Sezon 2025/2026
Relacje meczowe: 9 Liga
Spotkanie Skry Warszawa z Legionem zapowiadało się na jedno z najciekawszych wydarzeń tego dnia na Arenie AWF-u. Naprzeciw siebie stanęły dwie niepokonane dotąd drużyny rundy wiosennej, więc było jasne, że jedna z nich straci pierwsze punkty.
Początek meczu był wyrównany i pełen niewykorzystanych okazji z obu stron. Przełom nadszedł w 10. minucie, gdy Igor Polskyi potężnym uderzeniem po krótkim słupku otworzył wynik dla Legionu. Bramkarz Skry był blisko skutecznej interwencji, jednak piłka po jego rękach niefortunnie wpadła do siatki. Skra próbowała odpowiedzieć i dopiero w końcówce pierwszej połowy zaczęła wyraźniej przejmować inicjatywę. Efekt przyszedł na minutę przed przerwą – Nikodem Marcinkowski doprowadził do wyrównania i ustalił wynik pierwszej połowy na 1:1.
Po przerwie lepiej wystartował Legion – szybko ponownie objął prowadzenie. Skra odpowiedziała równie szybko – tym razem trafienie zanotował Jan Papliński. Jednak kilka minut później znów błysnął Polskyi, popisując się kapitalnym wolejem pod poprzeczkę – jego drugi gol w meczu dał Legionowi prowadzenie 3:2. Od tego momentu defensywa Skry zaczęła tracić kontrolę, a Legion skrzętnie to wykorzystał. Szybko padły kolejne gole, a przy wyniku 5:2 goście nie zamierzali zwalniać tempa. Gdyby nie świetne interwencje Patryka Chwedorczuka, wynik mógłby być jeszcze bardziej niekorzystny dla gospodarzy. Skra szukała swojego szczęścia w strzałach z dystansu – i w końcu się udało. Mateusz Leszek umieścił piłkę w okienku, zdobywając trzecią bramkę dla swojego zespołu. Końcówka, podobnie jak w pierwszej połowie, należała do Skry, ale znów zabrakło jej skuteczności.
Legion ostatecznie zwyciężył 6:3 i notuje imponujący start rundy wiosennej. Skra Warszawa, mimo porażki, wciąż liczy się w walce o podium – do trzeciego miejsca traci zaledwie dwa punkty.
Mecz pomiędzy zespołami z dwóch przeciwnych biegunów tabeli zapowiadany był jako starcie Dawida z Goliatem – i patrząc na końcowy rezultat, trudno temu porównaniu odmówić trafności. Trzeba jednak przyznać, że forteca Blokersów wyjątkowo długo trzymała się na nogach, nie dając rezerwom Dzików z Lasu powodów do przedwczesnego świętowania.
Od pierwszych minut było jasne, że goście przyjechali z jasnym celem – zdobyć trzy punkty. Choć kilka składnych akcji nie wystarczyło, by złamać defensywę Blokersów, to i tak drużyna Thomasa Gawina odważnie próbowała swoich szans. Ba, potrafili nawet kilkukrotnie zagrozić bramce Macieja Bilińskiego. Najlepszą okazję miał Maks Gościcki, który po efektownej akcji główkował wprost w ręce bramkarza.
Pierwszy gol padł dopiero w 23. minucie. Po zagraniu ze skrzydła autorstwa Maćka Tyczyńskiego piłkę na przedpolu przejął Mateusz Okolus, minął kapitana Blokersów i płaskim strzałem z lewej nogi otworzył wynik meczu.
Druga połowa również nie układała się od razu po myśli lidera 9. Ligi – ofensywne zapędy Dzików długo niweczyli waleczni Blokersi, z bardziej defensywnie ustawionym Gościckim i Bartkiem Kochanem w bramce na czele. Niestety, nawet największe zaangażowanie ma swoje granice – Gościcki wpadł z impetem w kontratakującego Michała Makowskiego, za co obejrzał żółtą kartkę. Dziki wykorzystały grę w przewadze – Michał Ossowski, po asyście Mateusza Oleszczuka, podwyższył prowadzenie na 2:0.
Od tego momentu worek z bramkami rozwiązał się na dobre. Ossowski dograł z lewego skrzydła do Bartka Kaczmarczyka, który podwyższył na 3:0. Trzy minuty później podanie Makowskiego wykorzystał Tyczyński. Następnie po jednym trafieniu dołożyli Oleszczuk i sam Makowski – obaj po asystach od aktywnego Okolusa.
