Sezon 2015/2016
Relacje meczowe: 14 Liga
O godzinie 15:00 na arenie AWF do meczu przystąpiły drużyny Elekcyjna FC i FC Olimpik.
Starcie zapowiadało się ciekawie ze względu na sytuację w tabeli. Gospodarze zajmowali przedostatnie miejsce, a ich rywale wciąż czekali na pierwsze punkty w sezonie. Co ciekawe, wszystkie dotychczasowe mecze przegrywali minimalnie, „rzutem na taśmę”, różnicą najwyżej dwóch bramek.
Początek spotkania należał do Elekcyjnych. Już w 4. minucie, po skutecznym odbiorze Adriana Kanigowskiego, piłkę do siatki posłał Adrian Swacik, pewnym strzałem pokonując bramkarza rywali i wyprowadzając swój zespół na prowadzenie. Z każdą minutą jednak Olimpik rósł w siłę, mimo że gospodarze częściej utrzymywali się przy piłce, to właśnie szybkie, dynamiczne akcje gości przyniosły im wyrównanie. Jeden z kontrataków wykorzystał Valentyn Hordichuk, a na chwilę przed przerwą ten sam zawodnik popisał się efektownym dryblingiem, mijając obrońcę i dając Olimpikowi prowadzenie 2:1.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ znaczącej zmianie. Elekcyjna miała większe posiadanie piłki, ale to Olimpik był skuteczniejszy pod bramką. Na dziesięć minut przed końcem precyzyjnym uderzeniem głową prowadzenie podwyższył kapitan zespołu, Artur Prokopchuk, a tuż przed końcowym gwizdkiem pierwsze zwycięstwo Olimpiku przypieczętował Maksym Zhukov. Gospodarze odpowiedzieli jeszcze błyskawicznym trafieniem Maćka Płuski, lecz na odrobienie strat było już za późno.
Końcowy wynik 2:4 pokazał, że główną przyczyną porażki Elekcyjnej był brak pełnego składu. Aby wrócić na zwycięską ścieżkę, zespół będzie musiał wykazać się większą mobilizacją w kolejnych kolejkach. FC Olimpik natomiast wreszcie przełamał złą passę i udowodnił, że w najbliższych meczach może realnie powalczyć o wyjście ze strefy spadkowej.
Starcie między Milkeen FC a BS Zadymiarze wyglądało na papierze tak, że mogło skończyć się tylko w jeden sposób. Goście przystępowali do tego meczu z passą trzech zwycięstw, notując jedynie wpadkę na samym początku sezonu.
Predykcje nie zawiodły – już w 3. minucie Zadymiarze objęli prowadzenie za sprawą trafienia Mateusza Hofmana, który potężnym strzałem posłał piłkę prosto pod poprzeczkę. Dominacja gości była wyraźnie widoczna. Nie pozwalali rywalom na konstruowanie akcji, a sami regularnie dokładali kolejne gole. Świetną formą imponował Dominik Zawiślak, który jeszcze przed przerwą skompletował hat-tricka, a zespoły schodziły do szatni przy wyniku 0:6.
Po zmianie stron obraz gry się nie zmienił. Strzelanie kontynuował Zawiślak, który dołożył jeszcze dwa trafienia, powiększając swój imponujący dorobek. Bramkę honorową dla Milkeen zdobył Krzysztof Krajewski, wykorzystując błąd w defensywie rywali i przerywając ich marsz po czyste konto. U Zadymiarzy widać było pełne zaangażowanie. Młody zespół biegał bez przerwy przez całe spotkanie, nie pokazując oznak zmęczenia. Goście dorzucili do końca aż siedem kolejnych bramek, zwyciężając ostatecznie 15:1.
Wynik mówi sam za siebie – BS Zadymiarze są obecnie wyraźnym faworytem do triumfu w 14. lidze, a póki co trudno wskazać drużynę, która mogłaby im zagrozić. Milkeen natomiast, jeśli chce realnie powalczyć o podium, musi poprawić frekwencję i wykazać się większą mobilizacją w nadchodzących kolejkach.
