Sezon 2023/2024
Relacje meczowe: Ekstraklasa
Będąca wiosną w wyśmienitej formie drużyna FC Otamany rozgrywała mecz z Alpanem, któremu ostatnio – mówiąc kolokwialnie – nie idzie. Gospodarze od pierwszych minut narzucili swój styl gry, dzięki czemu już w 3. minucie listę strzelców otworzył Vitalii Yakovenko. FC Otamany konsekwentnie powiększały prowadzenie i po upływie zaledwie 11 minut było już 3:0. Od tego momentu mecz stał się bardziej wyrównany, a Alpan coraz lepiej radził sobie na połowie rywala. Jednak to gospodarze w 19. minucie po raz czwarty pokonali Piotra Skoniecznego. Goście tym razem skutecznie odpowiedzieli, a na listę strzelców wpisał się Marcin Rychta. Przed końcem pierwszej połowy oba zespoły dołożyły jeszcze po jednym golu.
Po przerwie mocnym akcentem rozpoczęła drużyna Alpanu, która już po dwóch minutach zmniejszyła stratę o jedną bramkę. Większość tej części spotkania była wyrównana – oba zespoły grały rozsądnie, próbując przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Na pięć minut przed końcem przewaga gospodarzy, wynosząca wtedy dwa gole, została jeszcze powiększona. Dwa szybkie trafienia Otamanów podcięły skrzydła gościom, którzy stracili nadzieję na zdobycie choćby punktu. Ostatecznie FC Otamany wygrały 8:4 i utrzymały drugie miejsce w ścisłej czołówce walczącej o mistrzostwo ekstraklasy. Alpan, po trzeciej porażce z zespołem z czołówki, spadł na 7. miejsce.
Było to jedno z najciekawszych i najbardziej emocjonujących spotkań, jakie tego dnia oglądaliśmy na arenie AWF. Obie ekipy zadbały o widowisko piłkarskie na najwyższym poziomie – dla takich właśnie meczów warto przychodzić na Ligę Fanów. Rywalizacja rozpoczęła się z lekkim opóźnieniem, ponieważ nie zdążył dotrzeć nominalny bramkarz Browarka, Mikołaj Pietrzak. Aby nie przeciągać, w rolę golkipera początkowo wcielił się Szymon Dąbrowski, i… w 2. minucie udało mu się zapakować piłkę do siatki, dzięki czemu KS Browarek objął niespodziewane prowadzenie. W 8. minucie Bartek Gwóźdź przypomniał, że on również potrafi uderzyć na bramkę rywala, i po jego strzale mieliśmy remis. W 13. minucie Browarek znów wyszedł na prowadzenie po golu Patryka Modzelewskiego, a już w kolejnej akcji zamieszanie pod bramką Gladiatorów zakończyło się odbiciem piłki od słupka – ta niefortunnie trafiła Bartka Gwoździa, i po samobójczym trafieniu Browarek miał już dwa trafienia zapasu.
Od pierwszego gwizdka tempo spotkania utrzymywało się na bardzo wysokim poziomie, a po tym golu Gladiatorzy jeszcze bardziej je podkręcili – momentami akcje były tak szybkie, że trudno było nadążyć za wydarzeniami na boisku. Gospodarze wyraźnie narzucili swoje warunki gry i w 16. minucie gola kontaktowego zdobył Adrian Giżyński, a w 18. minucie mieliśmy remis po trafieniu Damiana Górki, który przegalopował przez całe boisko i nie dał szans bramkarzowi Browarka. Goście jednak nie powiedzieli ostatniego słowa – w 22. minucie znów objęli prowadzenie po golu Jakuba Starosa i pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 3:4.
W drugiej części spotkania Gladiatorzy stopniowo, ale konsekwentnie odzyskiwali kontrolę, choć Browarek do końca meczu pozostawał groźny. W 29. minucie gola wyrównującego zdobył Janek Szulkowski, a w 33. minucie Gladiatorzy w końcu wyszli na prowadzenie po drugim trafieniu Damiana Górki. Goście stawiali opór i grozili kontratakami, ale zabrakło im czegoś, by przechylić szalę na swoją stronę. Kiedy w 43. minucie Damian Górka skompletował hat-tricka, podwyższając na 6:4, stało się jasne, że Gladiatorzy nie dadzą już sobie wyrwać zwycięstwa. Kropkę nad „i” postawił Mariusz Zalewski, którego bramka dobiła rywali i przypieczętowała triumf Gladiatorów.
Trzeba przyznać, że gospodarze musieli się mocno napracować, by zgarnąć trzy punkty. Z kolei występ KS Browarka pokazuje, iż ekipa Michała Sobieralskiego jest w dobrej formie i w kolejnych meczach może być równie niewygodnym przeciwnikiem.
W zapowiedziach przewidywaliśmy, że dla ekipy Jarka Kotusa może to być ciężka przeprawa – i faktycznie niewiele brakowało, aby doszło tu do niespodzianki. Już pierwsza bramka była zaskakująca, bo padła raptem w 2. minucie meczu. Marcin Banasiak wywalczył piłkę w środku boiska, a następnie wyłożył ją Maciejowi Kurpiasowi, który nie dał szans golkiperowi TURa. Jednak chwila nieuwagi wystarczyła, by gospodarze błyskawicznie odpowiedzieli golem Piotra Leśniewicza, i już po kolejnej akcji mieliśmy remis.
