Sezon 2020/2021
Relacje meczowe: 2 Liga
Jednym z pierwszych spotkań, jakie po zimowej przerwie mieliśmy okazję obejrzeć na Arenie AWF, było starcie Ukrainian Vikings z Orlikiem Mokotów. Użycie zwrotu, że był to mecz o "sześć punktów" jest na miejscu, gdyż przed tym starcie obie ekipy sąsiadowały ze sobą w tabeli, a różnica między nimi wynosiła trzy punkty. Lepiej w mecz weszli goście, którzy po akcji kombinacyjnej Eryka Kopczyńskiego oraz Krzyśka Mamli wyszli na prowadzenie. Wyrównanie nadeszło po zamieszaniu w polu karnym, w którym ostatecznie najlepiej odnalazł się Arsen Oleksiv, a jego podanie do Dimy Olejnika zakończyło się bramką z bliskiej odległości. Gracze z Mokotowa popisali się jednak po chwili genialną kontrą, w której Arek Urmanowski przebiegł przez pół boiska i świetnie dograł do Eryka Kopczyńskiego, który zdążył jeszcze przedryblować rywala i pokonać spokojnie golkipera rywali na 1:2. W odpowiedzi, po faulu przed polem karnym, bardzo dobrym wykonaniem rzutu wolnego popisał się Dima Olejnik, który bezpośrednio ze stałego fragmentu gry zapewnił "Wikingom" remis 2:2. Tuż przed przerwą, po ładnej akcji Ukraińców, sporego pecha zaliczył Adrian Piekut, który przy próbie interwencji skierował piłkę do własnej bramki, ustalając wynik pierwszej odsłony na 3:2. Druga połowa przybrała zupełnie inny obraz, a od pierwszych minut wściekle atakowali gracze Orlika. Świetnymi, trzema interwencjami z rzędu w kilkadziesiąt sekund popisał się Serhii Orenchuk, jednak był bezradny przy bramce zdobytej przez Oskara Barusia. Warto dodać, że świetną asystę zaliczył przy tym trafieniu bramkarz Orlika, Łukasz Gołębiewski, który posłał crossa przez niemal całe boisko. Vikings wyszli na prowadzenie jeszcze raz w tym meczu, kiedy to po stracie jednego z graczy gości piłkę przejął Vasyl Pidluzhnyi, podał piłkę do Ediego Vakhidova, w ten pewnie wyprowadził swoją ekipę na 4:3. Jednakże od tego momentu inicjatywa zupełnie powędrowała na stronę Orlika. Najpierw oglądaliśmy bramkę wyrównującą Oskara Barusia, a następnie na prowadzenie graczy z Mokotowa, po kolejnej asyście od swojego bramkarza, wyprowadził Krzysiek Mamla. Ten sam gracz był kreatorem bramki na 4:6, przy której niesamowitym spokojem i umiejętnością egzekucji popisał się Patryk Borowski. Wynik na 4:7 tuż przed końcem spotkania ustalił Krzysiek Mamla, dla którego było to zwieńczenie hat-tricka, a asystę zanotował Patryk Borowski. Świetny powrót Orlika Mokotów, dominacja w drugiej połowie i zasłużone trzy punkty na ich koncie.
Gdy naprzeciw siebie stają lider rozgrywek oraz ostatnia drużyna w tabeli faworyt takiej rywalizacji wydaje się oczywisty. Tymczasem na boisku wcale nie dało się odczuć różnicy i przepaści jaka dzieli obie drużyny w tabeli. Ale po kolei. Mecz zaczął się po myśli Energii, która dość szybko objęła prowadzenie po golu Artura Petrova. Gol był nieco przypadkowy, gdyż Arturowi wyszedł typowy centrostrzał, który zupełnie zaskoczył bramkarza Orzełów. To nie załamało gości, którzy już dwie minuty później wyrównali stan posiadania. Tak jak wspominaliśmy na wstępie, z przebiegu meczu nie dało się wywnioskować która drużyna lideruje, a która zamyka ligową stawkę, oba zespoły grały na naprawdę wysokim poziomie. Zarówno Energia jak i Orzeły szukały swoich okazji do strzelenia bramki i byliśmy świadkami ataków raz z jednej raz z drugiej strony. Obaj bramkarze mieli sporo pracy w tym meczu, ale ze swoich obowiązków wywiązywali się poprawnie. Do przerwy obie ekipy trafiły jeszcze po razie i po 25 minutach mieliśmy remis 2:2. W drugą część znów lepiej weszli zawodnicy Energii wychodząc na prowadzenie 3:2 i taki wynik utrzymywał się przez dłuższy czas. Wydawało się, że zespół z Ukrainy miał mecz pod kontrolą, którą stracili w dosłownie parę minut za sprawą stałych fragmentów gry. Najpierw Maciej Kiełpsz wykorzystał źle ustawiony mur i zaskoczył bramkarza rywali strzałem z rzutu wolnego, a chwilę później szybkie podanie z autu na bramkę zamienił Adam Wownysz. Energia zaczęła się spieszyć z odrabianiem strat, ale skarcił ją świetny tego dnia Maciej Kiełpsz podwyższając prowadzenie do stanu 3:5. Gospodarze zdążyli już tylko zniwelować straty do wyniku 4:5 w końcówce meczu. Pierwsze zwycięstwo Orzełów w sezonie stało się faktem i śmiało możemy napisać, że wyciągnęli odpowiednie wnioski z pierwszego spotkania, skutecznie ograniczając atuty rywala. To był bardzo dobry, otwarty mecz, który z przyjemnością się oglądało.
