Sezon 2020/2021
Relacje meczowe: 2 Liga
Mecz drugiej z szóstą drużyną ligowej tabeli. Gracze Gorszego Sortu po ubiegłotygodniowym zwycięstwie w meczu na szczycie z Orlikiem Mokotów przystępowali do tego pojedynku skoncentrowani i pełni motywacji. Ich rywale natomiast na wiosnę mają spore problemy ze zdobywaniem punktów, bo po zwycięstwie z przeżywającym duży kryzys Eternisem przyszły dwie kolejne porażki z Orzełami Stolicy oraz Bonito. Dobrze rozpoczęli to spotkanie gospodarze. Najpierw strzał Waszaka obronił bramkarz, ale moment później po dobrej akcji Krówki w zamieszaniu w polu karnym gola zdobył Pająk. Po straconej bramce goście starali się odrobić straty. Po błędzie obrony przed dobrą szansą stanął Prządak, ale jego strzał został zablokowany. Groźnie uderzał też Skrzydlewski, ale niecelnie. W odpowiedzi dwukrotnie próbował Kieszkowski. Raz podał pod nogi Kuleszy, który nie wykorzystał świetnej szansy, za drugim razem strzelił w słupek. Słupek też przeszkodził Waszakowi, kiedy to otrzymał świetne podanie od Grabowskiego. Chwilę później kolejna akcja tej dwójki i "Graba" zwiększa prowadzenie. Przed przerwą GGS miał jeszcze kilka szans na podwyższenie rezultatu, ale dobrze bronił Żyznowski. Tuż przed gwizdkiem kończącym pierwszą część spotkania indywidualną akcję przeprowadził Przemysław Skrzydlewski, który strzałem w długi róg pokonał Kieszkowskiego. Druga odsłona rozpoczęła się od trafienia Pająka oraz niefortunnego wybicia Krówki, który nabił przeciwnika we własnym polu karnym co poskutkowało golem kontaktowym. Kolejne 10 minut należało do Arkadiusza Waszaka. W tym okresie zdobył 3 gole, które właściwie przesądziły o zwycięstwie gospodarzy. Goście odpowiedzieli jeszcze golami Skrzydlewskiego i Śpiewaka, ale bramki strzelili też Grabowski, po raz kolejny Waszak, Kulesza oraz Pająk i ostatecznie Gracze Gorszego Sortu bardzo pewnie pokonali Dziki Młochów 10:4.
Rozpędzone Bonito Warszawa podejmowało zawsze ambitną ekipę Ukranian Vikings. Przed meczem zawodnicy gospodarzy mimo że ostatnio są w znakomitej formie powtarzali, że nie będzie to dla nich łatwe spotkanie. Jak się okazało po końcowym gwizdku - mieli rację. Goście mimo że mieli problemy ze skompletowaniem składu to dzielnie od początku ustawili się w defensywie i starali się kasować ataki rywali. Tego dnia znakomicie w bramce spisywał się Eduard Vakhidov, który już na początku meczu odbił kilka piłek po groźnych strzałach przeciwników. Pierwsze minuty, które stały pod naporem Bonito ekipa z Ukrainy przetrwała i później coraz śmielej zaczęła konstruować swoje akcje, czego efektem była bramka Bogdana Tymianova. Gospodarze starali się szybko odpowiedzieć i to się udało. Diego Deisadze wyrównał, a chwilę później było już 2:1 dla młodej ekipy grającej w niebieskich trykotach. Gdy padła bramka na 3:1 wydawało się, iż Bonito będzie miało mecz pod kontrolą. Jednak tuż przed przerwą Vasyl Pidluzhnyi strzelił gola kontaktowego i to dawało nadzieję na odrobienie strat w drugiej połowie. Bonito miało wynik 3:2, ale to nie dawało gwarancji na końcowy sukces. W drugiej odsłonie goście zagrali bez kompleksów i mimo problemów ze zdrowiem dwóch zawodników swoim zaangażowaniem i charakterem walczyli o korzystny wynik. Bonito jakby zaskoczone dobrą postawą rywali nie potrafiło zdominować Vikingów. Ci poczynali sobie coraz lepiej i nie tylko doszli przeciwników, ale po znakomitym strzale swojego golkipera wyszli na prowadzenie. Od tego momentu bramka za bramkę i ekipy wyraźnie poszły na wymianę ciosów. Końcówka niezwykle emocjonująca i przy stanie 6:7 Bonito nie ma już czego bronić i nawet bramkarz bierze udział w jednej z ostatnich akcji. Niestety gdzieś na środku idzie strata i Ivan Markovych zamyka wynik meczu. Ostatecznie Ukranian Vikings wygrywa to spotkanie i to zbiega się w czasie z rocznicą śmierci kolegi z Ukrainy, który grał w ich zespole. Wygraną na pewno zadedykowali Wiktorowi, a w tabeli nadal mają szanse na walkę o medale w tym sezonie.