Obie ekipy nie forsowały tempa w pierwszej połowie, więc na kolejną bramkę musieliśmy trochę poczekać, choć nie brakowało ciekawych zagrań i okazji strzeleckich z obu stron. Dopiero w 23. minucie Rafał Polakowski pognał lewym skrzydłem i oddał strzał... Karolem Kowalskim – dośrodkowanie z ostrego kąta odbiło się od nadbiegającego napastnika gospodarzy i piłka zatrzepotała w siatce. Co ciekawe, tym razem to goście natychmiast zripostowali – już po minucie znów był remis, a w protokole zapisali się Tomasz Zagórski jako asystent i Wojciech Osobiński jako strzelec. Chwilę później sędzia zakończył pierwszą połowę, po której trudno było wskazać wyraźnego faworyta.
Druga połowa zaczęła się od zabójczego ciosu ze strony Contry – Tomasz Zagórski pociągnął akcję prawym skrzydłem i dośrodkował do Michała Raciborskiego, który stojąc przy słupku tylko dołożył nogę, dając gościom ponownie prowadzenie. Warto odnotować, że istotnym punktem zwrotnym była kontuzja Marcina Banasiaka, który niestety nie mógł dokończyć meczu. Jego nieobecność w formacji obronnej okazała się wyjątkowo odczuwalna. Choć TUR długo męczył się z defensywą gości, w końcu przełamanie przyszło w 35. minucie, a sygnał do ataku dał Rafał Polakowski. Po jego golu inicjatywa wyraźnie przeszła na stronę gospodarzy, a już minutę później Polakowski asystował przy debiutanckim golu Bartosza Mazurka, który wyprowadził TUR na prowadzenie 4:3.
Choć nie była to jeszcze strata nie do odrobienia, widać było, że gościom zaczęło brakować pomysłów na przełamanie defensywy TURa. W 45. i 46. minucie duet Polakowski – Mazurek ponownie rozmontował obronę Contry i zrobiło się 6:3 dla gospodarzy. Kropkę nad „i” postawił w 49. minucie Bartosz Mazurek, który skompletował hat-tricka i przypieczętował zwycięstwo ekipy z Ochoty.
Przed meczem wydawało się, że każdy inny wynik niż zwycięstwo gospodarzy byłby sporą niespodzianką. Zwłaszcza że EXC miało za sobą kilka nieudanych kolejek i jeśli chciało myśleć o powrocie do czołówki tabeli, musiało zacząć punktować – najlepiej od razu. Tymczasem już w pierwszej minucie to Esportivo wyszło na prowadzenie, gdy Sylwester Wielgat otworzył wynik spotkania. Chwilę później Jan Grzybowski wyrównał, ale kolejne dwa trafienia – najpierw Dębskiego, potem ponownie Wielgata – dały gościom prowadzenie 3:1 już po dziesięciu minutach gry.
Trzeba przyznać, że ekipa Eryka Zielińskiego zaczęła z dużą energią i mocno zaskoczyła rywali. Mecz od początku zapowiadał się na widowisko z wieloma bramkami. Mimo straty goli, gospodarze nie sprawiali wrażenia zdenerwowanych – zagrali cierpliwie, trzymali się planu i czekali na swój moment. Choć pierwsza połowa zakończyła się dla nich niekorzystnie (bramkę do szatni dla Esportivo zdobył Eryk Stoch), nikt w drużynie z Ochoty nie bił na alarm. I słusznie – bo w drugiej połowie role się całkowicie odwróciły.
Najpierw EXC doprowadziło do wyrównania, a potem Michał Kępka dał im prowadzenie. Od tego momentu gospodarze przejęli inicjatywę. Kolejne minuty tylko potwierdzały, że EXC się rozkręca, a rywalom zaczyna brakować argumentów. Zrobiło się nerwowo – pojawiły się kartki, faule, frustracja i słowne utarczki. EXC jednak zagrało dojrzale, bez paniki, i mimo nieudanej pierwszej połowy potrafiło spokojnie odwrócić losy meczu.
Tego dnia faworyci byli po prostu skuteczniejsi, mądrzejsi i bardziej zorganizowani. Esportivo znów pokazało, że potrafi zaskoczyć, ale też że wciąż brakuje im konsekwencji, by utrzymać wysoką jakość gry przez pełne 50 minut.
Po serii trzech meczów bez porażki zawodnicy Explo Team przystępowali do spotkania z Ogniem Bielany, którzy po niedawnej przegranej z Gladiatorami wrócili na zwycięską ścieżkę i z takim nastawieniem wyszli na mecz kończący 13. serię gier w Ekstraklasie.
Od samego początku zaznaczyła się duża przewaga zespołu z Bielan. Dynamiczne akcje gospodarzy od pierwszych minut napędzały sporo strachu bramkarzowi Explo Team. Worek z bramkami szybko rozwiązał niezawodny Kacper Cetlin, który już w początkowych fragmentach meczu dwukrotnie wpisał się na listę strzelców.
Explo Team zupełnie nie przypominał drużyny, która jeszcze niedawno sięgnęła po Puchar Ligi Fanów – choć trudno było mieć do nich większe pretensje, bo rywale nie zostawili im zbyt wiele przestrzeni do pokazania swoich umiejętności. Cetlin nie tylko strzelał, ale również harował w defensywie, a jedną z akcji zakończył efektowną asystą do Karola Gozdalika, który podwyższył prowadzenie Ognistych.
W pierwszej połowie Explo udało się zdobyć honorowe trafienie – autorem gola był Oskar Górecki – ale na tym ich strzeleckie osiągnięcia się skończyły. Druga część meczu to jeszcze większa dominacja gospodarzy, którzy nieustannie nękali bramkę Michała Łuczyka.
Ogień Bielany pewnie wygrał 10:1, a końcowy wynik w pełni oddaje przebieg meczu – przewaga gospodarzy była bezdyskusyjna.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)