Sezon Lato 2024
Relacje meczowe: 3 Liga
Szukająca swoich premierowych punktów w tym sezonie Laga Warszawa przyjechała na obiekt przy ul. Grenady, gdzie podejmowała drugi zespół Husarii, która nie mogła skorzystać ze wszystkich swoich zawodników, ale wierzyła, że będzie w stanie zgarnąć całą pulę. Niemająca nic do stracenia Laga ruszyła do ataku i już w 5 minucie Aleksander Eggink wykorzystał zagranie Jakuba Dmitruka i wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Husaria Mokotów odpowiedziała po rozegraniu rzutu rożnego i z ostrego kąta piłkę do siatki skierował Patryk Borowski. Więcej bramek w tej części nie oglądaliśmy, choć nie można powiedzieć, że mecz był nudny. Działo się sporo, sytuacji podbramkowych nie brakowało, ale obydwaj bramkarze spisywali się znakomicie i nie pozwolili na to, żeby którakolwiek z ekip znów cieszyła się z objęcia prowadzenia. Druga połowa wyglądała bardzo podobnie do pierwszych 25 minut. Akcji było naprawdę bardzo dużo, swoje okazję do strzelenia bramki miał choćby Krzysiek Mamla, ale skuteczność nie była w tym meczu jego najmocniejszą stroną. Laga też stwarzała sobie doskonałe sytuacje, ale Kamil Ostapiński dwoi i troił się na linii bramkowej, co zostało przez nas docenione w postaci wyróżnienia go najbardziej wartościowym zawodnikiem 5 kolejki. W drugiej połowie - tak samo jak w pierwszej - zobaczyliśmy po jednym trafieniu dla obu stron i mecz zakończył się remisem. Dla Lagi to pierwszy punkt w sezonie i chociaż trudno mówić o całkowitym przełamaniu, to widać jakieś światełko w tunelu, co na pewno musi cieszyć. Husaria Mokotów może natomiast pochwalić się dość niecodzienną statystyką, bo na pięć rozegranych meczów z jej udziałem, aż trzy zakończyły się remisami. To jednak powoduje, że zamiast bić się o miejsca medalowe, znajdują się tuż nad strefą spadkową.
Dziki z Lasu byli faworytem meczu z Graczami Gorszego Sortu. I dość szybko pozbawili rywala złudzeń, że ci mogą myśleć choćby o remisie. Rozpędzona maszyna gospodarzy nie zatrzymywała się ani na chwilę i po kilku minutach strzeliła trzy bramki, które totalnie ustawiły to spotkanie. Szczelna i dobrze ustawiona ekipa Dzików nie dawała rywalom szans na dojście do dobrych pozycji strzeleckich. Bramkarz Kamil Wiktorowicz pracy miał jak na lekarstwo, a sam często wychodził poza pole karne, rozgrywając piłkę ze swoimi kolegami. GGS robił co mógł, lecz pierwsza połowa odebrała entuzjazm tej ekipie. Do przerwy było 7:0 i próżno było oczekiwać, że coś się może niesamowitego wydarzyć w drugich 25 minutach. Po zmianie stron sytuacja była podobna do tej z pierwszej połowy. Dziki z Lasu wyglądali jakby brali udział w rozgrzewce, a goście mimo ambicji nie za wiele potrafili zrobić. Udało im się jednak częściowo uratować honor a mecz zakończył się wynikiem 11:3 i to był chyba najniższy z możliwych rezultatów, bo gdyby gospodarze postarali się zagrać na wyższych obrotach, to z pewnością mogli by podwoić swój dorobek strzelecki. Dziki po zwycięstwie umocnili się na drugiej pozycji w tabeli, a GGS mimo porażki nadal utrzymuje się w czubie tabeli.
Bez większych wątpliwości możemy stwierdzić, że spotkanie między BM a Ternovitsią było jednym z najlepszych w całej 5.kolejce Ligi Fanów, a już na pewno najlepszym, jakie odbyło się w poprzednią niedzielę na Arenie Grenady. Szybkie tempo, wysoka intensywność, wzajemny szacunek, mnóstwo przyjemnych dla oka akcji – to zobaczyli ci, którzy o godzinie 16:30 zdecydowali się wybrać na obiekt na warszawskiej Woli. Pierwsza akcja należała do Ternovitsii, podobnie zresztą jak początek spotkania, jednak to rywale zdobyli premierowego gola, a potem zanotowali kuriozalne trafienie na 2:0. Bramkarz Ternovitsii nie złapał bardzo długo lecącej piłki i wypluł ją wprost pod nogi Oleha Blinstova, który dopełnił formalności. Przegrywający nic sobie z tego nie zrobili i co najważniejsze – w końcu zaczęli wykorzystywać stwarzane przez siebie okazje. Najpierw z rzutu wolnego gola zdobył Volodymyr Hrydovyi, a potem trafienie dołożył Volodymer Hrabovskyi i do przerwy było 2:2. Po krótkim odpoczynku nadal oglądaliśmy pasjonującą walkę o komplet punktów. Ternovitsia miała swoją okazję głównie wtedy, gdy przeciwnicy zostali ukarany grą 3 minuty w osłabieniu, za przeprowadzenie złej zmiany. Nie udało im się jednak zamienić tych okoliczności na gola, co spotkało się z zemstą oponentów. Po dobrej akcji BM wyszedł na prowadzeniu za pomocą sprytnego strzału Oleksandra Smoliara. Ternovitsia powoli nie miała już nic do stracenia i z pasją atakowała pole karne Danylo Artemenki. Okazje, by zdobyć tutaj chociaż punkt były, w poprzeczką trafił np. Volodymyr Hrydovyi, ale mimo iż gracze Romana Shulzhenko zasłużyli tutaj na remis, to ostatecznie zostali z niczym. Szkoda, bo tutaj jedni i drudzy zrobili odpowiednio dużo, by do domu wrócić z jakąś zdobyczą. Tak naprawdę, to bardziej niż o umiejętności, rozeszło się o szczęście, którego BM miał po prostu odrobinę więcej. Jeśli jednak Ternovitsia będzie w ten sposób grała również w drugiej części rundy jesiennej, to wróżymy jej szybką poprawę lokaty i walkę o najwyższe cele.
