Sezon Lato 2025
Relacje meczowe: 2 Liga
Dla Orzełów był to pierwszy z dwóch meczów, jakie mieli grać tego dnia i patrząc na wąską ławkę rezerwowych można było pomyśleć, że na starcie ekipa Jana Wnorowskiego niepotrzebnie podniosła sobie poprzeczkę. Dość szybko okazało się to złudne, bo mecz jeszcze dobrze się nie zaczął, a goście wyprowadzili zabójcze ciosy i zbudowali solidną przewagę bramkową. Strzelanie w 2 minucie rozpoczął Adam Wownysz, po chwili asystował przy golu Macieja Kiełpsza, a minutę później obaj panowie zamienili się rolami i ku absolutnemu zaskoczeniu gospodarzy Orzeły prowadziły już 0:3! Po szalonym początku goście nieco spuścili z tonu i skupili się na grze w defensywie, co wychodziło im nad wyraz dobrze, bo supersnajper Zorii Zurabi Saginadze został praktycznie odcięty od podań, a sam nie był w stanie przebić się przez dobrze poukładaną defensywę Orzełów i w pierwszej połowie nikomu nie udało się już zapunktować. Po zmianie stron gospodarze bezskutecznie próbowali dalekich podań i wrzutek w pole karne przeciwnika. Goście wciąż pozostawali groźnie w ofensywie i mieli kilka dobrych okazji, ale wyraźnie brakowało dobrego wykończenia. W 35 minucie Arkadiusz Ciołek zmarnował 200% okazję, będąc sam na sam z pustą bramką i szybko się to zemściło, bo w 38 niemoc strzelecką swojego zespołu przełamał Ruslan Datskiv, a chwilę później brak koncentracji w obronie i zamieszanie pod bramką wykorzystał w końcu Zurabi Saginadze. W 42 minucie oglądaliśmy podobną sytuację, ale po drugiej stronie boiska i dwa zabójcze ciosy wyprowadził Maciej Kiełpsz. Zawodnicy Zorii obudzili się zdecydowanie zbyt późno i zaczęli gonić wynik na pięć minut przed końcem meczu. Najpierw gola zdobył Vladyslav Burda, a po chwili Taras Nesterenko, ale do comebacku nie doszło, bo na 4:6 trafił Tomasz Czerniawski. Vladyslav Burda zdołał jeszcze raz pokonać Piotra Barańskiego, ale na więcej nie starczyło czasu i Orzeły dowiozły korzystny wynik do ostatniego gwizdka.
Dla zawodników UEFA Mafia Ursynów zapowiadała się ciężka niedziela, ponieważ w tym dniu musieli rozegrać aż dwa spotkania. W pierwszym trafili na bardzo niewygodnego rywala, jakim jest zespół Dzików Młochów. Drużyna ta do tej pory grała bezkompromisowo, zaliczając dwie wygrane i dwie porażki. UEFA nie straciła z kolei nawet punktu i to ona mogła być uważana za delikatnego faworyta. Jednak już na początku meczu zarysowała się przewaga gości, którzy po upływie pięciu minut otworzyli wynik. W kolejnych minutach rywale stworzyli sobie kilka dogodnych sytuacji, lecz na posterunku stał Arkadiusz Żyznowski i kilkoma dobrymi interwencjami uchronił swój zespół od straty bramki. Dodatkowo koledzy z ofensywy raz po raz sieli popłoch w formacji defensywnej przeciwników i najpierw piłka po ich strzale trafiła w słupek a chwilę później dołożyli kolejne dwa trafienia. Po upływie kwadransa pierwszą bramkę zdobyli gospodarze i ustaliła ona wynik pierwszej połowy na 1:3. W drugą odsłonę lepiej weszli zawodnicy z Ursynowa, którzy w ciągu kilku minut zainkasowali aż trzy bramki i wyszli na prowadzenie. Po tych ciosach ciężko było się podnieść gościom, ale rękę do powrotu podał im zawodnik konkurentów, którzy otrzymał żółtą kartkę i na trzy minuty osłabił swoją drużynę. Mimo gry w przewadze wynik nie uległ już zmianie i po bardzo ciekawym widowisku z boiska jako zwycięzcy schodzili zawodnicy UEFA Mafia Ursynów, triumfując 4:3. Gracze Dzików Młochów powinni odczuwać sporo niedosyt, bo wystarczyło kilka słabszych minut, by zaprzepaścić wysiłek z całego spotkania.
