Sezon 2014/2015
Relacje meczowe: 6 Liga
W pojedynku Inferno Team II z After Wola, patrząc wyłącznie na tabelę, zdecydowanym faworytem byli goście. Jednak każdy, kto choć trochę zna realia piłki sześcioosobowej, wiedział, jakim potencjałem dysponuje zespół Igora Patkowskiego. Inferno, po słabej zeszłorocznej rundzie, przeszło sporo zmian – obecnie, choć znajdują się w strefie spadkowej, dysponują kadrą, która z pewnością może powalczyć o utrzymanie. Nic dziwnego, że było to jedno z ciekawszych spotkań 6. ligi.
Już od pierwszych minut mecz stał na wysokim poziomie, a u zawodników obu ekip było widać dużą jakość. Lepiej rozpoczęli goście, którzy – jak przystało na lidera – objęli prowadzenie za sprawą Patryka Abbassiego. Gospodarze nie zamierzali się poddawać – najpierw Jeremi Szymański wyrównał, a kilka minut później Marcin Podsiadlik wyprowadził Inferno na prowadzenie. Tempo spotkania było szybkie i mogło się podobać postronnym widzom. W 14. minucie After Wola wyrównała po pechowym samobóju jednego z obrońców, a chwilę później znów oglądaliśmy wymianę ciosów – obie drużyny zaliczyły po jednym trafieniu. W końcówce pierwszej odsłony, gdy wydawało się, że wynik nie ulegnie już zmianie, Marcin Podsiadlik zdobył swojego drugiego gola i to Inferno schodziło do szatni z prowadzeniem 4:3.
Po przerwie gospodarze ruszyli jeszcze mocniej. After Wola odpowiedziała trafieniem na 5:4, ale z każdą kolejną minutą przewaga Inferno rosła. Szczególnie wyróżniał się Tymek Sabadasz, który na środku pola prowadził grę i rozrzucał piłki, mocno utrudniając życie defensywie rywali. Gospodarze najpierw podwyższyli na 6:4, a w końcówce ustalili wynik na 7:4.
After Wola nie zagrała złego spotkania – szczególnie pierwsza połowa była w ich wykonaniu naprawdę solidna. Jednak w końcówce widać było, że Daniel Guba i spółka opadł z sił, co gospodarze wykorzystali bezlitośnie. Inferno Team II pokonuje lidera 7:4 i z takim składem z pewnością jeszcze nie raz zaskoczy kolejnych rywali. After Wola musi natomiast szybko zapomnieć o tej porażce, bo już po przerwie majówkowej czekają ich kolejne ważne mecze.
Spotkanie tych dwóch ekip zapowiadało się bardzo ciekawie, ponieważ obie drużyny walczą o zupełnie różne cele. Z jednej strony Furduncio dąży do zakończenia rundy na fotelu lidera, z drugiej Oldboysi desperacko starają się utrzymać w 6. lidze.
Lepiej w mecz weszli goście, którzy otworzyli wynik za sprawą trafienia Ihara Bakuna. Nie cieszyli się jednak długo z prowadzenia – gospodarze błyskawicznie odpowiedzieli. Gracze Furduncio wyglądali na lepiej przygotowanych fizycznie, byli szybsi i wytrzymalsi, co w piłce nożnej potrafi zrobić ogromną różnicę. To właśnie kondycja była największą bolączką Oldboyów.
Do przerwy wynik pozostawał remisowy (1:1), ale w drugiej połowie wszelkie wątpliwości zostały rozwiane. Gospodarze podkręcili tempo, coraz mocniej dociskając rywali. Trzeba jednak oddać Oldboysom, że potrafili wykorzystać błędy w ustawieniu przeciwnika – ich szybkie kontry dwukrotnie zakończyły się powodzeniem.
W końcówce było już jednak widać wyraźne braki kondycyjne po stronie gości, co bezlitośnie wykorzystali zawodnicy Furduncio, przypieczętowując swoją wygraną. To ważne trzy punkty w kontekście walki o najwyższe cele.
Konfrontacja Green Lantern z Na2Nóżkę zapowiadała się jako starcie z wyraźnym faworytem. Goście, walczący o miejsce na podium, mierzyli się z drużyną, która dopiero co wydostała się ze strefy spadkowej. Na papierze wszystko wskazywało na wygraną Na2Nóżkę – i początek meczu zdawał się to potwierdzać.
Już w pierwszych minutach goście wykazali się sprytem – dwóch zawodników mądrze odcięło bramkarza od podań, co pozwoliło Maciejowi Samorajowi przejąć piłkę i otworzyć wynik spotkania. Gospodarze jednak nie zamierzali składać broni – jeszcze przed przerwą odpowiedzieli golem, doprowadzając do remisu 1:1. Pierwsza połowa była wyrównana i nie zapowiadała emocji, które miały dopiero nadejść.
Druga część rozpoczęła się od zdecydowanej dominacji Na2Nóżkę. Goście szybko wbili trzy gole i prowadzili już 1:4. Szczególnej urody było trafienie Aleksandra Sordyla – nominalnego bramkarza, który w tym meczu grał w polu. Jego precyzyjne uderzenie pod poprzeczkę na 1:3 było ozdobą meczu.
Wydawało się, że goście spokojnie dowiozą trzy punkty, jednak Green Lantern pokazało ogromny charakter. Gospodarze ruszyli do ataku i krok po kroku odrabiali straty. Końcówka spotkania to prawdziwy rollercoaster – udało im się wyrównać na 5:5, mimo że wcześniej zmarnowali aż dwa rzuty karne!
Bohaterem końcówki znów był Sordyl – nie tylko zdobywał bramki, ale także stanął między słupkami przy decydującym karnym i obronił strzał, ratując punkt dla swojej drużyny. Mecz pełen dramaturgii zakończył się sprawiedliwym remisem i bez wątpienia był jednym z najciekawszych widowisk kolejki.
Spotkanie pomiędzy Virtualne Ń a Tylko Zwycięstwo od pierwszego gwizdka miało wyraźnego faworyta – lidera tabeli, który nie zawiódł oczekiwań. Już od pierwszych minut goście przejęli inicjatywę, błyskawicznie narzucając swoje tempo i nie pozostawiając rywalom złudzeń.
Gra ofensywna Tylko Zwycięstwo była zorganizowana, szybka i – co najważniejsze – niezwykle skuteczna. Prym wiedli Andrzej Morawski, Szymon Jałkowski i Łukasz Walo. Każdy z nich nie tylko świetnie wykańczał akcje, ale też aktywnie uczestniczył w ich konstruowaniu, co sprawiało, że gospodarze byli zupełnie bezradni w obronie.
Do przerwy przyjezdni prowadzili już 9:1, prezentując prawdziwy pokaz siły. Honorowe trafienie gospodarzy nie zmieniło obrazu meczu – przewaga lidera była przytłaczająca.
Druga połowa nie przyniosła zmiany scenariusza. Tylko Zwycięstwo nadal kontrolowało grę, konsekwentnie powiększając przewagę. Virtualne Ń nie potrafiło znaleźć sposobu na zatrzymanie płynnych ataków przeciwnika, a chaos w defensywie tylko pogłębiał ich problemy. Ostatecznie lider rozgromił drużynę ze strefy spadkowej aż 18:2. Wynik mówi sam za siebie – Tylko Zwycięstwo całkowicie zdominowało rywala, a Morawski, Jałkowski i Walo potwierdzili, że należą do czołowych postaci tej ligi.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)