reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualnośći
aktualnośći
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
DECATHLON CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga
ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
1
12:00

Spotkanie Ternovitsi z RCD Los Rogalos było niewątpliwie jednym z najbardziej wyjątkowych pojedynków tego sezonu. Drużyna Ternovitsi, pewnie krocząca po kolejne zwycięstwa, podejmowała rywala, który już na starcie był w ogromnych tarapatach – Rogale pojawili się na AWF spóźnieni, bez zmienników i, co gorsza, bez bramkarza. Trudno o gorszy scenariusz, zwłaszcza że naprzeciw stanęła ekipa z podium, a nie ligowy średniak.

Wszyscy spodziewali się wysokiego wyniku, ale to, co zobaczyliśmy, przeszło najśmielsze oczekiwania. Po zaledwie 6 minutach było już... 7:0. Rogale nie byli w stanie wyjść z własnej połowy, a gospodarze nawet nie ukrywali, że chcą mocno poprawić swoje statystyki. Grając z pełnym zaangażowaniem, rozegrali niemal perfekcyjny mecz. Do przerwy wynik brzmiał 26:0, co już zwiastowało możliwość pobicia rekordu Ligi Fanów (dotychczasowego wyniku 40:1).

Po bramce na 27:0 drużyna w pomarańczowych strojach całkowicie się poddała. Bramkarz przestał interweniować, zawodnicy nie wracali się do obrony, a często po prostu stali na połowie rywala, próbując od czasu do czasu ruszyć z kontrą. Jednak brak współpracy i zmęczenie były tak widoczne, że nawet w tych sytuacjach nie potrafili skutecznie zagrozić bramce Ternovitsi. Choć pojawiały się okazje na honorowe trafienie, zabrakło gry zespołowej i zimnej krwi pod bramką przeciwnika.

Reprezentanci Ternovitsi kontynuowali swoją kanonadę, a w drużynie Rogali zaczęły się nerwy i wzajemne pretensje, co tylko pogłębiało ich kryzys. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 52:0, ustanawiając nowy rekord Ligi Fanów. Na szczególne wyróżnienie zasłużyli Volodymyr Hrydovyi, który zdobył aż 29 bramek, oraz Pavel Paduk z imponującymi 19 asystami.

Rogale muszą szybko się pozbierać, bo jak tak dalej pójdzie, to będą bili kolejne mało chliubne rekordy naszych rozgrywek. Chyba, że tego właśnie chcą ;)

2
14:00

Spotkanie dwóch sąsiadujących ze sobą drużyn w ligowej tabeli – Warszawskiej Ferajny i Deluxe Barbershop – było kolejnym widowiskiem, które mogliśmy oglądać w miniony weekend na Arenie Grenady. Jesienny mecz pomiędzy tymi zespołami był bardzo wyrównany, z minimalnym wskazaniem na ekipę Kacpra Domańskiego, która wtedy wygrała 6:4.

Obie drużyny stawiły się na to starcie w dość licznych składach, co zapowiadało mecz obfitujący w gole i dynamiczne akcje z jednej bramki pod drugą. I faktycznie, tak właśnie było. Pierwsza połowa zdecydowanie należała do gospodarzy, którzy – prowadzeni przez swoją największą gwiazdę Adriana Dembińskiego – zdołali czterokrotnie pokonać bramkarza rywali. Dembiński, będący absolutnym liderem na boisku, zdobył dwie z tych bramek i był dosłownie wszędzie – od obrony po atak. Popisał się m.in. kapitalnym uderzeniem z dystansu, po którym bramkarz Deluxe Barbershop mógł tylko odprowadzić piłkę wzrokiem, bo siła strzału była po prostu nie do zatrzymania.