Było to spotkanie zaległe z poprzedniej kolejki, rozgrywane bezpośrednio po wcześniejszych zmaganiach obu ekip. Jednocześnie było dla tych zespołów swoistym deja vu, bo UEFA wygrała z Dzikami Młochów w dramatycznych okolicznościach, a Orzeły już w pierwszej połowie wysoko prowadziły z Zorią. W związku z tym mecz ten zasługuje na specjalne miejsce w annałach Ligi Fanów i wspominać go będziemy długo. Zaczęło się od mocnego ciosu ze strony Orzełów – 1 minuta i duet Ciołek - Czerniawski rozmontował defensywę Mafii. W 12 minucie podwyższył Maciej Kiełpsz, chwilę później było już 0:3 po golu Jana Wnorowskiego, a jeszcze przed przerwą kapitan gości zgarnął drugie oczko i Orzeły schodziły do szatni z imponującym, czterobramkowym prowadzeniem. Było to o tyle bardziej imponujące, jeśli weźmie się pod uwagę kilometry przebiegnięte w poprzednim meczu oraz zaledwie jedną zmianę, jaką Orzeły dysponowały. Można zaryzykować stwierdzenie, że UEFA Mafia Ursynów po prostu nie istniała w pierwszej połowie i absolutnie nie przypominała drużyny, która jeszcze pół godziny wcześniej triumfowała w wielkim stylu. I tutaj brawa dla Norberta Wilka za postawienie kolegów do pionu w przerwie meczu, bo kiedy gospodarze wrócili na plac, w ich grze pojawiła się iskra, której zabrakło wcześniej. W 30 minucie swój zespół poderwał Michał Piłatkowski, który zdobył pierwszego gola, a dosłownie pół minuty później ponownie znalazł drogę do siatki – minął obrońcę sprytnym trikiem, a następnie wyczekał obrońców, którzy sądzili, że będzie podawał, a on ze spokojem zapakował piłkę do siatki przy samym słupku. Pięć minut później Michał miał już na koncie hat-tricka, a dosłownie akcję później wyłożył piłkę Norbertowi Wilkowi i majacząca na horyzoncie wizja powrotu do tego meczu, stała się w głowach gospodarzy klarownym obrazem. Wprawdzie w 38 minucie Maciej Kiełpsz znalazł drogę do siatki, jednak Orzeły coraz wyraźnie opadały z sił, szczególnie, że kontuzji doznał Arkadiusz Ciołek i goście musieli kończyć mecz bez zmian. Za to Mafia rozkręcała się na dobre i w 42 minucie kapitalnym strzałem z rzutu wolnego popisał się Adam Goleń, a kiedy chwilę później na prowadzenie swój zespół wyprowadził Jan Komendołowicz, na boisku wrzało od emocji. Wydawało się, że gospodarze nie dadzą sobie już wydrzeć tego zwycięstwa, aż tu nagle, na minutę przed końcem Maciej Kiełpsz zdobył gola wyrównującego. Jednak na tym fenomen tego spotkania się nie skończył i za rogiem czaił się jeszcze jeden zwrot akcji, bo w ostatniej minucie gracze UEFY wyprowadzili dwa zabójcze ciosy i ostatecznie zostali autorami jednego z najciekawszych comebacków tej rundy. Niestety cieniem na tej sportowej rywalizacji rzuciło się zachowanie Krzysztofa Bartkiewicza, który po zdobyciu gola na 8:6 „popisał się” teatralną złośliwością w stosunku do przeciwnika, za co zarobił żółty kartonik. Szkoda tego gestu, bo sam mecz był pełen sportowej rywalizacji, a tak pozostał po nim lekki niesmak.
