Sezon Lato 2025
Relacje meczowe: 7 Liga
Niewiele zabrakło, abyśmy w tym spotkaniu byli świadkami niespodzianki. Choć Gunners byli murowanym faworytem, ekipa Arkadiusza Trwogi musiała się solidnie napocić, aby wywieźć z tego starcia trzy punkty. Mimo wąskiej ławki rezerwowych Tornado postawiło bardzo twarde warunki gry i choć goście prowadzili przez większą część meczu, to broniący dostępu do bramki Gunners Piotr Czarnomski do samego końca musiał zachować pełną koncentrację.
Goście wyszli na prowadzenie już w 6. minucie, a na listę strzelców wpisał się Tomasz Trojan. Ich radość nie trwała jednak długo, bo już dwie minuty później po trafieniu Patryka Skibińskiego był remis. W 10. minucie Gunners wywalczyli rzut wolny w okolicach pola karnego, a sprytne rozegranie Wiktora Ziółkowskiego na gola zamienił Marcin Bebłociński. Chwilę później goście podwyższyli prowadzenie po dwójkowej akcji Trwoga–Siwiec, jednak Tornado równie szybko odpowiedziało trafieniem Piotra Maciaka. Wynik 2:3 utrzymał się do przerwy.
Po zmianie stron błyskawiczny gol Tornado sprawił, że w szeregach Gunners pojawiła się nerwowość. Początkowy szok szybko jednak ustąpił doświadczeniu i opanowaniu, a fortuna tego dnia zdecydowanie sprzyjała fanom Arsenalu. W 34. minucie gospodarze byli o krok od objęcia prowadzenia, ale w sytuacji czterech na jednego nie zdołali nawet oddać celnego strzału.
Z kolei goście z każdą minutą coraz groźniej atakowali bramkę Macieja Laskowskiego. W końcu w 38. minucie przyszło przełamanie, a gola na 3:4 zdobył Tomasz Trojan. Trafienie to wyraźnie zmieniło układ sił na boisku – gospodarze nieco się podłamali, natomiast goście złapali wiatr w żagle i w ciągu kolejnych pięciu minut dołożyli jeszcze dwa trafienia. Bramki Bartosza Prekiela i Wiktora Ziółkowskiego zapewniły Gunnersom przewagę, której Tornado nie miało już czasu odrobić.
Wprawdzie w 48. minucie Patryk Skibiński, trafiając na 4:6, skompletował hat-tricka, jednak już w następnej akcji sytuację uspokoił Wiktor Ziółkowski, który potężnym strzałem nie do obrony umieścił piłkę w siatce. Ostatnie słowo należało do Arka Sajnoga, ale jego gol jedynie zmniejszył rozmiary porażki i to Kanonierzy mogli cieszyć się ze zwycięstwa.
Hit 7. ligi nie rozczarował. Sytuacja w tabeli przed tym spotkaniem była jasna – gospodarze wyszli na boisko z prostym założeniem: liczy się tylko zwycięstwo. I trzeba przyznać, że ekipa Hasanaghy Gasimliego wzięła to sobie do serca, choć pierwszego gola zdobył Alash. Zamieszanie pod bramką wykorzystał Daniyar Seiduali, jednak goście nie nacieszyli się prowadzeniem zbyt długo, bo już trzy minuty później przegrywali 3:1.
Eagles wrzucili naprawdę wysokie obroty – najpierw na listę strzelców wpisał się Michał Rybiński, następnie rzut wolny wykorzystał Javid Suleymanov, a chwilę później swoje trafienie dołożył Hasanagha Gasimli, dzięki czemu gospodarze wypracowali sobie solidną przewagę. Co ciekawe, Eagles nie zamierzali zwalniać tempa. Wciąż kreowali dynamiczne, zespołowe akcje i częściej utrzymywali się przy piłce niż rywale.