Mecz zespołów z górnej części tabeli. Gospodarze przed tą kolejką byli wiceliderem, goście natomiast zajmowali 5 miejsce. W poprzedniej rundzie GGS pokonał swoich rywali 8:5 i teraz też był faworytem tego meczu. Pierwsza połowa to dużo walki i wzajemnego badania swoich sił. Mieliśmy kilka groźnych strzałów, ale dobrze i pewnie w swoich bramkach spisywali się Kieszkowski oraz Kwaśny i to głównie za ich sprawą bardzo długo przyszło nam czekać na otwarcie wyniku. W 23 minucie uczynił to Łukasz Adamiuk i Tylko Zwycięstwo objęło prowadzenie. Jak się chwilę później okazało nie na długo, bo szybko do wyrównania doprowadził Łukasz Kulesza i do przerwy mieliśmy wynik 1:1. Po kilku minutach drugiej połowy kolejne trafienie dorzucił Kulesza i GGS wyszedł na prowadzenie, którego jak się później okazało nie oddał już do samego końca pojedynku. Wynik na 3:1 podwyższył Waszak, co wprowadziło trochę spokoju w grę jego kolegów z drużyny. Kiedy wydawało się, że zbyt dużo emocji w tej rywalizacji nie będziemy mieli, to gola kontaktowego zdobył Andrzej Morawski. Do ostatniego gwizdka sędziego mogliśmy obserwować jeszcze kilka dobrych, składnych akcji gości, ale to gospodarze zadali ostateczny cios, a konkretnie Paweł Pająk, po którego trafieniu arbiter zakończył pojedynek. Faworyci zwyciężyli 4:2.
Starcie Bonito Warszawa z Fc Górka było bardzo istotne w kontekście walki o utrzymanie w lidze, a jednocześnie wygrana dawała nadzieję na pogoń za czołówką tabeli. Od początku spotkania widać było, że oba zespoły są zdeterminowane by zdobyć tutaj komplet punktów, dlatego oglądaliśmy sporo ofensywnego futbolu. Gospodarze mają w swoich szeregach dwóch znakomitych napastników i zarówno Leon Hendigery jak i Diego Deisadze mieli odpowiadać za strzelanie bramek. Po drugiej stronie barykady atutem Górki miał być jak zawsze Szymon Maruszewski. Początek należał - mimo ataków Bonito - do zespołu z Białołęki i to oni po składnej akcji wyszli na prowadzenie a do bramki trafił nieoczekiwanie Marcin Godlewski który znany jest raczej z gry w defensywie. Tym razem jednak jak rasowy snajper znalazł się idealnie w polu karnym. Radość z prowadzenia trwała jednak krótko i gospodarze szybko wyrównali. Swój wyższy bieg włączyli napastnicy i wspomniany Diego Deisadze zaczął swój popis strzelecki. W pierwszej połowie udało się pięć razy pokonać golkipera Górki a gościom w końcówce pomógł Leon Hendigery, który tym razem pomylił bramki i dał rywalom drugie trafienie w meczu. Do przerwy było 5:2. Górka z nadzieją na odrabianie strat zaczęła drugą połowę. Szybko jednak straciła dwie bramki i przy stanie 7:2 wkradło się trochę rozluźnienia w szeregi gospodarzy. To spowodowało że goście odrobili część strat i zniwelowali wynik. Jednak gdy rezultat był już niemal na styku ponownie ofensywny duet potrafił odskoczyć na bezpieczną przewagę. Zasłużone zwycięstwo Bonito i za tydzień niezwykle ważne starcie z liderem GGSem. Górka musi za tydzień walczyć koniecznie o trzy punkty, bo kolejna porażka może poważnie skomplikować nadzieje na utrzymanie w lidze w tym sezonie.
Zespoły te mierzyły się ze sobą w poprzedniej kolejce. Wtedy to Dziki Młochów zdemolowały Eternis 16:2. Zespół Kamila Leszczyńskiego miał ochotę na rewanż, ale przystępował do tego spotkania w bardzo eksperymentalnym zestawieniu. Warto dodać, że było wielu nowych zawodników i zdecydowanie brakowało zgrania i zrozumienia na boisku. Ich przeciwnicy natomiast od samego początku wyglądali na zdyscyplinowanych, pewnych swoich umiejętności. Moment między 8 a 11 minutą to show w wykonaniu Przemysława Skrzydlewskiego, który skompletował hat-tricka oraz katastrofa gości, którzy w 3 minuty stracili 5 bramek. Mimo tak złego wyniku Eternis cały czas ambitnie próbował walczyć o zdobycie gola. Udało się to Marcinowi Drozdowi, który ładnym płaskim strzałem pokonał Arkadiusza Żyznowskiego. Do przerwy widzieliśmy jeszcze jedno trafienie, tym razem dla gospodarzy a strzelcem był Michał Śpiewak, który ustalił wynik do przerwy na 6:1. Druga odsłona to niemal kopia poprzedniej. Gospodarze bardzo dobrze zorganizowani przez cały czas kontrolowali wydarzenia na boisku i nie pozwalali na zbyt wiele swoim przeciwnikom. Kolejnego gola dorzucił Śpiewak oraz Przemek Skrzydlewski. Strzelali też ich koledzy z drużyny, ale i przeciwnicy. Ostatecznie Dziki Młochów po dość łatwym pojedynku pokonały Eternis 12:4. Drużyna gości jeśli chce marzyć o pozostaniu w lidze to musi przede wszystkim zacząć przychodzić w swoim podstawowym zestawieniu, bo z eksperymentalnym składem może być o to ciężko.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)