Sezon 2013/2014
Relacje meczowe: 8 Liga
Zawodnicy Hiszpańskiego Galeonu są ostatnimi czasy skazani na cierpienia. Terminarz ich nie rozpieszcza, bo w minionych tygodniach rywalizowali z ekipami ze ścisłej czołówki i niestety nie mieli w nich wiele do powiedzenia. Na przełamanie tej passy nie zapowiadało się także i tym razem, bo po drugiej stronie boiska stanęli gracze Warsaw Gunners. Zwycięstwo faworytów wydawało się formalnością i gdy po kilkunastu minutach spotkania było już 3:0, nie mieliśmy złudzeń, że trzy punkty mogą trafić tylko w jedno miejsce. Ale trzeba oddać Galeonowi, że mimo wybitnie niesprzyjających okoliczności pozbierał się. Udało się troszkę zmniejszyć straty, a ozdobą spotkania była bramka z własnej połowy Michała Kaczyńskiego, który wykorzystał fakt, że golkiper rywali opuścił swój posterunek. Wynik do przerwy brzmiał 4:2, a tuż po krótkim odpoczynku Mish Lishtwan zdecydował się na indywidualną szarżę, która zakończyłem się trafieniem kontaktowym. I tym sposobem ze spotkania do jednej bramki, nagle pojawiły się emocje. Fani londyńskiego Arsenalu w końcu wzięli się jednak w garść i zaczęli odbudowywać swoją przewagę. Kilka goli z rzędu wybiło oponentom z głowy marzenia o punktach, a końcówka spotkania to już pogrom Hiszpańskiego Galeonu, który tracił bramki regularnie i ostatecznie przegrał aż 4:10. Ale ten wynik nie oddaje poświęcenia, jakie przynajmniej do pewnego momentu miało tutaj miejsce po stronie ligowych outsiderów. Ten rezultat jest dużo gorszy niż sama gra i może stanowić malutkie światełko w tunelu. Co do Warsaw Gunners, to oni zrobili tutaj to, co mieli zrobić. Przytrafił im się co prawda okres słabszej gry, ale trudno od nich wymagać 100% koncentracji, gdy wiesz, że jesteś lepszy i że mecz i tak wygrasz. Natomiast trzeba sobie powiedzieć wprost, że to co wystarczyło na Galeon, to będzie za mało na ekipy ze ścisłej czołówki. I to musi stanowić powód do analizy, zwłaszcza że seria spotkań z najgroźniejszymi rywalami w walce o tytuł właśnie się rozpoczyna.
Saska Kępa po zwycięstwie w ostatniej kolejce musi szukać punktów w każdym meczu. Podobna sytuacja dotyczy Legionu, który przed tą kolejką znajdował się w strefie spadkowej. Obie ekipy wyszły na spotkanie zmobilizowane. Jako pierwsi z prowadzenia cieszyli się gospodarze. Legion szybko się jednak pozbierał. Mimo, że na to spotkanie przygotowali bardzo skromną, bo dwuosobową ławkę rezerwowych, to nie odpuszczali nawet kawałka boiska, czego efektem była zdobyta bramka wyrównująca przez Oleksandra Pylypenko. Goście ruszyli za ciosem i ich wytrenowane ataki zaczynały wyglądać coraz lepiej, a po jednej z kilku składnych akcji piłkę do bramki skierował niezastąpiony w takich sytuacjach Oleksii Ivaniukovych. Dzięki temu obie ekipy schodziły na przerwę przy wyniku 1-2. W drugiej połowie spotkanie przebiegało w zdecydowanie szybszym tempie, czego efektem były szybko zdobyte bramki. Co prawda jako pierwsi w tej części meczu zabójczą akcję wyprowadzili zawodnicy Legionu, zmieniając tym samym wynik na 1-3, to jednak doświadczona ekipa Saskiej Kępy nie zamierzała składać broni. Zawodnicy Korneliusza Troszczyńskiego ruszyli do odrabiania strat i w 46 minucie meczu dopięli swego. Dwie bramki Michała Morycza, przy których udział mieli bracia Zgórzak pozwoliły gospodarzom wyrównać wynik na 3-3. Do końca meczu pozostawało jeszcze kilka minut i każdy kto oglądał to spotkanie przeczuwał, że tu musi się coś jeszcze wydarzyć. Oba zespoły dążyły do wygranej, zapominając często o grze w obronie. W takim chaosie zdecydowanie lepiej czuli się goście, którzy mając szybkich i wybieganych zawodników zdobyli bramkę dającą im wygraną. Autorem gola został Illia Kopyl, który wykorzystał fatalny błąd bramkarza Saskiej Kępy. Legion zwyciężając zrobił duży krok w walce o utrzymanie w 7 lidze. Z kolei Saska znów pozostaje bez zdobyczy punktowej i po 14 kolejkach zajmuje rozczarowujące dla nich 5 miejsce.