Zawodnicy Alash skupili się głównie na kontratakach, ale robili to zabójczo skutecznie. W 10. minucie kontaktową bramkę na 3:2 zdobył Anuar Kaiyrgeldinov, a po kwadransie gry był już remis po drugim trafieniu Daniyara Seiduali. Kiedy wydawało się, że taki wynik utrzyma się do przerwy, w dosłownie ostatniej akcji pierwszej połowy Javid Suleymanov ponownie zapakował piłkę do siatki i Eagles schodzili do szatni z jednobramkowym prowadzeniem.
Druga połowa należała już jednak całkowicie do zespołu Alash i tylko oni zdobywali bramki w tej części spotkania. Początkowo Eagles wciąż mieli inicjatywę, ale w 33. minucie losy meczu całkowicie się odwróciły. Kapitalne podanie przez całe boisko posłał Madiyar Seiduali, a Daulet Niyazov nie dał żadnych szans bramkarzowi Eagles. Już minutę później skompletował dublet i wyprowadził swój zespół na prowadzenie, którego Alash nie oddał już do końcowego gwizdka. Choć czasu pozostawało jeszcze sporo, ofensywa Eagles nie była w stanie odzyskać pewności i skuteczności z pierwszej połowy. Indywidualnych akcji próbował jeszcze Denisio Chea, ale goście świetnie funkcjonowali w defensywie i praktycznie zamknęli dostęp do bramki Ihara Knyshau. W 40. minucie z rzutu wolnego na 4:6 trafił Nurlykhan Yessenzhan, a kropkę nad „i” postawili Yunus Karazak i Iliyas Aidarbek.
Ostatecznie Alash przedłużył serię do ośmiu meczów bez porażki i pewnym krokiem zmierza w kierunku mistrzostwa 7. ligi.
Z tak grającą ekipą Oldboys Derby bardzo trudno się rywalizuje. Cały zespół jest zaangażowany w grę defensywną, a jednocześnie każdy zawodnik potrafi być groźny pod bramką przeciwnika. Zresztą nie tylko pod bramką - również strzały z dalszej odległości stanowią ogromne zagrożenie. KK Wataha Warszawa poczuła na własnej skórze, jak mocna jest drużyna Oldboys Derby, gdy występuje w swoim najmocniejszym zestawieniu. Marcin Wiktoruk sypał asystami jak z rękawa, Dmitry Balysh był praktycznie nie do upilnowania, a pozostali zawodnicy odegrali większe lub mniejsze role. Każdy dołożył swoją cegiełkę do imponującego zwycięstwa 14:5.
Ani przez moment nie było wątpliwości, kto był lepszy w meczu 15. kolejki. Wataha mogła jedynie obserwować, jak rywale na przeróżne sposoby rozmontowują ich defensywę i umieszczają piłkę w siatce. W repertuarze Oldboys Derby było właściwie wszystko - główki z bliska, wielopodaniowe akcje, zagrania z pierwszej piłki kończone mocnymi strzałami oraz uderzenia z dystansu niczym u Jacka Krzynówka za najlepszych lat. W tym ostatnim przypadku mowa o bramce Balysha, która bez wątpienia zasługuje na miejsce wśród goli kolejki. Oldboys Derby oglądało się z ogromną przyjemnością, ale nie można zapominać także o przeciwniku. Wataha nie poddała się, mimo że od samego początku miała ogromne problemy z odpieraniem ataków. W drugiej połowie przypomniała sobie jednak o starej zasadzie: „Najlepszą obroną jest atak”.
Choć ofensywne podejście i gra z otwartą przyłbicą nie przyniosły ostatecznie punktów, to jednak zmusiły rywali do większego wysiłku w defensywie. Przekonaliśmy się między innymi, że bardzo dobry strzał z pierwszej piłki ma Anass El Ansari - w ten sposób zdobył oba gole - a sama Wataha potrafi zagrać niekonwencjonalnie pod bramką przeciwnika.
Na koniec to jednak Oldboys Derby triumfowało efektownym wynikiem i utrzymało status quo na czele tabeli.
Gospodarze, znajdujący się w strefie medalowej, byli wyraźnym faworytem tego spotkania, ponieważ mierzyli się z drużyną gości okupującą strefę spadkową. Nic jednak nie wskazywało na to, że będziemy świadkami aż tak wyrównanego widowiska.
