Sezon 2025/2026
Relacje meczowe: 9 Liga
Po bezapelacyjnie dobrej pierwszej kolejce zarówno dla FC Polski Górom oraz Mistrzów Chaosu, przyszło im się zmierzyć w starciu, które miało zweryfikować ich marzenia o finalnym triumfie w lidze. Drużyna Jakuba Spławskiego zdecydowanie gorzej rozpoczęła mecz, tracąc relatywnie szybko bramkę. Mimo tego goście nie zamierzali się poddawać, momentalnie przejmując inicjatywę w dalszych fragmentach pierwszej części spotkania. Efektem tego było pięć bramek, dzięki którym na przerwę gracze w czerwonych strojach mogli zejść w dobrych humorach przy wyniku 1:5. Druga odsłona meczu rozpoczęła się natomiast od pokazu siły Polski Górom. Otwarta wymiana poskutkowała, że w kluczowym momencie gospodarze tracili do gości zaledwie dwie bramki. Od wyniku 4:6 sprawy w swoje ręce wziął jednak Mateusz Serafin. Ofensywny gracz zdecydowanie dołożył sporą cegiełkę do finalnego sukcesu własnej ekipy. Kto wie, czy gdyby nie on mecz byłby taki sam. Finalnie Mistrzowie Chaosu okazali się wyraźnie lepsi, zwyciężając pewnie 10:5. Godna uwagi jest również postawa bramkarza triumfatorów, Alana Bednarczyka, który dwoił się i troił tego dnia, broniąc dostępu do swojej bramki. Jeżeli chodzi o gości, znacznie słabiej niż w pierwszym meczu prezentował się Jakub Korpysz, co walnie przyczyniło się do utraty punktów.
Po nieudanej inauguracji sezonu i minimalnej porażce z FC Polska Górom, dla ekipy Heavyweight Heroes przyszła kolejna szansa na punkty. Tym razem ich przeciwnikiem był ukraiński Legion, który zremisował w premierowej serii ze Skrą Warszawa. Tym samym mogliśmy się spodziewać zaciętej i wyrównanej rywalizacji. Na potwierdzenie powyższych słów nie trzeba było długo czekać. Obydwa zespoły rozpoczęły mecz od niezwykle szybkiej i przede wszystkim otwartej wymiany. Niestety dla nas, postronnych obserwatorów, bardzo długo trzeba było czekać na bramki. Fantastyczna dyspozycja bramkarzy oraz swoista niemoc ofensywnych graczy obydwu ekip sprawiła, że przez około kwadrans mieliśmy bezbramkowy remis. Impas w destrukcji przerwał Maciej Chrzanowski, którego kapitalnym podaniem obsłużył klubowy kolega, Daniel Stasiński. Na tym niestety zakończyło się strzelanie w pierwszej części zawodów. Po zmianie stron zauważalny był spadek wydolności reprezentantów Heavyweight Heroes. Wiek i wąska ławka sprawiły, że na pierwszy plan wyszła ekipa pod wodzą Vladyslava Barabasha. Legion najpierw wyrównał za sprawą trafienia wcześniej wspomnianego snajpera, który umieścił piłkę w siatce po podaniu Kopyla. Następnie w krótkim odstępie czasu wyszedł na prowadzenie, dzięki bramce Froliashina. Tym samym to bardzo równe starcie zakończyło się wygraną gospodarzy 2:1. Dzięki temu zespół w białych strojach zbliżył się do strefy medalowej na zaledwie dwa punkty. Z tego powodu najbliższa kolejka zapowiada się niezwykle interesująco.
Wieczorową porą przyszedł czas na mecz pomiędzy wiceliderem, a ostatnią drużyną w tabeli. FC Warsaw Wilanów po zeszłotygodniowej wysokiej wygranej miało chrapkę na powtórkę. Blokersi, którzy chcieliby zapomnieć o wyniku z pierwszej kolejki musieli się postarać, aby zdobyć pierwsze punkty w sezonie. Spotkanie w swojej pierwszej fazie było spokojne i wyrównane. Oba zespoły grały rozważnie, pomalutku tworząc sobie akcje ofensywne. Pierwszy gol z 7 minuty zmienił obraz gry. Gospodarze po objęciu prowadzenia systematycznie zaczęli przeważać na boisku, co skutkowało powiększaniem stanu posiadania. Przy stanie 3:0 goście wykorzystali rozluźnienie w szeregach rywala, zdobywając szybko dwa gole, dzięki czemu „złapali kontakt”. Taki stan rzeczy trwał jednak krótko. Zawodnicy z Wilanowa powrócili do swojego stylu gry i odzyskali trzybramkowe prowadzenie. Za nim sędzia odgwizdał koniec pierwszej połowy obie drużyny dopisały do swojego stanu po jednym trafieniu. Druga część meczu należała już do faworytów, którzy zdominowali swojego oponenta. Blokersi rzadko mieli okazję, aby realnie zagrozić bramce Maćka Dobrowolskiego, którego tylko raz zdołali pokonać. Gospodarze natomiast zdobyli aż 7 goli i finalnie wygrali 13:4. Druga wygrana sprawiła, że FC Warsaw Wilanów wskoczył na fotel lidera. Blokersi, mimo, że tym razem stracili mniej bramek i więcej ich strzelili, umocnili się na ostatnim miejscu.