W drugiej połowie podrażnieni goście ruszyli do odrabiania strat. Choć pierwsze minuty drugiej odsłony wciąż przebiegały pod dyktando Warszawskiej Ferajny, to gdy tylko Deluxe Barbershop zdobyli pierwszego gola po przerwie, mecz nabrał wyjątkowych emocji. W ekipie gości zdecydowanie wyróżniał się Asim Mirzayev, autor aż czterech trafień, które dawały jeszcze cień nadziei na odrobienie strat.

Niestety dla gości, przewaga wypracowana przez Ferajnę w pierwszej połowie okazała się zbyt duża i mimo ambitnej pogoni zabrakło czasu, by doprowadzić choćby do remisu. Choć w drugiej połowie Warszawska Ferajna wyraźnie spuściła z tonu, zdołała dowieźć zwycięstwo do końcowego gwizdka. Dzięki tej wygranej gospodarze mogą nieco spokojniej patrzeć w przyszłość, usadowieni bezpiecznie w środku tabeli. Deluxe Barbershop natomiast zaczynają niebezpiecznie zbliżać się do strefy spadkowej – choć wciąż mają kilka punktów przewagi, muszą zachować czujność, jeśli chcą utrzymać się w 3. lidze.

3
16:00

Mecz zapowiadał się jako jedno z ciekawszych starć w trzeciej lidze, ale rzeczywistość szybko zweryfikowała te oczekiwania. Początek był obiecujący – to Husaria jako pierwsza trafiła do siatki, a autorem gola był Marek Wdowiński. Był to jednak jeden z nielicznych pozytywnych momentów dla gości w tym meczu. Elite Team wyrównał po około 10 minutach, a chwilę później Kamil Kwiatkowski wyprowadził gospodarzy na prowadzenie. Od tego momentu miejscowi zaczęli kontrolować przebieg gry i stopniowo budowali przewagę.

Im dalej w mecz, tym wyraźniej było widać różnicę w organizacji gry i tempie rozgrywania akcji. Do przerwy Elite Team miał już trzybramkowy zapas, co pozwoliło im spokojnie podejść do drugiej części spotkania. Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie – Husaria była coraz mniej widoczna w ofensywie i wyglądała na pogodzoną z losem, wiedząc, że punktów z tego meczu nie wywiozą. Jeszcze przed końcem udało im się zdobyć drugą bramkę – trafił Krzysztof Mamla, który mimo trudnej sytuacji swojego zespołu zostawił na boisku sporo serca.

Elite Team natomiast grał cierpliwie i z dużą pewnością siebie, nie forsując już tempa, ale wciąż dokładali kolejne trafienia. Znów zrobili swoje: pewna wygrana, pełna kontrola i czwarty komplet punktów z rzędu. Wszystko wskazuje na to, że będą bardzo trudni do zatrzymania – pytanie tylko, czy znajdzie się ktoś, kto faktycznie zagrozi im na tyle, by wybić ich z rytmu.

4
21:00

Choć wynik i pozycja w tabeli tego nie odzwierciedlają, ten mecz wcale nie był dla Dzików z Lasu takim spacerkiem, jak mogłoby się wydawać. Po dwóch porażkach z rzędu, które kosztowały ich utratę pozycji lidera, gospodarze zwyczajnie nie mogli sobie pozwolić na wpadkę z okupującą strefę spadkową Perłą WWA. I wszystko wydawało się układać zgodnie z planem – już po dwóch minutach gry Aleksander Janiszewski, po podaniu Michała Ossowskiego, wyprowadził Dziki na prowadzenie.

