reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualnośći
aktualnośći
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
DECATHLON CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga
ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
1
12:00

Gdy na boisko wchodzą ukraińskie ekipy zawsze jesteśmy pewni, że nie będzie brakowało fizyczności i nieustępliwości. Derby Ukrainy, czyli starcie Energii i Ukrainian Vikings, mogłoby wyglądać dość brutalnie z uwagi na zaangażowanie w grę obu ekip, gdyby nie to, że zawodnicy obu zespołów bardzo dobrze się znają. Niemniej, nie było mowy o odpuszczaniu wyniku i już od pierwszych chwil oglądaliśmy intensywny, piłkarski spektakl. Głównymi aktorami byli w nim gracze gości, którzy zaskakująco łatwo radzili sobie z formację defensywną Energii. Zaczęło się od dogrania od Arsena Oleksiva z okolice pola karnego, gdzie z półwoleja piłkę uderzył Yeugen Sirotenko i mieliśmy 0:1. Yeugen brał również udział przy golu na 0:2, gdy pięknym, płaskim podaniem dostarczył piłkę do dobrze ustawionego Ivana Markovycha, a ten z zimną krwią podwyższył na 0:2. Gdy po podaniu Victora Yaremii do piłki dopadł Bohdan Tynirnov zrobiło się 0:3 i było jasne, że przed gospodarzami bardzo ciężkie zadanie, aby wrócić do meczu. Od takich zadań jest Igor Petlyak. To właśnie jego dwa trafienia jeszcze w pierwszej połowie przywróciły wiarę w końcowy sukces Energii, gdyż do przerwy było już tylko 2:3. Po zmianie stron do głosu znów doszli „Wikingowie”, którzy po raz kolejny, po dłuższym fragmencie dobrej gry, wyszli na trzybramkowe prowadzenie 2:5. A tym czasie Michała Cyberalskiego pokonywał dwukrotnie Yeugen Sirotenko, a asysty na swoim koncie zanotowali Arsen Oleksiv i Victor Yaremii. Doszliśmy do wniosku, że w tym meczu Energia musi przegrywać trzema bramkami, aby w pełni uwolnić swój potencjał. Tak też się stało i na wysokie obroty wskoczył Igor Petylak, który asystował przy kolejnych trzech golach kolegów. Dwa trafienia były autorstwa Aidyna Yessaly, a gola, który doprowadził do stanu 5:5 zdobył grający na co dzień jako bramkarz Volodymyr Slobozjeniuk. Co ciekawe, w końcówce Energia mogła przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę, gdyż mieli trzy 100% okazje ku temu, jednak ogromną klasę bramkarską pokazał Edi Vakhidov, któremu po meczu koledzy z Vikings na pewno postawili zimny napój chmielowy. Remis 5:5, świetny mecz, uczciwy podział punktów!

2
14:00
( 0 : 5 )
2 : 13
Raport

Chyba nawet najstarsi górale nie wiedzą, co się na wiosnę dzieje z Orlikiem Mokotów. Myśleliśmy, że chłopaki włączą się do batalii o medale, a zamiast tego zespół dopadła fatalna seria porażek i zamiast walki o TOP 3 trzeba zacząć oglądać się za siebie. W niedzielę przeciwnikiem tej ekipy były Dziki Młochów, więc mieliśmy do czynienia z zespołami z tą samą liczbą punktów i to zapowiadało naprawdę niezłe widowisko. Niestety na zapowiedziach się skończyło. Dziki okazały się zespołem dużo lepszym, chociaż początkowo nic nie wskazywało na to, że skończy się tutaj takim pogromem. Nawet jak ekipa z Młochowa zdobywała bramki, to odnosiliśmy wrażenie, że przeciwnicy za chwilę odpowiedzą swoimi trafieniami, jednak po jakimś czasie zaczęliśmy wątpić w taki scenariusz. Dziki rozpędzały się bowiem z minuty na minutę, z kolei w obozie przeciwnym widać było zniechęcenie. To przekładało się na coraz mniejsze zaangażowanie i statyczną postawę, co rywal regularnie wykorzystywał i powiększał swój dorobek. W pewnym momencie wynik brzmiał nawet 9:0 i dopiero przy takim stanie Orlikowi udało się znaleźć sposób na Arka Żyznowskiego. Była to jednak kropla w morzu potrzeb. Za chwilę wszystko wróciło zresztą do normy, a normą była tutaj skuteczna postawa Dzików. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 13:2, którego przed pierwszym gwizdkiem nie sposób było przewidzieć. Wiele rozbiło się tutaj o determinację. Jedni byli niesamowicie zaangażowani, drudzy szybko się załamali i abstrahując od braków kadrowych, oczekujemy od nich zdecydowanie więcej. A wracając jeszcze do Dzików, to warto ich pochwalić za niezwykle zespołową grę, co potwierdzają statystyki. Rzadko się bowiem zdarza, że każdy zawodnik biorący udział w spotkaniu zalicza bramkę lub asystę, a tak było właśnie w obozie zwycięzców, bo nawet bramkarz zapisał na swoje konto jedno otwierające podanie. Tym samym Dziki w naprawdę dobrym stylu niemal zapewniają sobie utrzymanie a przy dobrych wiatrach mogą jeszcze powalczyć o coś więcej. Z kolei Orlik jak szybko się nie ogarnie, to za chwilę obudzi się w 3.lidze…

