Sezon 2015/2016
Relacje meczowe: 14 Liga
Świeżo upieczeni mistrzowie przyjechali na mecz z Warsaw Pistons bez presji, za to z apetytem na kontynuowanie zwycięskiej serii. Pistons, po sensacyjnej wygranej z Kanarkami, liczyli na kolejną niespodziankę. Różnica klas bardzo szybko dała jednak o sobie znać.
Zadymiarze od pierwszych minut narzucili własne warunki gry, agresywnym pressingiem odbierając piłkę w każdej strefie boiska. Zawiślak otworzył wynik, Pawelec po przechwycie przeprowadził indywidualny rajd i podwyższył na 2:0, a chwilę później Zawiślak dołożył kolejne trafienie. Piłka kilkukrotnie trafiała jeszcze w słupek bramki Warsaw Pistons, ale nie zmieniało to obrazu gry. Zadymiarze nieustannie napierali na bramkę rywali, a Zawiślak był nieubłagany. Do przerwy dorzucił jeszcze dwa gole, kończąc pierwszą połowę z czterema trafieniami i prowadzeniem swojej drużyny 5:0.
Druga połowa zamieniła się już w prawdziwy pogrom. Budzich przeciął podanie i trafił na 1:5, dając gospodarzom jedynie złudną nadzieję na powrót do meczu. Zawiślak jednak nawet nie myślał o zwalnianiu tempa. Schemat był prosty i skuteczny: odejście od obrońcy, mocny strzał i kolejny gol. Hofman dołożył trzy trafienia - między innymi po strzale z ostrego kąta oraz bezpośrednio z rzutu wolnego. Mikulski po szybkiej klepce zmniejszył wynik na 2:11, ale Zadymiarze odpowiedzieli niemal natychmiast i spokojnie domknęli spotkanie. Zawiślak zakończył mecz z kosmicznym dorobkiem dziesięciu bramek i trzech asyst. Wynik wręcz niesłychany.
Ostateczne wynik 15:2 mówi sam za siebie. Zadymiarze potwierdzili mistrzowski tytuł z pełną klasą, a Warsaw Pistons mogą szukać pocieszenia jedynie w kilku humorystycznych akcjach, które z dużym prawdopodobieństwem trafią do „Kalafiorów Kolejki”.
Mecz za sześć punktów pomiędzy drużynami zajmującymi drugie i czwarte miejsce w lidze. Kanarki nie mogły sobie pozwolić na potknięcie, jeśli nadal chciały walczyć o srebrne medale, a przy porażce nawet miejsce w TOP 3 mogłoby znaleźć się pod dużym zagrożeniem. Olimpik z kolei musiał wygrać, aby przedłużyć swoje nadzieje na dogonienie czołówki i realnie włączyć się do walki o podium.
Nie dziwi więc fakt, że spotkanie zakończyło się dość skromnym remisem 2:2 i bardziej przypominało emocjonujący mecz z dużego boiska niż klasyczną strzelaninę charakterystyczną dla gry 6 na 6. Na murawie nie brakowało walki fizycznej, emocji, ostrych starć i fauli - wszystkiego, czego można oczekiwać po meczu o tak dużą stawkę. Jak to często bywa w takich spotkaniach, sytuacji bramkowych nie było zbyt wiele, ale absolutnie nie wpłynęło to negatywnie na widowisko. Mecz oglądało się bardzo dobrze - był żywy, intensywny i trzymał w napięciu do samego końca.
Przebieg spotkania idealnie oddawał jego charakter. Jako pierwsi na prowadzenie wyszli Kanarki po bramce Jakuba Gałęzowskiego. Olimpik jednak nie zamierzał się poddawać i szybko odwrócił losy meczu dzięki trafieniom Oleksandra Diachenki i Serhiia Novakovskyiego. Gdy wydawało się, że to właśnie oni przejmą pełną kontrolę nad spotkaniem, Kanarki odpowiedziały kapitalnym golem Adriana Mulaka, który śmiało można nazwać ozdobą meczu. To trafienie dało drużynie bardzo cenny remis.
