Sezon Lato 2024
Relacje meczowe: 12 Liga
Dla obu drużyn było to debiutanckie starcie w Lidze Fanów. Od pierwszych minut narzucono wysokie tempo, a sytuacji podbramkowych nie brakowało. Skuteczność jednak zawodziła, przez co na premierowe trafienie musieliśmy czekać kilka dobrych minut. W końcu Krzysztof Zając sfinalizował składną akcję zespołu po podaniu Mateusza Hermanowicza, wyprowadzając Lepanes na prowadzenie. Goście poszli za ciosem i szybko podwyższyli wynik.
Przy stanie 0:2 DMN Yebańsk ruszył do odrabiania strat, lecz brakowało wykończenia – wiele akcji kończyło się niepowodzeniem. Do przerwy wynik nie uległ zmianie. Po zmianie stron gospodarze nadal szukali gola, ale Lepanes skutecznie odpierało ich ataki. Co więcej, goście mieli kilka świetnych okazji, ale nie potrafili pokonać Jana Siwińskiego.
Przełamanie przyszło po jednej z przebitek w środku pola – Jakub Cygan huknął z dystansu, a piłka po rykoszecie całkowicie zmyliła golkipera Lepanes. Goście, czując zagrożenie, ruszyli do ataku i ponownie wypracowali dwubramkową przewagę. Przy stanie 1:3 mecz się wyrównał, a gospodarze ponownie złapali kontakt za sprawą perfekcyjnie wykonanego rzutu wolnego przez Jakuba Cygana.
Lepanes jednak nie dało się wyprowadzić z równowagi – Krzysztof Zając dołożył kolejne trafienie, przypieczętowując zwycięstwo swojego zespołu. Po końcowym gwizdku to goście mogli cieszyć się z pierwszych punktów w tej rundzie.
Runda wiosenna 12. ligi rozpoczęła się z wysokiego C! Już na start dostaliśmy starcie na szczycie – lider mierzył się z wiceliderem, co gwarantowało wielkie emocje. Stawka meczu była wysoka, a żadna z drużyn nie zamierzała odpuszczać.
Od pierwszych minut tempo było intensywne. Już w 3. minucie Tomasz Borkowski obejrzał żółtą kartkę, a Piwo Po Meczu dostało szansę z rzutu wolnego, której jednak nie wykorzystało. Początkowe fragmenty spotkania przypominały partię szachów – obie drużyny grały ostrożnie, czekając na błąd rywala. Impas przełamał dopiero w 10. minucie Łukasz Wileński, wyprowadzając swój zespół na prowadzenie. Goście nie pozostali dłużni i szybko odpowiedzieli, wysyłając jasny sygnał, że fotel lidera jest w ich zasięgu. Do przerwy utrzymał się remis, choć to Patetikos częściej dochodziło do sytuacji strzeleckich i wyglądało lepiej pod względem gry ofensywnej.
Po zmianie stron to jednak PPM FC jako pierwsi doprowadzili do zmiany wyniku – wyszli na prowadzenie i zaczęli grać coraz pewniej. Wtedy trener gospodarzy sięgnął po swojego asa – Pawła Jasztela. Wchodził na kilka minut, robił różnicę i schodził na odpoczynek. Goście jednak nie zamierzali odpuszczać. Ponownie wyszli na prowadzenie, a pięć minut przed końcem było 3:2 i wyglądało na to, że gospodarze stracą fotel lidera.
Ale wtedy na boisku znów pojawił się Jasztel i wziął sprawy w swoje ręce – najpierw świetnym uderzeniem doprowadził do wyrównania, a chwilę później ponownie pokonał bramkarza i skompletował hat-tricka, wyprowadzając swój zespół na prowadzenie! Wydawało się, że Patetikos stracą ten mecz, ale w końcówce pokazali charakter i zgarnęli trzy punkty.
PPM FC mogą czuć niedosyt, bo przez długi czas byli bardzo blisko zwycięstwa, ale jeśli utrzymają poziom z tego spotkania, to na pewno wiosną jeszcze powalczą o najwyższe cele.