3
19:30

W zupełnie odmiennych nastrojach do spotkania przystępowały zespoły FC Górka oraz Gracze Gorszego Sortu. Gospodarze tego pojedynku po serii porażek zajmują ostatnie miejsce w tabeli i kolejny sezon rozegrają w niższej klasie rozgrywkowej. Goście natomiast pomimo jednej wpadki w kilku ostatnich meczach, gdzie z boiska schodzili jako przegrani, cały czas liczą się w walce o tytuł mistrzowski. Obydwie drużyny spotkanie rozpoczęły bardzo spokojnie i w początkowych fragmentach nie było widocznej przewagi wyżej notowanego zespołu. Jednak z biegiem czasu akcje zawodników GGS były coraz groźniejsze i ich efektem była strzelona bramka pod koniec pierwszego kwadransa gry. Na odpowiedź zespołu gospodarzy czekaliśmy tylko chwilę i pięknym strzałem z rzutu wolnego drużyna ta doprowadziła do wyrównania. Ostatnie fragmenty pierwszej połowy to szturm zawodników gości na bramkę golkipera, czego efektem były trzy bramki, które ustaliły wynik tej części meczu na 4:1. Druga połowa to już wyraźna dominacja zespołu gości, który od początku przejął inicjatywę i stopniowo powiększał swoją przewagę. Dopiero przy stanie 9:1 gospodarze dwukrotnie pokonali golkipera rywali, jednak ostatnie słowo należało do Arkadiusza Waszaka, który strzelając swoją szóstą bramkę ustalił wynik spotkania na 10:3. Po bardzo otwartym meczu zespół Graczy Gorszego Sortu zdobył kolejne trzy punkty, które znacznie przybliżyły ich do tytułu mistrzowskiego. Zawodnicy FC Górki po niezłej pierwszej połowie opadli z sił i po raz kolejny zmagania kończą bez zdobyczy punktowej. 

