Sezon 2025/2026
Relacje meczowe: 14 Liga
Demolka – i to od pierwszych minut do samego końca! Po nieudanym starcie BS Zadymiarze po raz kolejny udowodnili, że w 14. Lidze Fanów nie ma z nimi żartów. Tym razem brutalnie przejechali się po Elekcyjnej FC. Wynik otworzył wyróżniający się techniką i polotem Dominik Zawiślak, który wykorzystał podanie Michała Nestorowicza.
Elekcyjna szybko odpowiedziała – po płaskim dośrodkowaniu Michała Wierzchonia wprost pod nogi Adriana Piotrowskiego gospodarze doprowadzili do remisu. I… na tym skończyła się ich inwencja. Zawiślak, wspierany przez zaciągniętych z Cockpitu Pocieja i Hofmana oraz „wychowanków” Zadymiarzy – Delę i Preibisza – poprowadził kolejne ładne dla oka akcje ofensywne, które dały wynik 1:5 jeszcze przed przerwą.
Drugą połowę otworzyło trafienie Wierzchonia, który wykorzystał nieporozumienie w defensywie gości i mocnym uderzeniem pod poprzeczkę zdobył gola na 2:5. Niestety dla Elekcyjnej, ich własne błędy wciąż się mnożyły, a frustracja rosła z każdą minutą. Z tych pomyłek bezlitośnie korzystali Zadymiarze – Preibisz skompletował hat-tricka, a w obozie gospodarzy coraz częściej pojawiały się nerwy i nieporozumienia. Gol Kępczyńskiego na 3:7 nieco poprawił wynik, ale nie zmienił obrazu gry. Elekcyjna coraz bardziej traciła panowanie nad emocjami, co tylko ułatwiało zadanie rywalom. Chaos w ich szeregach doskonale wykorzystał Zawiślak, który po podaniach Preibisza, Nestorowicza i Kowala dobił do sześciu goli w jednym meczu – wyczynu, który mówi sam za siebie.
Trudno spekulować, co by było, gdyby Elekcyjna potrafiła utrzymać chłodną głowę i skupić się na grze. Fakty są jednak takie, że tego dnia BS Zadymiarze byli zespołem po prostu lepszym – zarówno sportowo, jak i mentalnie – i w pełni zasłużenie odnieśli przekonujące zwycięstwo.
Mecz pomiędzy ukraińskim FC Olimpik a doświadczonym BRD zaczął się dość niemrawo – jakby obie ekipy obawiały się podejmowania zbędnego ryzyka na tak wczesnym etapie spotkania. Odważnym decyzjom nie sprzyjała też wilgotna, śliska po krótkotrwałym deszczu murawa, więc drużyny raczej nieśmiało badały, na ile mogą sobie pozwolić.
Jako pierwsi na prowadzenie wyszli Młodzi Wojownicy – podanie Mateusza Adamca na gola zamienił Maciej Karczewski. Odpowiedź gospodarzy była natychmiastowa – Adrian Kloskowski musiał się sporo natrudzić na linii bramkowej, broniąc strzały rywali. Kiedy wydawało się, że to właśnie gracze Olimpiku są bliżej zdobycia bramki, jeden z nich dopuścił się faulu wślizgiem w polu karnym. „Jedenastkę” pewnie wykorzystał Kloskowski, który tym samym przedłużył nietypową – jak na bramkarza – passę dwóch meczów z rzędu z golem. Na nieszczęście dla BRD, goście nie zachowali koncentracji do końca pierwszej połowy, co okazało się tragiczne w skutkach. Złe przyjęcie piłki przez Adamca sprezentowało autostradę do bramki Valentynowi Hordichukowi, a chwilę później kolejny przechwyt i kontra duetu Hordichuk–Diachenko dała gospodarzom remis.
Niepocieszeni głupim rozluźnieniem goście wyszli na drugą połowę z myślą o powrocie na zwycięski szlak. Największym sprzymierzeńcem BRD w ich próbach objęcia prowadzenia okazały się – jak zwykle – perfekcyjnie rozegrane rzuty z autu. Ten element, dopracowany przez „bródnowski walec” niemal do perfekcji, zadecydował o losach meczu. Najpierw Adamiec z autu do Miszkurki, a następnie Sokołowski do Naszkiewicza – i mieliśmy wynik 2:4.
Tak oto trzecie z rzędu zwycięstwo BRD stało się faktem. Na osobną uwagę zasługuje żelazna defensywa tej ekipy, która dotychczas straciła zaledwie sześć bramek. Olimpik z kolei, mimo że w swoich szeregach ma wielu technicznie uzdolnionych zawodników, wciąż nie zdobył choćby jednego punktu – co z pewnością nie napawa optymizmem w kontekście zapowiadanej walki o podium.
Ta batalia od początku przebiegała pod dyktando jednej drużyny. Drugi zespół OldBoys Derby nie pozostawił żadnych złudzeń gospodarzom – Heavyweight Heroes – wygrywając aż 10:1. Już pierwsza połowa pokazała wyraźną różnicę klas pomiędzy zespołami. Goście prowadzili do przerwy 3:0, kontrolując grę w każdym aspekcie – od budowania akcji, przez pressing, aż po skuteczność pod bramką rywala.