Nic w rozgrywkach Ligi Fanów nie działa chyba równie oczyszczająco i regenerująco, co zimowa przerwa, bowiem po powrocie wiele zespołów odzyskuje motywację do pokazania się z lepszej strony, jakby choć po części zaczynały z czystą kartą. Taki punkt widzenia przyjęli gracze Wystrzelonych, którzy mimo okupowania strefy spadkowej 12. Ligi przez całą rundę jesienną, nie wyglądali na przestraszonych starciem z teoretycznie wyżej notowanym rywalem – i choć nawet zwycięstwo w tym spotkaniu nie umożliwiłoby im opuszczenia „czerwonego obszaru” tabeli, to wizja zmniejszenia strat do lokat bezpiecznych była w zupełności wystarczająca.
FC Cały Czas Bomba natomiast, chcąc przedłużyć passę trzech wygranych z rzędu, nie próżnowała na rynku transferowym i ściągnęła kolejnych dwóch zawodników do swojego pokaźnego składu. Przez pierwszą połowę obserwowaliśmy naprawdę wyrównane zawody – obie drużyny wiedziały kiedy grę przyspieszyć, a kiedy uspokoić i pooperować trochę futbolówką. Zalążków ciekawych akcji dałoby się wymienić co najmniej kilka po obu stronach boiska, lecz to nie atak pozycyjny, a najprostsza kontra dała prowadzenie gospodarzom – podanie ze środka pola od Michała Opińskiego wykorzystał strzałem „pod ladę” Łukasz Łabędzki. Widać było, że dla zawodników Bomby taki stan rzeczy był nie do przyjęcia, a więc zmuszeni byli zdecydowanie podkręcić tempo gry. I gdyby nie pewne wyjścia i interwencje stojącego z konieczności w bramce Wystrzelonych Karola Rodaka, goście mogliby już mieć przewagę kilku bramek.
Ale jak mawiają, co się odwlecze, to nie uciecze: posiadanie piłki w końcu pozwoliło gościom na upragnionego gola, kiedy to podanie od Szymona Endzela otrzymał Kamil Barwaśny i ustawiwszy ją sobie do strzału, przymierzył zza zasłony przy lewym słupku. Druga odsłona rywalizacji, w miarę upływu czasu, coraz bardziej przebiegała pod dyktando Bomby, aczkolwiek zespół Radka Gadomskiego długo czekał, by ostatecznie ten fakt udokumentować. Ze świetnej strony pokazał się nowy nabytek FC CCB, Radek Tretiak, który w przeciągu czterech minut zanotował dwie asysty w dwójkowych akcjach z Chimczukiem i Czyżewskim.
Pomimo coraz bardziej dającemu się we znaki zmęczeniu, piłkarze Wystrzelonych zdołali zdobyć bramkę kontaktową dzięki sprytowi Michała Opińskiego, który po minięciu golkipera gości nie miał problemów z umieszczeniem piłki w siatce. Końcówka meczu była już spektaklem tylko jednego aktora, Maksa Czyżewskiego, który przyzwyczaił nas już do tego, że mecze Bomby bez czegoś ekstra w jego wykonaniu po prostu nie istnieją. Najpierw popisał się solowym rajdem przez niemal całą długość boiska, który zakończył precyzyjnym strzałem od bliższego słupka, a następnie zaliczył ostatnie podanie przy trafieniu Kacpra Chimczuka.
Rezultat 2:5 utrzymał się bez zmian do końcowego gwizdka i tym samym pozwolił wskoczyć graczom Bomby na czwartą pozycję w ligowej tabeli, zmniejszając straty do podium do pięciu punktów. Wystrzeleni natomiast mogą czuć spory niedosyt, bo gdyby tylko stawili się na mecz w większym gronie personalnym, to śmiało można by wysnuć tezę, iż zdobycz punktowa nie byłaby nierealnym scenariuszem.