Pierwsza połowa, zakończona wynikiem 3:3, już dostarczyła gęsiej skórki. Po stronie gospodarzy, jak zwykle wyróżniającą się postacią był Szymon Kolasa - gdy tylko miał piłkę przy nodze, zagrożenie pod bramką rywali rosło dwukrotnie. Po stronie gości natomiast ogromną rolę odgrywał kolektyw i praktycznie każdy zawodnik przebywający na boisku wnosił coś wartościowego do gry swojej drużyny.
Druga część meczu była już prawdziwą petardą. Wymiana ciosów, akcja za akcję, prawdziwa jazda bez trzymanki, którą oglądało się z ogromną przyjemnością. W szeregach gospodarzy - oprócz kolejnych trafień Kolasy - wyróżnili się także Kaca i Giełczewski. Z kolei po stronie gości, prowadzonych tego dnia przez Marcinkowskiego, najwięcej zamieszania robił Francesco. Jego dwie bramki doprowadziły do remisu i całkowicie odmieniły obraz spotkania. Tuż przed samym końcem Virtualne Ń postawiło jednak wszystko na jedną kartę. Po zabójczo szybkim i świetnie przemyślanym ataku piłka trafiła pod nogi Szymona Kolasy, a ten - jak to on - zrobił swoje i kapitalnym, precyzyjnym uderzeniem zapewnił swojej drużynie zwycięstwo.
Takie mecze chce się oglądać bez przerwy. Mimo że zwycięzca mógł być tylko jeden, obie drużyny powinny schodzić z boiska z podniesionymi głowami. Stworzyły bowiem widowisko na kapitalnym poziomie, momentami przewyższającym nawet standard tego poziomu rozgrywkowego.
KS Driperzy zmierzyli się z Czasoumilaczami, a kibice zobaczyli aż siedem bramek i mnóstwo zwrotów akcji. Ostatecznie lepsi okazali się zawodnicy Czasoumilaczy, którzy wygrali 4:3.
Spotkanie od początku bardzo dobrze ułożyło się dla gości. Już w pierwszych minutach Cieślak przepięknym strzałem z rzutu wolnego otworzył wynik meczu, dając swojej drużynie prowadzenie. Driperzy próbowali szybko odpowiedzieć, jednak dobrze zorganizowana defensywa rywali skutecznie rozbijała ich akcje. Chwilę później Kuszka wykorzystał błąd bramkarza przeciwników i podwyższył wynik na 2:0, a po kolejnej dynamicznej, indywidualnej akcji Grzela zdobył trzecią bramkę dla Czasoumilaczy. Przy stanie 0:3 wydawało się, że mecz jest już pod pełną kontrolą gości. KS Driperzy nie zamierzali jednak się poddawać. Jeszcze przed przerwą kontaktową bramkę zdobył Gregorczyk, który wykorzystał dobre dogranie partnera i zmniejszył straty do 1:3. Ten gol wyraźnie pobudził gospodarzy do lepszej gry.
Po zmianie stron Driperzy ruszyli do odrabiania strat. Widać było, że zachowali więcej sił i zamierzali po prostu zabiegać swoich rywali. Bardzo aktywny był Stojek, który strzałem z dystansu zdobył drugą bramkę dla swojej drużyny i przywrócił nadzieję na remis. Gospodarze coraz częściej utrzymywali się przy piłce i wywierali presję na przeciwnikach, jednak Czasoumilacze potrafili odpowiedzieć w kluczowym momencie. Sędrowski ponownie zwiększył przewagę swojej drużyny, trafiając na 4:2 po kolejnym niedokładnym wybiciu piłki z własnego pola karnego przez gospodarzy.
Końcówka spotkania była bardzo nerwowa. Driperzy walczyli do ostatnich sekund i zdołali jeszcze zdobyć trzecią bramkę za sprawą Owczarczyka. Wynik 3:4 sprawił, że ostatnie minuty były niezwykle emocjonujące, jednak Czasoumilacze utrzymali prowadzenie i dowieźli zwycięstwo do końcowego gwizdka.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)