Prawdziwy thriller zafundowały nam drużyny Orlika Mokotów i Orzełów Stolicy. Zaczęło się jak u Hitchcocka – najpierw trzęsienie ziemi, a potem z każdą minutą napięcie rosło. Już na samym początku, po jednej z pierwszych akcji, zawodnik Orzełów zaliczył bramkę samobójczą i choć jego kolega z drużyny ratował się wybiciem piłki, ta zdążyła minimalnie przekroczyć linię bramkową. Początek gości nie za dobry, a w dalszej części meczu Orlik po bramkach Eryka Kopczyńskiego i Oskara Barusia wyszedł na prowadzenie 3:0. Do tego pewnie między słupkami spisywał się Łukasz Gołębiowski i trudno było przypuszczać, że Orzeły będą w stanie coś tutaj ugrać. Nic bardziej mylnego. Goście w tej rundzie już nie raz pokazali, że nie można ich lekceważyć i dopóki piłka w grze, oni będą walczyć do końca. Jeszcze przed przerwą dwie bramki Tomasza Czerniawskiego (w przeciągu niecałej minuty!) dały nadzieję, że ten mecz jest jeszcze do wygrania. Swoją drogą Tomek nieco się zrehabilitował, bo to właśnie on zaliczył bramkę samobójczą na początku meczu. Po 25 minutach było więc 3:2. W drugą część znów lepiej weszli gracze Orlika, podręcznikowo przeprowadzając kontratak: przechwyt na własnej połowie, dwa podania i w sytuacji sam na sam znalazł się Eryk Kopczyński, który nie zmarnował „setki”. Orzeły tym razem dość szybko się otrząsnęły i na 4:3 trafił Maciej Kiełpsz po rzucie wolnym. Mecz stał się niezwykle wyrównany, obie ekipy miały swoje sytuacje, a ten wynik utrzymywał się jeszcze na około 10 minut przed końcem spotkania. Wtedy to błąd w rozegraniu popełnił zawodnik Orlika. Piłka trafiła pod nogi Maćka Kiełpsza, który został sfaulowany na granicy pola karnego. Sędzia nie wskazał na wapno, dyktując jedynie rzut wolny i karząc faulującego żółtą kartką. Dla Maćka taki wolny jest chyba nawet lepszy niż karny, bo ponownie z tego stałego fragmentu trafił do siatki, doprowadzając do remisu. Obie strony nie zamierzały odpuszczać, gra była do końca na całego i o pełną pulę. Lepsi okazali się zawodnicy Orzełów zdobywając gola na 4:5 i wygrywając całe spotkanie. Nie znaczy to, że nie obyło się bez dramaturgii na sekundy przed końcem. Bramkarz gości interweniował bowiem rękoma poza polem karnym za co zobaczył czerwoną kartkę i ekipa z Mokotowa miała jeszcze szansę na gola z rzutu wolnego. Rywal jednak dobrze się ustawił i Orzeły dopięły swego. Był to bardzo dobry mecz w wykonaniu obu zespołów, niełatwą pracę miał też sędzia, który musiał podjąć minimum trzy bardzo trudne decyzje. Orlik może żałować, że zwycięstwo wymknęło mu się w takich okolicznościach z rąk, natomiast Orzeły w tej rundzie po raz kolejny potwierdziły swoją kapitalną dyspozycję.