W ostatnich miesiącach bardzo podobała nam się forma prezentowana przez ekipę BRD Young Warriors. Dobry występ w lidze letniej, a potem niezła inauguracja sezonu zasadniczego - trzy zwycięstwa na początek mówiły same za siebie. Nawet mimo ostatniej porażki z Warsaw Pistons byliśmy zdania, że to właśnie Młodzi Wojownicy są tutaj minimalnym faworytem.
Z kolei Santiago przyjechało na Grenady z bagażem dwóch dość bolesnych porażek i wielu zastanawiało się, czy Piotrek Wójtowicz i spółka dadzą radę szybko wrócić na należne im miejsce. Ale tego, co zobaczyliśmy na początku pierwszej połowy, nie spodziewał się chyba nikt.
Zaczęło się od kapitalnego uderzenia z dystansu samego kapitana Remberteu. Piłka prześlizgnęła się przez dłonie Mateusza Adamca i było 1:0. Chwilę później ten sam zawodnik podwyższył wynik z rzutu karnego na 2:0, a gracze BRD wyglądali na kompletnie zagubionych i, kolokwialnie mówiąc, nie potrafili się „ogarnąć”. Natomiast zawodnicy z Rembertowa doskonale to wykorzystywali. Ani się obejrzeliśmy, a na tablicy widniał wynik 4:0. Tak naprawdę Młodzi Wojownicy wzięli się nieco w garść dopiero przy stanie 0:5 - wtedy zdobyli nawet gola i szli po kolejne. Niestety, zaraz po tym przytrafiła im się banalna pomyłka, którą bezlitośnie wykorzystał Kamil Zawada, ustalając wynik pierwszej części na 6:1.
Tym samym nie było już wątpliwości, jak to się wszystko skończy. Druga połowa stała się klasyczną "na dogranie". Santiago nie forsowało już tak tempa jak wcześniej, z kolei przegrywający po prostu nie mieli argumentów, by postraszyć rywala choćby zalążkiem remontady. Po ostatnim gwizdku podsłuchaliśmy, że w składzie BRD zabrakło dwóch bardzo konkretnych zawodników, ale nawet bez nich można było oczekiwać czegoś więcej. Ostatecznie skończyło się wynikiem 8:2 dla Santiago, który mówił o tej partii wszystko. W grze Wojowników momentami brakowało wiary, choć z drugiej strony, gdy dostajesz tyle „gongów” na dzień dobry, to faktycznie może ci się wszystkiego odechcieć.
Co do Santiago, to należą im się brawa. Weszli w spotkanie bardzo energetycznie, grali skutecznie i nie zostawili nawet cienia wątpliwości, że zasługują na sukces. Jeśli utrzymają takie nastawienie i skuteczność, powrót na miejsce premiowane awansem powinien nastąpić błyskawicznie.
Spodziewaliśmy się, że to spotkanie będzie hitem i nie rozczarowaliśmy się ani trochę. Obie ekipy stworzyły kapitalne widowisko, które trzymało w napięciu do ostatniego gwizdka sędziego.
A zaczęło się bardzo wcześnie, bo już w 4. minucie Kanarki wyszły na prowadzenie po golu Jakuba Gałęzowskiego, by minutę później prowadzić już 2:0 po trafieniu Adriana Mulaka. Oldboys długo jednak nie pozostawali dłużni. W 8. minucie Łukasz Łukasiewicz popisał się bezpośrednim uderzeniem z rzutu rożnego, które wylądowało w siatce! Gospodarze odpowiedzieli trafieniem Jakuba Kowalskiego, a dosłownie chwilę później oglądaliśmy solidnego kandydata do bramki kolejki - fenomenalny strzał Damiana Bartosiewicza z dystansu w samo okno bramki Jakuba Piwowarczyka.
Inicjatywa była wyraźnie po stronie Oldboys. W 15. minucie do remisu doprowadził Piotr Grudzień, minutę później to goście wyszli na prowadzenie po golu Dariusza Sierawskiego, a w 19. minucie wynik na 3:5 ustalił Łukasz Łukasiewicz. Wydawało się, że doświadczenie Oldboys przeważy w tym meczu.