W końcówce obie ekipy miały jeszcze swoje szanse, ale żadna nie zdołała już przechylić szali zwycięstwa na swoją stronę. Ostatecznie remis bardziej cieszy Kanarki, które utrzymały drugie miejsce i nie pozwoliły Olimpikowi zbliżyć się do TOP 3. Dla Olimpiku ten wynik smakuje natomiast niemal jak porażka. Nadzieje na medale wciąż istnieją, ale dziś są już bardziej matematyczne niż realne. Futbol widział jednak nie takie historie - dlatego trzeba walczyć do samego końca.
Mecz pomiędzy drużynami znajdującymi się w dolnej części tabeli często potrafi być nawet ciekawszy niż starcia czołowych ekip. I choć BRD Young Warriors mogli czuć się względnie bezpiecznie, to dla Heavyweight Heroes zwycięstwo było potrzebne jak tlen w walce o utrzymanie w 14. lidze.
Początek spotkania to festiwal niewykorzystanych okazji - przede wszystkim po stronie BRD. Chłopaki kompletnie dominowali rywala, świetnie operowali piłką, grali kombinacyjnie i momentami wyglądali naprawdę imponująco. Problem był jednak jeden - skuteczność. A właściwie jej całkowity brak. Mimo wszystko wydawało się, że to tylko kwestia czasu, aż worek z bramkami się otworzy i BRD zacznie trafiać seryjnie. Nic bardziej mylnego. Zamiast gradu goli dla Warriorsów, na boisku pojawił się… prawdziwy ulewny deszcz. Intensywna ulewa szybko minęła, ale razem z nią zmienił się również obraz meczu. Napór BRD nagle zgasł, a Heavyweight Heroes perfekcyjnie wykorzystali swój moment. W okolicach połowy meczu zdobyli trzy bramki bez odpowiedzi i kompletnie zszokowali przeciwnika. To był prawdziwy zimny prysznic - dosłownie i w przenośni.
Głównym architektem sukcesu „Herosów” był Mateusz Zachewicz, ale ogromne słowa uznania należą się całej drużynie za to, jak przetrwała trudny początek spotkania, nie straciła gola i później bezlitośnie wykorzystała swoje okazje.
Mając tak komfortowe prowadzenie, Heavyweight mogli już kontrolować wydarzenia na boisku. Trzeba jednak oddać szacunek zawodnikom BRD - mimo trudnej sytuacji nie poddali się i w końcu znaleźli sposób na sforsowanie dobrze funkcjonującej defensywy rywali, zmniejszając stratę do zaledwie jednej bramki. Wtedy jednak na scenę ponownie wkroczył Mateusz Zachewicz, zdobywając gola, którego spokojnie można byłoby zgłosić do nagrody Puskása. To właśnie ten moment praktycznie zamknął spotkanie i odebrał przeciwnikom resztki wiary w comeback, choć obie drużyny zdołały jeszcze po razie trafić do siatki.
Świetny mecz pełen emocji, dzięki któremu Heavyweight Heroes awansowali na siódme miejsce i zbliżyli się do BRD na dystans zaledwie trzech punktów. Walka o utrzymanie w lidze jest jednak daleka od zakończenia - zarówno jednych, jak i drugich czeka jeszcze sporo nerwów w końcówce sezonu.
Ostatnim spotkaniem rozgrywanym na Arenie Grenady podczas 16. kolejki Ligi Fanów było starcie pomiędzy Santiago Remberteu a Klikers. Mecz zapowiadał się bardzo wyrównanie, szczególnie patrząc na ostatnią formę obu ekip. Ostatecznie okazał się jednak dość jednostronnym widowiskiem, głównie za sprawą kiepskiej frekwencji gospodarzy.
Jeszcze zanim pierwszy gwizdek zdążył na dobre wybrzmieć, doszło do niefortunnej kontuzji kostki jednego z zawodników Santiago Remberteu. Co więcej, zespół z Rembertowa przyjechał na mecz w zaledwie sześcioosobowym składzie, przez co od pierwszej minuty był zmuszony grać w osłabieniu. Różnica była widoczna gołym okiem. Goście bardzo szybko narzucili własne warunki gry i jeszcze przed przerwą zdołali wypracować sobie solidną zaliczkę. Klikers grali konkretnie, dynamicznie i z dużą swobodą pod bramką rywala, dzięki czemu po pierwszej połowie prowadzili aż 4:0. Szczególnie w pierwszej części meczu błyszczał Stanisław Leszczyński, który zdążył skompletować hat-tricka. Cichym bohaterem gospodarzy był natomiast Max Poczman, który dojechał na mecz tuż przed przerwą, wyrównując liczbę zawodników na boisku.