Był to mecz drużyn, które do tej pory grają poniżej swoich możliwości. Trzeci zespół Husarii Mokotów, który była osłabiony brakiem zawodników, którzy wyjechali na turniej w Grecji mierzył się z Korsarzami, którzy wciąż czekają na swoje premierowe zwycięstwo. Po drużynie gości widać było, że chcą za wszelką cenę wygrać to spotkanie, od początku ich akcje były prowadzone z rozmachem, polotem i fantazją, co przyniosło pożądany efekt w postaci bramki, którą zdobył Adam Woźniak. Husaria w pierwszej połowie nie wyglądała tak, jak można było się po niej spodziewać, ale mimo to udało się doprowadzić do remisu po bramce Kamila Kapicy, który wykorzystał dobre dogranie Krzyśka Mamli. Bramka wyrównująca była jedyną, na jaką było stać zespół z Mokotowa, natomiast Korsarze dążyli do celu, wciąż atakując i ostatecznie po bramkach Beniamina Chrapowickiego i jednym trafieniu Mateusza Marcinkiewicza to goście z wynikiem 4:1 schodzili w lepszych nastrojach na przerwę. Husaria w drugiej odsłonie wyglądała zdecydowanie lepiej, może w przerwie odbyło się jakieś łączenie z Tomkiem Hubnerem i kilka rad tak doświadczonego zawodnika dobitnie poprawiło grę tego zespołu. Niestety dla zawodników z Mokotowa, korzystna postawa w drugiej połowie nie wystarczyła do tego, żeby pokonać lepszych tego dnia zawodników Korsarzy, którzy wygrali 7:5 i zanotowali premierowe zwycięstwo w trwającej kampanii.
Przed tym meczem ciężko było nam wyłonić wyraźnego faworyta i w zapowiedziach obstawialiśmy wynik na granicy remisu. Ku rozczarowaniu kibiców i obserwatorów zaskakująco szybko okazało się, że będzie to wyjątkowo jednostronne spotkanie, a AGAPE Team praktycznie zdeklasowało rywala, co jest o tyle zdumiewające, że mieliśmy tu przecież do czynienia ze starciem drużyn z górnej części tabeli. Ciężko powiedzieć co stało się z ekipą Niko, bo mimo szerokiej ławki rezerwowych nie udało się zdobyć nawet gola honorowego, a mecz momentami wyglądał bardziej jak trening Agape, a nie rywalizacja na poziomie 2 ligi. Ekipa Krzyśka Gołosa była tego dnia po prostu poza zasięgiem gospodarzy i przewyższała team z Ukrainy praktycznie w każdym aspekcie gry, co samo w sobie jest imponujące, zważywszy na to, że Niko gra szybki i intensywny futbol. Warto wspomnieć o kapitalnej formie Patryka Żubra, Piotra Płatka i Filipa Woźnicy, którzy byli tego wieczoru nie do zatrzymania. Szczególnie wyróżniał się tutaj Filip Woźnica, który aż pięciokrotnie zapisał się w protokole, zdobywając jednego gola i cztery razy asystując kolegom. Świetnie zagrała defensywa Agape i broniący bramki gości Patryk Gmurczyk miał tego dnia niewiele roboty. Dla Agape jest to dobry prognostyk przed kolejnymi starciami, za to ekipa Anatoliia Ursu ma teraz solidny materiał do analizy, nad którym musi się pochylić, jeśli chce się włączyć do walki o podium.
Drużyna Sirius przed piątą kolejką spotkań zdobyła do tej pory komplet punktów, ale oprócz pierwszego meczu, w każdym kolejnym ich wygrana była jednobramkowa. Natomiast dla Kryształu Targówek premierowe spotkania to gra w kratkę, co pozwoliło zdobyć 4 punkty. Początek rywalizacji był bardzo wyrównany, lecz bardziej konkretni byli goście, którzy w piątej minucie otworzyli wynik spotkania. Kolejne fragmenty to walka w środku pola i długo wynik pozostawał bez zmian. Najwięcej emocji w pierwszej połowie mieliśmy w ostatnich pięciu minutach. Najpierw dwie bramki dołożyli goście, którzy wyszli na trzybramkowe prowadzenie. Ostatnie dwa celne trafienia były autorstwa gospodarzy, którzy zmniejszyli stratę i ustalili wynik tej części na 2:3. Na początku drugiej fazy spotkania zawodnicy Siriusa wyrównali i mecz rozpoczął się od nowa. Lada moment na boisku zrobiło się więcej miejsca po obustronnym wykluczeniu. Wykorzystali to zawodnicy z Targówka, którzy strzelając bramkę zza połowy ponownie wyszli na prowadzenie. Tyle że to był ostatni pozytywny akcent w ich wykonaniu. W finałowych minutach inicjatywę przejęli rywale, którzy najpierw doprowadzili do remisu a za chwilę odskoczyli na dwie bramki. Po bardzo dobrej końcówce zawodnicy Siriusa po raz kolejny dopisują sobie trzy punkty. Gracze Kryształu mogą z kolei czuć duży niedosyt, bo prowadząc przez większość spotkania, zeszli z boiska z opuszczonymi głowami.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)