Heavyweight Heroes próbowali odpowiadać kontrami i momentami potrafili dłużej utrzymać się przy piłce, jednak defensywa OldBoysów pozostawała czujna, dobrze zorganizowana i konsekwentna w działaniu. Po zmianie stron różnica kondycyjna oraz organizacyjna była już bardzo wyraźna. OldBoys Derby nie zwalniali tempa, prezentując dojrzały i efektywny futbol, a gospodarze nie byli w stanie znaleźć sposobu na zatrzymanie rozpędzonego przeciwnika.
Liderem zespołu gości był Łukasz Łukasiewicz, który rozegrał fenomenalne zawody. Zaliczył hat-tricka i trzy asysty, mając udział w większości akcji ofensywnych swojego zespołu. Jego wszechstronność, wizja gry i skuteczność pod bramką sprawiły, że był absolutnym motorem napędowym triumfatorów.
Końcowy wynik 10:1 to nie tylko pokaz siły ofensywnej gości, ale też wyraźny sygnał, że OldBoys Derby będą jednym z głównych faworytów do awansu. Heavyweight Heroes z kolei muszą wyciągnąć wnioski z tej bolesnej lekcji i poprawić organizację gry w defensywie, bo to nie może po prostu wyglądać w ten sposób.
W niedzielny wieczór na Arenie AWF zmierzyły się zespoły Warsaw Pistons i Milkeen FC. Według przedmeczowych zapowiedzi to właśnie Milkeen FC byli wskazywani jako faworyci, jednak rzeczywistość boiskowa szybko zweryfikowała te przewidywania. Już przed pierwszym gwizdkiem można było zauważyć, że Milkeen przystąpili do spotkania bez zawodników rezerwowych, co – jak się później okazało – miało spory wpływ na przebieg meczu.
Warsaw Pistons od początku narzucili swoje tempo. Już w pierwszych minutach na prowadzenie wyprowadził ich Paweł Nowak, który sprytnie posłał piłkę obok interweniującego golkipera. Z każdą kolejną akcją gospodarze czuli się coraz pewniej i konsekwentnie powiększali przewagę. W 10. minucie na 2:0 podwyższył Kacper Romanowski, popisując się precyzyjnym strzałem z dystansu. Milkeen FC próbowali odpowiadać kontratakami, lecz dobrze zorganizowana defensywa „Tłoków” nie pozwalała im na wiele. Do przerwy Pistons prowadzili już 5:0 i praktycznie zamknęli mecz.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie – to gospodarze nadal dyktowali warunki. Świetne zawody rozgrywał wspomniany Romanowski, który nie tylko imponował w defensywie, ale też regularnie podłączał się do akcji ofensywnych, notując kolejne celne uderzenia i kluczowe podania. Gdy Milkeen wreszcie zdołali dojść do sytuacji strzeleckich, na wysokości zadania stawał bramkarz Pistons, skutecznie pilnując dostępu do własnej bramki.
Dopiero w końcówce gościom udało się zdobyć pierwszego gola – w 38. minucie trafił Marcin Pasikowski, a Milkeen FC dołożyli jeszcze dwa trafienia, łagodząc nieco rozmiary porażki. Ostatecznie Warsaw Pistons triumfowali 10:3, odnosząc swoje pierwsze zwycięstwo w sezonie – i patrząc na ich formę, raczej nie ostatnie.
Do tego spotkania obie drużyny podchodziły jako ekipy ze ścisłej czołówki - po dwóch kolejkach miały komplet punktów. Kanarki mogły pochwalić się dwoma pewnymi wygranymi, a Santiago miało na koncie jedno przekonujące zwycięstwo i niesamowity comeback z 0:3 na 4:3 w poprzednim meczu. Zapowiadało się więc prawdziwe starcie gigantów i bój o sześć punktów.
Tym razem jednak emocji nie starczyło na długo. Już pierwsza połowa praktycznie przesądziła o losach meczu. Przez większość czasu Kanarki prowadziły 1:0, a obie drużyny miały swoje sytuacje – mecz mógł potoczyć się w każdą stronę. W końcówce pierwszej części gry nowicjusze ligi wrzucili jednak wyższy bieg i w zaledwie siedem minut zdobyli trzy bramki, schodząc do szatni z prowadzeniem 4:0.
Santiago nie wyglądało źle, ale taki wynik w spotkaniu tej klasy był już praktycznie nie do odrobienia. W drugiej połowie przewaga Kanarków tylko rosła – wynik 7:1 mówi sam za siebie. Po raz kolejny błyszczeli liderzy drużyny: Jakub Gałęzowski i Jakub Kowalski. To właśnie oni napędzali ofensywę i byli kluczowi dla kolejnej wygranej. Dopiero w końcówce Santiago złapało rytm gry i zdołało nieco zmniejszyć straty. Największym pozytywem dla nich pozostanie przepiękny gol Konrada Domańskiego z woleja, którego uczcił charakterystyczną cieszynką à la Cristiano Ronaldo.
Mimo wysokiego wyniku obie ekipy mogą być zadowolone z początku sezonu. Zarówno Kanarki, jak i Santiago prezentują futbol z pasją i charakterem, a jeśli utrzymają taką formę, ich kolejne starcia mogą być ozdobą całej ligi.







)
)
)
)
)
)
)
)
)