Niestety nie wystarczyło to, aby uchronić Santiago Remberteu przed zabójczą skutecznością zespołu Klikers. Goście dokładali kolejne trafienia, a momentami wręcz bawili się grą, prezentując różnego rodzaju sztuczki techniczne w okolicach pola karnego ekipy z Rembertowa. Gospodarze potrafili odpowiadać skutecznymi akcjami ofensywnymi, jednak przy tak wyraźnej różnicy bramek trudno było mówić o realnym powrocie do meczu. Prawdziwy popis dla kibiców dał duet Wąsowski–Bouzidi. Obaj zawodnicy świetnie wymieniali się pozycjami, regularnie napędzali akcje ofensywne i raz po raz wyręczali się w podwyższaniu prowadzenia. Ich współpraca była jednym z najjaśniejszych punktów tego spotkania.
Santiago Remberteu mimo wysokiej porażki zasługuje na uznanie za walkę do końca, jednak tego dnia to Klikers byli drużyną zdecydowanie bardziej konkretną, skuteczną i lepiej zorganizowaną. Co więcej, zwycięstwo znacząco przybliżyło ich do wydostania się ze strefy spadkowej. Za tydzień czeka ich jednak nie lada wyzwanie - starcie z OldBoys Derby II.
Oldboys Derby II jest już jedną nogą w 13. lidze. Wszystko dzięki zwycięstwu w spotkaniu 16. kolejki przeciwko Elekcyjnej. Rywal może i zajmuje ostatnie miejsce w tabeli, lecz gospodarze wcale nie mieli łatwej przeprawy, o czym najlepiej świadczy końcowy wynik 5:3.
Mimo bardzo późnej pory humory na boisku dopisywały od pierwszego gwizdka. Zawodnicy obu drużyn biegali z uśmiechami na ustach, a atmosfera spotkania idealnie oddawała to, czym powinna być piłka nożna - frajdą i sportową rywalizacją. Nie chodziło tu o szalony futbol „na hurra”, ale o wzajemny szacunek, dobrą zabawę i kawał naprawdę solidnego grania. Najlepiej świadczy o tym fakt, że jedna z kibicek zdecydowała się oglądać mecz zamiast śledzić wyścig Formuły 1 odpalony na telefonie. Trudno się jednak dziwić, skoro na boisku A obie drużyny stworzyły bardzo przyjemne dla oka widowisko. Lepiej mecz rozpoczęli zawodnicy Oldboys Derby II, którzy szybko zdobyli dwie bramki po błędach defensywy Elekcyjnej przy wyprowadzaniu piłki. Gospodarze potrafili wykorzystać niecelne podania rywali i błyskawicznie zamienili je na prowadzenie.
Elekcyjna nie zamierzała jednak składać broni. Najpierw odpowiedziała świetnie wykonanym rzutem wolnym, a chwilę później przeprowadziła szybką kontrę 3 na 2 zakończoną strzałem do pustej bramki. Goście złapali wiatr w żagle i rozpędzili się na tyle, że jeszcze przed przerwą zdołali nawet wyjść na prowadzenie. Chrapka na sprawienie niespodzianki była naprawdę ogromna. Oldboys Derby II pokazało jednak doświadczenie oraz wyrachowanie. Jeszcze przed przerwą doprowadzili do wyrównania po trafieniu z bliskiej odległości, a po zmianie stron zaczęli coraz mocniej kontrolować przebieg spotkania.
Zawodnicy rezerw drużyny weteranów bardzo dobrze wykorzystywali wolne przestrzenie pomiędzy defensorami rywali. Nie potrzebowali przy tym potężnych strzałów - wystarczała dokładność, spokój i umiejętne wykańczanie akcji. Z każdą kolejną minutą coraz bardziej było widać, że to właśnie doświadczenie i cierpliwość są po stronie gospodarzy.
Ostatecznie Oldboys Derby II zwyciężyło 5:3 i wykonało ogromny krok w stronę awansu do 13. ligi. Elekcyjna FC mimo porażki zasługuje jednak na duże uznanie za ambitną postawę i stworzenie dobrego widowiska, które mimo późnej godziny mogło naprawdę się podobać.







)
)
)
)
)
)
)
)
)