Minionej niedzieli na obiektach warszawskiego AWF-U stanęły naprzeciwko siebie drużyny Kozic Warszawa oraz BRD Young Warriors. W ósmej lidze co prawda obydwie ekipy nie walczą o awans, aczkolwiek spotkanie zapowiadało się niezwykle interesująco. Wszystko było spowodowane pozycją w tabeli zespołu gości, którzy ciągle walczą o utrzymanie. Wymarzone siódme miejsce znajdowało się zaledwie dwa oczka nad nimi, przez co przy odpowiednich wynikach mogli zapewnić sobie opuszczenie strefy spadkowej. Gospodarze natomiast w przypadku hipotetycznej wygranej zyskiwali spokój i oddech, z powodu powiększenia przewagi nad goniącym ich peletonem. Pierwsza odsłona tego starcia minęła w dość wyrównanej atmosferze. Przez długi okres ciężko było stwierdzić, która z drużyn zasługuje na miano faworyta. Dzięki trafieniom Woźnicy oraz Omiego o takie wskazanie było zdecydowanie łatwiej. Pewne prowadzenie 2:0 udało się Kozicom zachować do przerwy. W drugiej odsłonie gracze w szarych trykotach podwyższyli stan posiadania dzięki bramce Adriana Lenarczyka. W momencie, gdy wszystko wskazywało na ich pewne zwycięstwo, podrażniony zespół BRD Young Warriors przejął inicjatywę. Niestety dla nich dwie bramki to jedyne, na co było ich tego dnia stać. W zestawienie z jednym golem rywala powoduje to, że po ostatnim gwizdku na tablicy wyników mieliśmy 4:3 i to gospodarze mogli cieszyć się ze zdobytego kompletu punktów.
To, co obecnie dzieje się w drużynie FC Polska Górom należy określić mianem prawdziwego kataklizmu. Niegdysiejszy urodzaj kadrowy oraz kapitalna dyspozycja z poprzedniej rundy przekształciły się w marazm, przez który ekipa w białych strojach notuje czarną serię, powoli krocząc w stronę spadku. Niedzielne spotkanie z ekipą Na2Nóżkę nie mogło napawać ich optymizmem. Rywal znajdował się o wiele wyżej w tabeli, realnie licząc się w walce o mistrzostwo ósmej ligi. Dodatkowo braki kadrowe spowodowały, że na ławce pojawił się zaledwie jeden gracz, który został dopisany razem z trzema innymi. Z tego powodu spotkanie nie mogło wyglądać inaczej. Po chwilowym oporze, który postawili gracze FC Polska Górom, ich szeregi obronne rozsypały się niczym domek z kart. Efektem tego był grad bramek w wykonaniu gospodarzy. Dzięki trafieniom w głównej mierze dwóch graczy (Śląz oraz Roguski) na przerwy zespół Na2Nóżke schodził z prowadzeniem 7:0. Druga odsłona tego meczu zakończyła się w niemalże bliźniaczy sposób, ponieważ stosunek bramek wyniósł w niej 8:0. Sumując obydwie części zawodów dało to nam wynik 15:0, który jest dobitnym podsumowaniem tego, co ,,działo” się na boisku. Mamy jednak nadzieję, że problemy gości szybko się zakończą. Gospodarzom natomiast należą się słowa uznania, ponieważ kolejny raz rozgromili swoich rywali i szybko odbudowali po porażce z Shot DJ.