Mecz rozegrany pomiędzy Liderem 2 ligi drużyną Energii, a dziewiątym Eternisem przypominał niestety walkę dwóch bokserów z różnym doświadczeniem. Jeden dopiero zaczął trenować, a drugi boksuje od 5 lat codziennie. Lider udowodnił dlaczego zajmuje 1 miejsce w lidze. Jednak to goście czyli drużyna Eternisu już na samym początku zdobyli bramkę na 1-0 i wszystko zaczynało układać się po ich myśli. Energia nie mogła pozwolić sobie na taki przebieg meczu i kilka minut później trafiła na 1-1. Chwilę później mieliśmy ponowne trafienie ekipy gości, którzy po raz drugi objęli prowadzenie w tym spotkaniu. Ale znowu na krótko - faworyt trafił bowiem na 2-2 i mieliśmy kolejny remis. Od tego momentu goście złapali lekką zadyszkę co szybko i skrupulatnie wykorzystała drużyna gospodarzy, strzelając na 3-2. Takim wynikiem zakończyła się pierwsza połowa tego meczu. Druga odsłona tego to już duża dominacja lidera, który rozstrzelał się na dobre. Panowie bardzo ładnie współpracowali wygrywając środek pola i zaowocowało to gradem zdobytych bramek. Heorhii Partnitskii ( 5 bramek ), Igor Petlyak ( 3 asysty ), Oleksandr Yakubiak ( 1 bramka i 3 asysty ) oraz reszta ekipy Energii pokazali dlaczego są pierwsi w tabeli i dlaczego mają największe szanse na awans o poziom wyżej. Nieszablonowe zagrania, wygrany środek pola, sprytne podania, umiejętne posiadanie piłki oraz dobra obrona dały kibicom dużą dawkę futbolowych emocji. Energia na spokojnie wygrała spotkanie 11-3 i widać, że wygodnie im w fotelu lidera. Eternis oczywiście jest ekipą, która w piłkę grać potrafi i bardzo się starała ten mecz wygrać, ale niestety tym razem musiała uznać wyższość przeciwnika. I wciąż musi się bić o każdy punkt, jeżeli chce pozostać w 2 lidze.
Starcie Tylko Zwyciestwo z Fc Górką kończyło grę w trzynastej kolejce w Lidze Fanów. Wynik tego spotkania nie odzwierciedla do końca tego co działo się na boisku, choć gospodarze zasłużenie wygrali to spotkanie będąc zespołem skuteczniejszym i dużo lepiej przygotowanym taktycznie. Początek nie zwiastował tak wysokiego wyniku dla teamu braci Jałkowskich. Obie ekipy grały bezpiecznie nie ryzykując zbytnio grą ultra ofensywną. Swoje okazje mieli zarówno gospodarze jak i goście, ale długo na tablicy wyników mieliśmy bezbramkowy remis. Dopiero w końcówce pierwszej połowy Tylko Zwycięstwo wyszło na skromne prowadzenie 1:0. W ekipie gości brakowało Szymona Maruszewskiego, który potrafił zrobić przewagę na boisku. Starał się Paweł Juchniewicz, ale nie miał zbyt dużego wsparcia w kolegach. Po przerwie Tylko Zwycięstwo było bardzo skuteczne. Akcje nakręcał Grzegorz Dybcio, bramki zdobywał niezawodny Andron, a swoje dorzucili także bracia Jałkowscy. Defensywę jak zawsze trzymał w ryzach Mateusz Górski i to dało efekty. Przy stanie 8:0 Górka zdobyła gola honorowego. Pięknym strzałem z rzutu wolnego popisał się Paweł Juchniewicz i ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 8:1. Dla gospodarzy to było cenne zwycięstwo dające im na ten moment trzecie miejsce. Górka w strefie spadkowej i tak naprawdę szanse na pozostanie w drugiej lidze są chyba poza zasięgiem tego zespołu.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)