Przy stanie 0:6 goście zdecydowali się na roszadę – do bramki wszedł Hubert Brodowski, a na boisko wrócił Bartek Kochan jako zawodnik z pola. Od razu zaznaczył swoją obecność groźnym strzałem po rykoszecie.
Finałowe minuty to już koncert gry duetu Okolus – Oleszczuk. Ich współpraca przyniosła trzy kolejne gole autorstwa Okolusa oraz dwie asysty Oleszczuka. Szczególnej urody była bramka na 0:7 – Oleszczuk zagrał piętą między dwoma obrońcami, a Okolus czubkiem buta wturlał piłkę do siatki obok bezradnego bramkarza.
Stare porzekadło „miłe złego początki” idealnie pasuje do tej rywalizacji. Rezerwy Dzików z Lasu II pewnie pokonały niżej notowanego rywala, umacniając się na pozycji lidera 9. Ligi. Blokersi natomiast... cóż – przy takiej dyspozycji, ich szanse na utrzymanie są już właściwie wyłącznie matematyczne.
W zapowiedziach przewidywaliśmy, że choć na papierze faworytem będzie FC Warsaw Wilanów, to gospodarze mogą w tym starciu pozytywnie zaskoczyć – i dokładnie tak się stało. Nie spodziewaliśmy się jednak aż tak rewelacyjnego występu FC Górki Kazurki, która niemal zdeklasowała swojego rywala.
Początek należał jeszcze do gości, którzy dwukrotnie zamieszali pod bramką Dominika Szeligi, jednak nie potrafili skierować piłki do siatki. Górka odpowiedziała błyskawicznie i już w 3. minucie, po szybkim ataku, objęła prowadzenie. Ten wynik utrzymywał się przez kolejny kwadrans, aż do momentu, gdy Piotr Wdowiński doprowadził do wyrównania. Gospodarze natychmiast odpowiedzieli – najpierw trafieniem Mikołaja Mogilnickiego, a chwilę później po golu Mikołaja Krasickiego było już 3:1. Jeszcze przed przerwą rezultat podwyższył Jan Karaś i gospodarze schodzili do szatni z trzybramkowym prowadzeniem.
Górka narzuciła szybkie tempo już w pierwszej połowie i utrzymała je również po zmianie stron. Taki styl gry stanowił spory problem dla Warsaw Wilanów, który próbował odpowiadać spokojniejszym budowaniem akcji, ale brakowało mu konkretów. Gospodarze grali na dwa kontakty, szybko i z pomysłem – co przynosiło wymierne efekty. W 32. minucie wynik brzmiał już 7:3, a ofensywa Wilanowa zaczynała wyraźnie tracić siły i pomysły. Górka z kolei dalej napierała – kolejne trafienia dołożyli Jan Majewski, Mikołaj Mogilnicki oraz Andrzej Trojan, a końcowe trafienie Karola Kowalskiego na 10:4 miało już tylko kosmetyczne znaczenie.
FC Górka Kazurka wygrywa pewnie i bardzo efektownie, wysyłając wyraźny sygnał, że nie zamierza pozostać w strefie spadkowej na dłużej.
To było jedno z tych spotkań, które idealnie pokazują, jak nieprzewidywalna potrafi być 9. liga. Mistrzowie Chaosu i Czasoumilacze stanęli naprzeciw siebie w meczu, który mógł sporo namieszać w tabeli i dać komuś cenne punkty. Od pierwszych minut czuć było, że stawka jest wysoka, a napięcie unosiło się w powietrzu.
Gospodarze weszli w mecz z dużą determinacją. Byli dobrze nastawieni, ale w ich grze nie brakowało tytułowego chaosu, co momentami utrudniało skuteczną grę. Mimo to to właśnie oni otworzyli wynik – do siatki trafił Tomek Faltynowski. Radość nie trwała długo, bo Robert Krzywkowski szybko wyrównał i gra znów zaczęła się od nowa. Mistrzowie zareagowali dobrze i dość szybko zdołali zbudować przewagę. Kolejne trafienia sprawiły, że na tablicy wyników pojawiło się 4:1, a do końca pierwszej połowy pozostawało kilka minut. Wydawało się, że gospodarze mają mecz pod kontrolą. Końcówka pierwszej połowy przyniosła jednak niespodziewany zwrot. Czasoumilacze najpierw zdobyli gola kontaktowego, a chwilę później kolejne trafienie sprawiło, że na przerwę schodzili przy wyniku 4:3.