Dla Shot DJ starcie z Mareckimi Wygami zapowiadało się jako najcięższy mecz w tej rundzie. Wprawdzie tydzień temu ekipa Elie Rosińskiego odprawiła z kwitkiem wyżej notowane Na2Nóżkę, jednak passa pięciu zwycięstw z rzędu mocno napompowała balonik oczekiwań i w pierwszych minutach dało się wyczuć presję ciążącą na gospodarzach. Już od samego początku gra przenosiła się od bramki do bramki i nie brakowało groźnych strzałów po obu stronach boiska, jednak inicjatywa powoli przechodziła na stronę Mareckich Wyg, aż w końcu w 12 minucie gola, trochę na raty, zdobył niezawodny Damian Kotowski. W 19 minucie Jeremi Szymański ponownie musiał wyciągać piłkę z siatki po trafieniu Oleksandra Kuzmowa, a w 22 minucie kapitalnym strzałem z ostrego kąta popisał się Damian Kotowski i goście prowadzili już 0:3. Już dawno nie oglądaliśmy sytuacji, w której Shot przegrywałby taką liczbą bramek, ale w końcu odblokował się Jan Jabłoński, który strzelił gola kontaktowego. Wygi błyskawicznie zripostowały trafieniem Oleksandra Hutarova, ale dosłownie akcję później Jeremi Szymański huknął z dystansu i pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 2:4. Po wznowieniu gry kapitalną wrzutką popisał się Giacomo Monti, a piłkę do siatki zapakował Bastien Piasecki i gospodarze znów złapali kontakt, ale inicjatywa momentalnie wróciła na stronę Mareckich Wyg. Wyjątkowo skuteczni tego dnia Oleksandr Kuzmow i Damian Kotowski zaliczyli po trafieniu i goście wrócili na trzybramkowe prowadzenie. Wydawało się, że ekipa Mateusza Buciora ma już zwycięstwo w kieszeni, ale stało się coś zupełnie odwrotnego. Jan Jabłoński po raz kolejny pokazał jak klasowym jest zawodnikiem i w niecałe dwie minuty całkowicie odwrócił losy tego meczu. W 33 minucie wykorzystał podanie Edouarda Tran Vana i strzelił na 4:6, w kolejnej akcji przejął niedokładne podanie, pogalopował lewym skrzydłem i zapakował piłkę do siatki z ostrego kąta, a już minutę później strzelił gola wyrównującego, ponownie po asyście Edouarda. Cios ten okazał się dla gości zabójczy, bo po stracie trzech goli Wygi praktycznie stanęły i nie mogły już odnaleźć się na boisku, za to Shot DJ dokładał kolejne trafienia. W 38 minucie na prowadzenie swój zespół wyprowadził Nicolas Teissedre, a w 40 minucie było 8:6 po golu Filipa Olaka. W końcówce Mareckie Wygi wyglądały na zagubione wobec koncertu, jaki grali gospodarze. W swoim debiutanckim występie gola zdobył Jules Ferrer, a symboliczną kropkę nad i postawił w 48 minucie Jan Jabłoński i po kapitalnym widowisku Shot DJ zrzucił Mareckie Wygi z drugiego miejsca w tabeli, samemu plasując się na najniższym stopniu podium. Jest to nieprawdopodobny wyczyn ekipy Elie Rosińskiego, która po fatalnej rundzie jesiennej wróciła do walki o mistrzostwo i coś, co jeszcze kilka kolejek temu wydawało się zupełnie nierealne, jest obecnie w zasięgu, bo do lidera brakuje im już tylko 3 punktów.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)