Sezon 2020/2021
Relacje meczowe: 2 Liga
Tylko Zwycięstwo po dobrym starcie rozgrywek zaliczyło pierwszą porażkę przed tygodniem z Eternisem. Energia po znakomitej serii bez przegranej w poprzedniej kolejce nie dała rady Orlikowi Mokotów. Obie ekipy miały przed meczem tyle samo punktów i z punktu widzenia tabeli drugiej ligi było to niezwykle ważne spotkanie. Od początku to goście starali się prowadzić grę wykorzystując do tego golkipera, który starał się stwarzać przewagę i rozgrywał akcje swojego zespołu. Gospodarze szczelnie ustawili obronę i czyhali na błędy rywali. Długo czekaliśmy na pierwsze trafienie w tym meczu i dopiero błysk Igora Petlyaka, który dostrzegł dobrze ustawionego Patryka Komorowskiego dał prowadzenie Energii. Ekipa Tylko Zwycięstwo mimo jedno bramkowego deficytu nie zmieniała swojej taktyki, bo zbyt otwarta gra mogłaby się skończyć źle dla tego zespołu. Goście również starali się nadal grać swoją taktykę i to po raz kolejny dało efekt. Dmytro Stetsiuk huknął z bocznego sektora boiska i było 0:2. Gdy wydawało się, że takim wynikiem zakończy się pierwsza połowa błąd w wyprowadzeniu piłki obrońcy teamu z Ukrainy wykorzystał Mateusz Jałkowski. Po 25 minutach gry było 1:2 i to zwiastowało emocje w drugiej połowie. Po zmianie stron to ekipa braci Jałkowskich atakowała i miała kilka świetnych okazji, by odwrócić losy tego meczu. Niestety brak skuteczności i wykończenia spowodował, że to Energia po kontrach odskoczyła ponownie na dwie bramki przewagi. Przy stanie 1:3 gospodarze nie mieli nic do stracenia i wręcz oblegali bramkę rywali. Niestety nic nie chciało wpaść, a wynik w ostatnich sekundach meczu ustalił Igor Petlyak. Mecz kończy się wynikiem 1:4 i to Energia zgarnia cenne trzy punkty. Tylko Zwycięstwo musi poprawić skuteczność, bo z perspektywy całego meczu byli równorzędnym rywalem i gdyby zachowali więcej zimnej krwi to mogli zdobyć punkty w tym pojedynku.
Raczej mało kto wierzył, że przełamanie Ukranian Vikings nastąpi akurat w meczu z Eternisem, ale to co na boisku wyprawiali zawodnicy Serhija Orenchuka zaskoczyło wszystkich, łącznie z nimi samymi. Jak do tej pory w każdym meczu czegoś gospodarzom zabrakło i być może tym czymś była obecność Eduarda Vakhidova w bramce. Eduard ma spore doświadczenie zarówno w grze w polu jak i na bramce i wystawienie głęboko rozgrywającego golkipera okazało się kluczem do sukcesu. Od pierwszego gwizdka Wikingowie grali właśnie takim schematem – dalekie wyjścia i rozegranie po skrzydle lub strzał z dystansu. O ile w pierwszych minutach Eternis jeszcze jakoś opierał się tej taktyce, o tyle od 8 minuty oglądaliśmy absolutną i bezdyskusyjną dominację ze strony gospodarzy. Arsen Oleksiv wypatrzył niekrytego Yeugena Sirotenkę, a ten nie dał szans bramkarzowi gości. Minutę później było już 2:0 kiedy z ostrego kąta uderzył Anton Dobzodytski. Nim minął kwadrans gry było już 5:0 dla Vikings! Anton i Yeugen byli praktycznie nie do zatrzymania, swoje pięć groszy dołożył również Victor Yaremii. Gospodarze grali jak z nut i z zabójczą skutecznością wykorzystywali każdy, nawet drobny błąd Eternisu. Gdy sędzia odgwizdał koniec pierwszej połowy na tablicy widniał już wynik 8:0. Eternis zupełnie nie przypominał drużyny, który w poprzednich kolejkach odprawiła z kwitkiem dwie, bardzo mocne ekipy. Zawiodło niemalże wszystko - od spóźnionej obrony, przez brak krycia, na fatalnej skuteczności kończąc. W grze gości zabrakło życia, a przede wszystkim pomysłu na plan taktyczny Wikingów. Gospodarze bardzo mądrze utrzymywali się przy piłce, wymieniali dużą ilość mocnych, ale precyzyjnych podań. Na zmianę przyspieszali akcje, kiedy ktoś urwał się obrońcy i zwalniali, gdy nie było sensu przepychania akcji przez obronę przeciwnika. Do tego częste rozciąganie piłki po skrzydłach i cofanie do środka powodowało, że zawodnicy Eternisu zwyczajnie nie nadążali za akcjami gospodarzy, często gubiąc krycie. Druga połowa zaczęła się ciekawym zwrotem akcji, bo po wznowieniu gry bardzo szybko zapunktował Aleksander Bendkowski i goście jakby ocknęli się z letargu z pierwszej części meczu. Inicjatywy nie starczyło jednak na zbyt długo. W 29 minucie sędzia podyktował rzut karny dla Eternisu, ale kapitalną paradą popisał się Eduard i w ekipie gości dało się odczuć zrezygnowanie. Gospodarze za to nie ustawali w wysiłku dokładając kolejne gole i mecz zakończył się zaskakującym wynikiem 13:3. Ukranian Vikings pokazali w końcu charakter, z którego znamy tę drużynę i choć początek sezonu nie wyglądał dobrze, przyszłość rysuje się w kolorowych barwach. Eternis za to ma sporo do przemyślenia, jeśli nie chce wypaść z walki o podium.