Ekipa Deluxe Barbershop gra w tej rundzie w kratkę. Raz przegrywa, raz wygrywa i gdyby iść tym schematem, to przeciwko Perle WWA miała przyjść porażka. Taki scenariusz pasował Perle, ale nie wolno było całej swojej nadziei pokładać w statystyce. Niestety po raz kolejny skład tej drużyny był dość wąski i nie byliśmy przekonani, że chłopaków stać będzie na to, by z tej partii wywieźć chociaż punkt, a co dopiero trzy. Na potwierdzenie tego na placu boju nie czekaliśmy długo. Gracze Deluxe szybko rozłożyli rywali na czynniki pierwsze i momentalnie zbudowali sobie dwa gole zapasu. Tego drugiego można było uniknąć, bo padł on po prostym błędzie Perły w obronie, ale to tylko utwierdzało nas w przekonaniu, jak ciężko będzie nominalnym gościom o dobry wynik. Coś się jednak w tym zespole ruszyło po trafieniu kontaktowym, które zanotował Maciek Uziębło. Ten niezły fragment przedstawiciele Perły powinni przełożyć na kolejne gole, ale zamiast tego spotkał ich niefart, bo tak należy określić gola, jakiego stracili po rzucie wolnym, gdzie piłka zaliczyła paskudny rykoszet i nie dała szans ich golkiperowi. Potem Barberzy dorzucili bramkę na 4:1 i chyba tylko cud mógł uratować przegrywających. Ale w drugiej połowie gra Deluxe siadła. Niewykluczone, że faworyci poczuli się po prostu zbyt pewnie, o czym mogło również świadczyć zejście z boiska Asima Mirzayeva. A Perła powoli, acz systematycznie zaczęła odrabiać straty, jak również wiarę, że tutaj nie wszystko jest stracone. Zrobiło się 4:2, potem po mocnym strzale z dystansu Eryka Dudka było już tylko 4:3 i nagle mecz zaczął się na nowo. Aż wreszcie na 5 minut przed końcem piłka dość szczęśliwie powędrowała do Krzyśka Włodarkiewicza, a ten precyzyjnym uderzeniem na dalszy słupek, nie dał szans golkiperowi Azerów. W obozie Barberów widać było ogromną złość i chociaż czasu jeszcze trochę było, to więcej goli nie padło i drużyna Amina Huseynova straciła w tym spotkaniu dwa oczka. Bo tak należy interpretować to, co się tutaj stało. Brawa należą się z kolei Perle, która nawet jeśli ma swoje problemy w tej rundzie, to gra do końca. I los pięknie jej to wynagrodził w niedzielę, bo ten remis trzeba traktować niemal jak zwycięstwo.
Początek sezonu dla Warszawskiej Ferajny zdecydowanie nie miał prawa napawać graczy Kacpra Domańskiego optymizmem. Na cztery serie gier wygrali bowiem zaledwie raz. Tym razem przyszło im się zmierzyć z rywalem zajmującym znacznie wyższą lokatę. Mowa tu o Sante, które jak dotąd zdobyło 7 punktów. Tym samym Michał Aleksandrowicz i spółka mogli czuć się dość wyraźnymi faworytami. Paradoksalnie może właśnie to w największym stopniu wpłynęło na finalny obraz rywalizacji. Mecz rozpoczął się od wprost tragicznego startu w wykonaniu gości. Przez okres około dziesięciu minut stracili oni bowiem aż trzy bramki, co w sporym stopniu utrudniło im powrót do spotkania. Oczywiście nie można umniejszać przy tym dyspozycji graczy Warszawskiej Ferajny, którzy grali jak z nut. Mimo bramki na 3:1, gospodarze zdołali zdobyć kolejne dwa gole. Przy wyniku 5:1 Sante zerwało się do odrabiania strat, ale szalona pogoń za wynikiem zakończyła się na wyniku 6:3 do przerwy. Po zmianie stron o swojej jakości po raz kolejny przekonał nas Aleksandrowicz, który był motorem napędowym większości akcji, po których padały bramki. W pewnym momencie gościom udało się nawet wyrównać (6:6 oraz 7:7). Niestety dla nich przed samym końcem zawodów ich przeciwnicy znaleźli drogę do bramki jeszcze dwa razy, zamykając mecz wynikiem 9:7. Z tego powodu Warszawska Ferajna mogła zasłużenie świętować zdobycie swoich kolejnych punktów w ligowej kampanii.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)