Jednak w drugiej połowie odpaliła się młodzieńcza fantazja Kanarków, a na plan pierwszy wysunął się duet Jakub Kowalski – Tomasz Díaz Castaños. W 29. minucie Castaños dośrodkował z rzutu rożnego, a Kowalski zapakował piłkę do siatki. Ekipa Mateusza Chatrego powoli, ale skutecznie kruszyła obronny mur, jakim była defensywa Oldboys Derby. Bardzo aktywny był Kowalski. Jego częste dryblingi siały popłoch wśród obrońców, którzy często musieli ratować się faulami, by zatrzymać rozpędzonego napastnika Kanarków. W 40. minucie Díaz Castaños poprowadził akcję lewym skrzydłem i z bardzo ostrego kąta strzelił od poprzeczki — mieliśmy remis! Gospodarze poszli za ciosem, a na dwie minuty przed końcem Castaños zapracował na miano bohatera swojej drużyny: znów pogalopował lewą flanką, minął dwóch obrońców i nie dał szans golkiperowi Oldboys.
Kanarki wyszarpały zwycięstwo i dzięki temu utrzymały drugą lokatę w tabeli 14. ligi.
Na zakończenie zmagań 5. kolejki 14. Ligi otrzymaliśmy starcie rodem z sezonu Lato 2025 – kopie skruszyli Warsaw Pistons oraz Heavyweight Heroes. Przeczucie, że możemy być świadkami gradobicia goli, potęgował fakt, iż oba zespoły nie dysponowały nominalnym bramkarzem. Funkcję tę musieli pełnić odpowiednio Filip Reniec i Daniel Stasiński.
Ten drugi już od pierwszych minut miał pełne ręce roboty, bowiem swoimi ofensywnymi wypadami regularnie nękał go Kacper Romanowski. Obraz gry wyglądał następująco – Pistons częściej utrzymywali się przy piłce, szukając pojedynków 1 na 1, natomiast goście nie bawili się w półśrodki i starali się jak najszybciej przerzucać piłkę w okolice pola karnego za pomocą długich podań. Które rozwiązanie okazało się skuteczniejsze? Odpowiedź poznaliśmy w 11. minucie meczu, gdy świetnie dokręcone dośrodkowanie z głębi pola Marek Malenka zamienił na gola Rafał Spodar. Niedługo potem ta sama metoda pozwoliła ekipie HH podwyższyć prowadzenie – tym razem do siatki trafił Mateusz Nykiel po asyście Janickiego.
Nie znaczy to jednak, że „Pistonsi” nie mieli swoich okazji – wręcz przeciwnie. Gdyby nie świetnie dysponowany Stasiński, remis wcale nie byłby niezasłużony. W końcu jednak stało się to, co wydawało się nieuniknione – gola kontaktowego zdobył Romanowski. Heavyweight Heroes nie zamierzali jednak zaprzepaścić tego, co z takim trudem wypracowali. Podwojenie wysiłków zaowocowało akcją Suriaka i Nykiela, w której ten drugi, schodząc na lewą nogę, oddał piekielnie mocny strzał – taki, że mało nie rozerwał siatki!
Po zmianie stron wspomniany Mateusz Nykiel ponownie wpisał się na listę strzelców, w bardzo podobnych do poprzedniego gola okolicznościach, choć z nieco bliższej odległości. Nadzieje gospodarzy na choćby częściowy sukces podtrzymywał Romanowski, który pięknym strzałem z dystansu zmniejszył stratę. Ku nieszczęściu młodszej z ekip, kolejne trafienia Nowickiego, Malenki i Nykiela, a także niefortunny samobój bohatera gospodarzy – Romanowskiego – sprawiły, że na tablicy wyników widniało już 2:8, a komplet punktów dla gości wydawał się przesądzony.
Drużyna Daniela Dudzińskiego w końcówce nieco spuściła z tonu, pozwalając rywalom zdobyć jeszcze dwa gole autorstwa Romanowskiego, ale mimo to bez większych problemów dowiozła czterobramkową przewagę do końcowego gwizdka. Było to dopiero drugie zwycięstwo Heavyweight Heroes w tym sezonie, dzięki któremu – przynajmniej na razie – opuścili strefę spadkową. Tym samym udany rewanż za letnią porażkę stał się faktem.







)
)
)
)
)
)
)
)
)