Po zmianie stron losy meczu odwróciły się całkowicie. Bohaterem gości został Piotr Cieślak, który w drugiej połowie zdobył hat-tricka, a jego bramki wyprowadziły Czasoumilaczy na prowadzenie. Do siatki trafił także Piotr Kasprzyk, podwyższając wynik na 6:4. Mistrzowie próbowali się jeszcze podnieść, szukali okazji i atakowali, ale coś się w ich grze zacięło. Presja i utracona kontrola nad spotkaniem sprawiły, że nie byli już w stanie odmienić losów meczu.
Czasoumilacze pokazali charakter – wrócili z wyniku 1:4, by ostatecznie wygrać 6:4. To był mecz pełen emocji i zwrotów akcji, który idealnie pokazuje, że dopóki piłka w grze – wszystko jest możliwe.
Jak przystało na mecz rozgrywany o 22:00, starcie pomiędzy zespołami zajmującymi odpowiednio dziewiąte i siódme miejsce w tabeli nie należało do najbardziej widowiskowych. Przynajmniej na początku można było odnieść wrażenie, że wszyscy najchętniej pojechaliby już do domów. Mimo tego, wynik otwarto bardzo szybko – już w 3 minucie piłkę wyrzuconą z autu przez Dawida Gregułę głową do siatki skierował Kamil Rytel, napastnik gości.
Stracona bramka nie podcięła jednak skrzydeł gospodarzom. Heavyweight Heroes ruszyli do pracy, zakładając wysoki pressing i skutecznie przeszkadzając defensorom PG w rozegraniu. Mimo dobrej organizacji w odbiorze, nie potrafili przełożyć tego na bramki. Świetnym debiutem okazał się występ bramkarza Polska Górom – Michała Dudka – który nie tylko dobrze bronił strzały Maćka Chrzanowskiego i spółki, ale również wykazywał się pewnością w grze nogami.
Jeśli pokusilibyśmy się o policzenie realnego czasu gry, wynik nie byłby imponujący – liczne auty, przepychanki, niecelne strzały i nieustanne przebitki świetnie oddawały szarpany charakter spotkania. Trochę emocji przyniosła dopiero 23. minuta – indywidualna akcja Michała Burdana zakończyła się strzałem wprost w bramkarza, a chwilę później Heroes odpowiedzieli uderzeniem Piotra Cheby w słupek.
Jeszcze przed przerwą goście zdobyli drugiego gola – nieudane podanie Daniela Dudzińskiego przejął Kamil Rytel i precyzyjnym strzałem z dalszej odległości podwyższył prowadzenie na 2:0.
Po zmianie stron obie drużyny postanowiły „przyostrzyć” grę. Fauli przybywało z minuty na minutę. Po jednym z ostrych wejść zawodników PG ucierpiał Mateusz Nykiel, jednak jego strzał z rzutu wolnego poszybował wysoko nad bramką. Stałym elementem meczu były też niecelne wykopy bramkarzy – piłka rzadko trafiała tam, gdzie powinna.
Zmęczeni twardą grą przeciwników zawodnicy Heavyweight Heroes odpowiedzieli w najlepszy możliwy sposób – zdobyli gola kontaktowego po składnej akcji Cheby i Chrzanowskiego. Chwilę później Daniel Stasiński z PG obejrzał żółtą kartkę za bezmyślny faul. Mimo gry w przewadze, Polska Górom nie zdołała zamknąć meczu kolejnym trafieniem – wręcz przeciwnie, gdy tylko rywale wrócili do pełnego składu, Nykiel doprowadził do wyrównania – 2:2.
Gdy wydawało się, że remis utrzyma się do końcowego gwizdka, piłkę odbitą od jednego z obrońców przed polem karnym przejął Michał Burdan i mocnym strzałem pokonał Krzyśka Wiśniewskiego, ustalając wynik meczu na 3:2 dla FC Polska Górą.
Dzięki tej wygranej zawodnicy PG oddalili się od strefy spadkowej i mogą odetchnąć z ulgą – przynajmniej na najbliższe dwa tygodnie. Dla Heavyweight Heroes sytuacja wygląda znacznie gorzej – porażka ta poważnie komplikuje ich szanse na utrzymanie.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)