4
20:30

Mający już tylko matematyczne szanse na utrzymanie Eternis przyszedł na starcie z Bonito Warszawa w bardzo ciekawym składzie, ale biorąc pod uwagę jakość piłkarską, jaka drzemie w młodym zespole gości, spodziewaliśmy się bardzo zaciętego widowiska. Nie pomyliliśmy się. Od pierwszych minut tempo gry było bardzo wysokie, a gra twarda, lecz w większości przypadków na granicy przepisów. Jako pierwszy worek z bramkami rozwiązał Julian Hendigery, który już w 1 minucie meczu wykorzystał podanie Nikodema Gazie i mieliśmy 0:1. W odpowiedzi bardzo ładną dwójkową popisali się Mateusza Śliwiński oraz Aleksander Bendkowski, gdzie pierwszy z Panów kreował sytuację, a drugi wykańczał. Bardzo ładny, płaski strzał Daniela Mikołajczyka, przy którym asystował Mateusza Śliwiński i gospodarze po raz pierwszy w tym starciu wyszli na prowadzenie. Nie minęło wiele czasu, a po celnym podaniu Wiktora Mądrego do piłki dobiegł Kuba Grzeszczak, dla którego finalizacja akcji na 2:2 była formalnością. Ten sam zawodnik zaprezentował swoje umiejętności sprinterskie, gdy popędził z piłką przez ponad połowę boiska i golem na 2:3 wpisał się po raz drugi na listę strzelców. Ta efektowna akcja napędziła gości do jeszcze lepszej gry i do końca pierwszej odsłony to oni przejęli inicjatywę na boisku. Skwitowaniem ich przewagi były kolejne dwa trafienia i oba bardzo efektowne, gdyż zarówno Wiktor Mądry, jak i Kuba Grzeszczak zaprezentowali w nich świetny drybling i nietuzinkowe przygotowanie fizyczne Do przerwy wynik brzmiał 2:5 i patrząc na grę Bonito, nie spodziewaliśmy się, aby mieli wypuścić zwycięstwo z rąk. Jednak determinacja, z jaką wyszli na druga połowę gracze Eternisu była widoczna od pierwszych sekund. Genialne zawody w tej części spotkania rozegrał Mateusz Śliwiński, którego ostatecznie można śmiało nazwać bohaterem tego meczu. Dwa piękne strzały z dystansu, oba z podania Daniela Mikołajczyka i Eternis przegrywał już tylko 4:5. Końcówka meczu była bardzo emocjonująca i nie obyło się bez kartoników, jednak gra w przewadze nie została wykorzystana przez graczy gości. Co gorsza dla Bonito, kropkę nad „i” postawił nie kto inny, jak Mateusz Śliwiński, który swojego hat-tricka skompletował po podaniu Daniela Mikołajczyka. Spotkanie zakończyło się wynikiem 5:5, co oznaczało, że Eternis żegna się z 2-ga Ligą Fanów. Dla Bonito nadal nic straconego, gdyż wciąż liczą się w walce o podium!

5
21:30

W poprzedniej rundzie rywalizacja tych drużyn była dość osobliwym widowiskiem. Choć Orzeły zebrały raptem sześć osób, długo stawiały opór TZowi i dopiero w drugiej połowie ekipa braci Jałkowskich wyraźnie odskoczyła z wynikiem. Tym razem role odwróciły się – gospodarze stawili się w bardzo okrojonym składzie, a na dodatek zabrakło bramkostrzelnego Andrzeja Morawskiego, za to niesiony wiosenną euforią team Jana Wnorowskiego po raz kolejny popisał się dobrą frekwencją. Obie ekipy prezentują dość podobny styl gry i na pierwszego gola musieliśmy trochę poczekać. Przez pierwsze 10 minut gra przenosiła się od bramki do bramki, ale brakowało klarownych sytuacji strzeleckich. Najbliżej zdobycia gola był Maciej Kiełpsz, ale golkiper TZu Mateusz Kwaśny wykazał się czujną interwencją. Dopiero w 11 minucie dynamiczną akcję Maćka Dombrowicza wykończył Mateusz Walczak i Tylko Zwycięstwo objęło prowadzenie. W 15 minucie sędzia podyktował rzut wolny dla Orzełów, do piłki podszedł Maciej Kiełpsz i nie czekając na gwizdek huknął niemalże z połowy boiska w róg bramki, a zaskoczony golkiper gospodarzy nie zdążył zareagować. Choć nie brakowało walki na obu połowach boiska więcej goli w pierwszej połowie nie oglądaliśmy. Za to druga część spotkania mogła świetnie rozpocząć się dla gości, ale stuprocentową sytuację zmarnował kapitan Orzełów. Punktem zwrotnym meczu okazała się sytuacja z 29 minuty. Groźny kontratak Orzełów został nieprzepisowo zatrzymany przez Mateusza Kwaśnego, a na dodatek golkiper TZu interweniował tak niefortunnie, że doznał kontuzji, która wykluczyła go z reszty spotkania. Wprawdzie przewagi liczebnej Orzeły nie wykorzystały, ale wobec braku zmian gospodarze słabli z minuty na minutę i w końcu w 42 minuty goście przechylili szalę zwycięstwa na swoją stronę. Po podaniu Jana Wnorowskiego gola zdobył Arkadiusz Ciołek, a dwie minuty później po dobitce podwyższył Max Mahor. Gospodarzom zwyczajnie zabrakło pomysłu i sił na przełamanie obrony Orzełów, a kropkę nad i w ostatniej minucie postawił Damian Długosz i wygrywając 1:4 Orzeły Stolicy wciąż pozostają niepokonane na wiosnę. 

Reklama