Wyraźna porażka na inaugurację rozgrywek dziewiątej ligi, wyraźnie podziałała motywująco na ekipę Czasoumilaczy. Przegrali oni bowiem 3:6 z zespołem Mistrzów Chaosu. Po równo tygodniu od tego feralnego zdarzenia przyszło im się zmierzyć z młodym składem Interu Varsovia, który podobnie jak i starsi koledzy, przegrali w swoim debiutanckim spotkaniu. Już od samego początku widoczna była spora dysproporcja stylu, bezwzględnie dzieląca zespoły. Goście wybrali dość nonszalancki, pełen chaosu i dynamizmu pomysł na grę. Gospodarze zaś, ustawieni pragmatycznie i przede wszystkim dobrze w defensywie, skutecznie wyprowadzali kolejne, co raz to bardziej bolesne kontry. Efektem tego było ich pewne prowadzenie 4:0 do przerwy. Mimo tak dużej przewagi nie oznaczało to, że rywale byli cały czas bez szans i okazji na zdobycie bramki. Było wręcz odwrotnie. Druga odsłona pojedynku pod kątem bramek była identyczna, z tym że Inter Varsovia zdobył w końcu upragnione trafienie. Niestety dla nich rywale w odpowiedzi umieścili piłkę w siatce aż trzykrotnie, kończąc kanonadę przy wyniku 7:1. Dla gości jest to kolejna dosyć bolesna lekcja gry na mniejszym boisku. W ich postawie widoczny jest jednak progres. Delikatna poprawa nastąpiła w strefie komunikacji, co bezapelacyjnie jest krokiem w dobrą stronę. To, co pozostaje jeszcze do podszlifowania to bardziej zespołowe podejście do samego meczu. Niestety wymiary i schematy gry z dużego boiska, na placu sześcioosobowym nie mają racji bytu, a filozofia, przyjmij - zagraj, na samym początku jest najprostsza w swojej trudności. Wszystko przyjdzie jednak z czasem.
Mecz pomiędzy FC Dziki z Lasu II a Skrą Warszawa zapowiadał się jako wyrównane starcie pomiędzy dwiema solidnymi drużynami. Strzelanie zaczęło się bardzo szybko, bo już w 2. minucie po złym wybiciu bramkę zdobył Mateusz Okolus. Niedługo później jednak odpowiedział Karol Kurek, wykorzystując podanie Nikodema Marcinkowskiego i widać było, że czeka nas zacięta rywalizacja. Początek przynosił wymiany akcji, dużo fauli i wyrównaną grę. Skra miała szansę wyjść na prowadzenie po groźnym strzale, który trafił w słupek. To szczęście wykorzystały Dziki, a Okolus dokłada drugą bramkę, muskając głową strzał Michała Makowskiego. W kolejnych minutach obie drużyny wymieniały się atakami, lecz z powodu wielu niecelnych strzałów oraz znakomitych interwencji bramkarzy, wynik się nie zmieniał. Końcówka pierwszej połowy była zdominowana przez ofensywę Dzików, które mocno przycisnęły przeciwników, ale do przerwy wynik pozostał bez zmian. Po wznowieniu gry, gospodarze znów zaczęli testować czujność bramkarza rywali, jednak bramki wciąż nie padały. Dopiero po 17 minutach drugiej połowy Michał Makowski dokłada trzecią bramkę, wykorzystując błąd bramkarza, który mimo dobrej postawy w meczu, nie ustrzegł się pomyłki. Na pięć minut przed końcem meczu Skra zdobywa kontaktową bramkę – kapitan Bartosz Kamiński strzela, dając otuchę swojemu zespołowi. Niestety, mimo wysiłków, Skrze nie udało się odwrócić losów meczu. W końcówce, Dziki zdobywają jeszcze jedną bramkę, ostatecznie wygrywając 4:2. Obie drużyny pokazały, że mają potencjał powalczyć o najwyższe lokaty w lidze. Warto wyróżnić Maćka Bilińskiego, który był bohaterem w bramce Dzików, a także zauważyć, że 9. liga może przynosić wiele emocji, a rywalizacja w czołówce będzie zacięta.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)