorzystał prezent od bramkarza rywali i precyzyjnym uderzeniem dał swojej ekipie gola przewagi. I być może gdyby Perle trochę dłużej udało się utrzymać minimalny bufor bezpieczeństwa, to byłoby inaczej. Ale nic z tego nie wyszło, bo błyskawiczną ripostę zafundował Kacper Michaluk. To trafienie napędziło zespół w białych trykotach. Już za chwilę powinno być 3:2, lecz po koronce Ferajny i strzale Kacpra Domańskiego, fantastyczną interwencją popisał się Bartek Czajka. Co się jednak odwlekło, to nie uciekło. Sprawy w swoje nogi wziął bowiem Patryk Stefaniak i to on zdecydował o wyniku tej potyczki. Najpierw ładnie pocelował z lewej nogi, potem okazał się najsprytniejszy w polu karnym po rzucie rożnym i tej przewagi prowadzący nie mogli już roztrwonić. Perła dała sobie wbić jeszcze jednego gola autorstwa Tomka Hankiewicza i musiała przełknąć gorycz porażki w stosunku 2:5. Szkoda, ale w drugiej połowie, może poza początkiem, grała po prostu zdecydowanie poniżej swoich możliwości. Ferajna zachowała z kolei to co najlepsze właśnie na końcówkę, której bohaterem był wspomniany Patryk Stefaniak. To wszystko spowodowało, że do naprawdę niezłej gry, Warszawska Ferajna wreszcie dołożyła punkty. I teraz trzeba zrobić wszystko, by to nie był jedynie incydent, a podwaliny pod coś znacznie poważniejszego.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)