Perła, mimo szybkiej straty gola, szybko wzięła się do pracy i stopniowo zaczęła przejmować inicjatywę, zmuszając bramkarza gospodarzy, Kamila Wiktorowicza, do trzech trudnych interwencji w krótkim czasie. Ambitne starania przyniosły efekt – goście znaleźli drogę do siatki dwa razy: najpierw Eryk Dudek strzelił po asyście Huberta Knosowskiego, a później sam Knosowski dobił piłkę po rykoszecie, wyprowadzając Perłę na prowadzenie. Dziki szybko wyrównały dzięki duetowi Janiszewski – Herman. W końcówce pierwszej połowy obie drużyny znów wymieniły ciosy: Perła objęła prowadzenie po przytomnym zagraniu Przemka Socika, który wypatrzył Mateusza Szota wbiegającego w pole karne i wyłożył mu piłkę na pustą bramkę. Odpowiedź gospodarzy była natychmiastowa – Karol Bienias zagrał z głębi pola do Ossowskiego, który zszedł na prawą nogę i pokonał Bartka Czajkę. Do przerwy mieliśmy remis 4:4.

Druga połowa nie przyniosła od razu wyraźnej przewagi którejkolwiek ze stron. Gospodarze musieli solidnie pracować w obronie, a Szymon Bednarski dwukrotnie uratował swoją drużynę, blokując groźne strzały rywali. Z czasem Dziki zaczęły jednak przejmować inicjatywę, głównie dzięki Wiktorowiczowi, który świetnie wspierał kolegów w rozgrywaniu od tyłu, co pozwoliło zdominować środek pola. W ciągu zaledwie dwóch minut gospodarze przypieczętowali swoją przewagę – trafienie zanotował Bienias, a Bednarski dołożył dublet. Co prawda Perła odpowiedziała szybkim golem Mateusza Szota po kontrze i podaniu Oliwiera Tetkowskiego, ale ostatnie słowo należało do Dzików: Herman ustalił wynik na 7:4, dobijając strzał Janiszewskiego.

„Miłe złego początki” – tak mogliby podsumować ten mecz zawodnicy Perły, którzy przez długi czas skutecznie przeciwstawiali się gospodarzom, momentami nawet dominując. Dziki natomiast przerwały serię dwóch porażek i zdobyły niezwykle ważne punkty w walce o powrót na szczyt tabeli.

5
21:00

Trafnie przewidywaliśmy w zapowiedzi, że mimo różnicy w tabeli ten mecz może nie przebiegać pod pełną kontrolą faworyta. Rzeczywistość szybko potwierdziła te przypuszczenia – choć BM rozpoczęło zgodnie z planem i już na początku objęło prowadzenie po trafieniu Oleha Blintsova, kolejne minuty nie przyniosły wyraźnej dominacji żadnej ze stron. Tempo gry nieco spadło, a boiskowe wydarzenia były dość stonowane aż do końcówki pierwszej połowy. Wtedy nastąpiło niespodziewane przebudzenie zawodników Lagi – Wojciech Buraś najpierw wyrównał, a chwilę później dał swojej drużynie prowadzenie. Do przerwy to oni schodzili z lepszym wynikiem, ale jak wiadomo – za prowadzenie do przerwy punktów się nie przyznaje.

Laga dobrze weszła w drugą część meczu – już dwie minuty po wznowieniu Aleksander Eggink podwyższył wynik. I gdy wydawało się, że sensacja wisi w powietrzu, BM wrzuciło wyższy bieg. Najpierw Mushnin zdobył kontaktowego gola, a zaraz potem, po świetnie wykonanym rzucie wolnym, zrobiło się 3:3. Spotkanie nabrało tempa a bramki padały z obu stron. Niestety dla gości, w decydującym momencie boisko musiał opuścić Julian Wzorek, który był jednym z najaktywniejszych zawodników ofensywnych. Jego zejście mocno wpłynęło na grę Lagi – zabrakło im pomysłu i precyzji w końcówce. BM wykorzystało to bezlitośnie – strzelili dwa kolejne gole i przypieczętowali komplet punktów.

Choć faworyt ostatecznie zwyciężył, szacunek dla Lagi za naprawdę dobre zawody i walkę do końca. Tego typu mecze pokazują, że każdy może napsuć krwi nawet najmocniejszym. I oby takich emocji w tej lidze było jak najwięcej.

Reklama