W dwunastej lidze podział tabeli staje się coraz bardziej wyraźny. Można już jasno wskazać zespoły walczące o podium oraz te, które czeka trudna batalia o utrzymanie. Właśnie takie starcie, z wyraźną dysproporcją sił, mieliśmy okazję oglądać w niedzielę na obiektach warszawskiego AWF-u. Mecz przypominał pojedynek Dawida z Goliatem – BRD Young Warriors, zamykający tabelę, podejmował AC Choszczówkę, ekipę tracącą zaledwie trzy punkty do liderującego FC Patetikos.
Od pierwszych minut rywalizacja była jednostronna. Gospodarze wyraźnie odstępowali piłkarsko młodszemu rywalowi, a liczne niedokładności w ich grze były bezlitośnie wykorzystywane przez przeciwników. Efektem tego było szybkie prowadzenie gości 0:3. Choć BRD próbowało odpowiedzieć, a Karol Nowicki zdobył bramkę dającą nadzieję, AC Choszczówka jeszcze przed przerwą pokazała, że nie zamierza zwalniać tempa, podwyższając wynik na 1:4.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ większej zmianie. Druga połowa jedynie potwierdziła dominację gości, choć gospodarze mimo wszystko starali się walczyć do końca, za co należą im się brawa. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 2:7, co jest wyraźnym sygnałem ostrzegawczym dla Marka Saneckiego i jego zespołu. Jeśli BRD Young Warriors chcą uniknąć spadku, muszą zacząć regularnie punktować – a to nie będzie łatwe zadanie. Potencjał w tej drużynie bez wątpienia drzemie, ale pytanie brzmi: co (i przede wszystkim kiedy) jest w stanie go obudzić?
FC Razam w spotkaniu po przerwie zimowej stoczył pojedynek z Dynamo Wołomin, które okupowało dolną część tabeli. Gospodarze wiedzieli, że aby zbudować bezpieczną przewagę, koniecznie muszą zdobyć komplet punktów w tym spotkaniu. W pierwszym meczu pomiędzy drużynami FC Razam pewnie zwyciężył, wygrywając przewagą trzech bramek. Czekaliśmy więc na wynik, zastanawiając się czy dojdzie do powtórki.
O mały włos bramkarz Dynamo już w pierwszej minucie nie popełniłby gafy, na szczęście wybronił się z tych tarapatów. Początkowe fragmenty spotkania były rwane, widać było dużo niedokładności, ale to było spowodowane chęcią przeprowadzenia ryzykownych zagrań. Goście szybciej konstruowali akcje, co skutkowało pierwszą bramką. Gospodarze jednak nie przejęli się tym i szybko doszli do groźnej sytuacji, w której strzałem głową po wyrzucie piłki z autu tylko cudem nie strzelili bramki.
Niewiele później goście podwyższyli wynik spotkania, by po chwili sędzia zagwizdał karny dla gospodarzy, a chwilę później dla gości – oba trafione. Do przerwy wynik nie uległ zmianie – 1:3. Po zmianie stron gospodarze strzelili bramkę, było dużo starć, żadna z drużyn nie odpuszczała, często dochodziło do drobnych sprzeczek, które podnosiły temperaturę spotkania. Pojawiły się także nerwy, które skutkowały wybijaniem piłki na „uwolnienie”.
Gospodarze aż do ostatnich minut starali się utrzymać w grze, co przerodziło się w groźne sytuacje. Po doskonałym strzale z rzutu wolnego zbliżyli się do rywali na 3:4. Grali jak w transie i gdyby mecz potrwał dłużej, to mógłby zakończyć się zupełnie innym wynikiem, ale tak się nie stało. Grali nawet przez moment w przewadze, ale zabrakło czasu. Końcowy wynik to 3:4.
Na pochwały zasługuje Władek Loikuts, który był skuteczny w defensywie, ale także aktywny z przodu. W Dynamo natomiast wyróżniał się Michał Matyja, który miał dużo pracy, a spotkanie kosztowało go sporo zdrowia.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)