W starciu Bonito Warszawa z FC Górką od początku emocji nie brakowało. Obie ekipy nastawione ofensywnie chciały już w pierwszej fazie meczu pokazać, że tego dnia są znakomicie dysponowane. Lepiej zaczęła Górka i w siódmej minucie wynik otworzył Szymon Maruszewski. Radość z prowadzenia trwała dosłownie minutę, bo Kuba Grzeszak po znakomitej akcji wyrównał. Po chwili niezawodny w tym sezonie Leon Hendigery dał prowadzenie i to goście musieli gonić wynik. Mecz był niezwykle ciekawy i wysokie tempo spotkania i dużo okazji z obu stron powodowało, że z przyjemnością oglądaliśmy to widowisko. Jeszcze przed przerwą Górka najpierw wyrównała, a dosłownie sekundy po golu dającym remis Jarosław Tkacz wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Do przerwy było 2:3 i to zwiastowało nie lada emocje w drugiej połowie. Po zmianie stron mecz był niezwykle wyrównany. Sporo było walki i popisów indywidualnych poszczególnych zawodników. Długi okres bez bramki przełamał Krzysztof Syty. To on po akcji zespołowej dostał kapitalne podanie od Marcina Godlewskiego i było już 2:4. W końcówce działo się najwięcej. Najpierw Leon Hendigery strzelił na 3:4. Później mieliśmy małe spięcie na boisku i dwóch zawodników musiało chwilę odpocząć. W międzyczasie padła bramka na 3:5 najlepszego tego dnia na boisku Jarosława Tkacza. Diego Deisadze na minutę przed końcem zmniejsza rozmiary porażki na 4:5, ale na więcej niestety zabrakło już czasu. Po kapitalnych zawodach Górka okazała się lepsza od młodzieży z Bonito i tym samym daje sygnał że będzie się chciała liczyć w walce o najwyższe cele w tym sezonie. Obecność jednego zawodnika Jarosława Tkacza może te marzenia zamienić w rzeczywistość.
Gospodarze to drużyna, która bardzo dobrze radziła sobie w innych warszawskich rozgrywkach na przestrzeni ostatnich kilku sezonów. W tym roku postanowiła spróbować swoich szans w Lidze Fanów i ich początek wygląda obiecująco. Przed tym pojedynkiem mieli 6 oczek, co stawiało ich w roli faworyta, bo ich przeciwnikiem był zespół, który nie miał jeszcze ani jednego punktu, co jednak trochę zakłamywało prawdziwy obraz tej drużyny, bo wiemy, że w ubiegłym sezonie do samego końca walczyli o awans do wyższej ligi. Mecz od samego początku był bardzo wyrównany i stał na wysokim poziomie. Obserwowaliśmy pojedynek akcja za akcję, gol za gol. Na początek swoich rywali „napoczęli” faworyci, a konkretnie Patryk Borowski. Szybko odpowiedzieli goście i mieliśmy stan remisowy. Kilka kolejnych minut to znowu wiele akcji i znowu bramki z obu stron, najpierw Orlik Mokotów, później Orzeły Stolicy. Do przerwy po zaciętym i emocjonującym pojedynku mieliśmy wynik 3:3. Drugie 25 minut było bardzo podobne do pierwszych. Wiele sytuacji podbramkowych oraz starć w środku pola. Lepiej rozpoczęli je goście, a swoje drugie trafienie zanotował Maciej Kiełpsz wyprowadzając swój zespół na jednobramkową przewagę. Przez dłuższy czas utrzymywał się taki rezultat i było widać dużą nerwowość w szeregach faworyta. Uspokoił ich trochę Albert Ciółkowski, który ładnym strzałem pokonał bramkarza rywali. Od tego momentu więcej zimnej krwi i skuteczności zachowali jego koledzy z drużyny, którzy trafiali do siatki przeciwników jeszcze trzykrotnie przy jednym golu gości, co ostatecznie zamknęło nam spotkanie na wyniku 7:5.
Drugoligowe rozgrywki w tym sezonie od samego początku pokazują, że każdy może wygrać z każdym i nie ma jednego głównego faworyta do awansu. W niedzielny wieczór na przeciwko siebie stanęły drużyny Dziki Młochów oraz Gracze Gorszego Sortu. Ci pierwsi mieli na koncie 3 oczka po 3 pojedynkach, ci drudzy 6 punktów. Spotkanie od samego początku było toczone w szybkim tempie z wieloma sytuacjami pod bramką jednego i drugiego zespołu. Błyskawicznie na prowadzenie wyszli gospodarze a bramkę zdobył Przemysław Skrzydlewski. "GGS" cały czas starał się odgryzać i prowadzić grę, a miał benefit w postaci bardzo dobrze operującego nogami bramkarza, który "nękał" strzałami z dystansu swojego vis a vis. W końcu po jednej z licznych okazji gola zdobył Łukasz Kulesza. Niedługo później kapitalnym uderzeniem popisał się wspominany przeze mnie bramkarz gości Patryk Kieszkowski wyprowadzając swój zespół na prowadzenie. Jeszcze przed przerwą swoje drugie trafienie zanotował Przemysław Skrzydlewski i na przerwę schodziliśmy z rezultatem 2:2. W drugą odsłonę lepiej weszli goście, którzy szybko odskoczyli na 3 gole za sprawą bramek Maćka Chojnackiego oraz Arkadiusza Waszaka. I jak się okazało tej przewagi już nie oddali. Rywale starali się gonić rezultat, pod koniec dorzucili jeszcze 2 trafienia i przez moment zbliżyli się do swoich przeciwników, ale to Gracze Gorszego Sortu zadali ostateczny cios i pokonali swoich rywali po emocjonującym i trzymającym w napięciu spotkaniu 9:6.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)