Sezon 2014/2015
Relacje meczowe: 6 Liga
Mecz na szczycie szóstej ligi rozpoczął się w imponującym tempie, obie drużyny od samego początku narzuciły intensywny przebieg wydarzeń. Najpierw Brazylijczycy stworzyli groźną okazję, a później Warsaw Gunners, fani Arsenalu, odpowiedzieli rzutem wolnym, który jednak bramkarz Furduncio Brasil pewnie wybronił. Premierowe 10 minut było pełne szybkich wymian akcji, aż w końcu padła pierwsza bramka. Strzelcem był kapitan Gunnersów, Arkadiusz Trwoga, który dał swojej drużynie prowadzenie. W kolejnych minutach tempo gry nieco się uspokoiło, ale zespół Furduncio Brasil zaczął dominować w posiadaniu piłki, choć nie potrafił przekuć tego na konkretne rezultaty. Gunnersi, mimo, że mieli mniej okazji, byli znacznie bardziej skuteczni i w końcówce pierwszej połowy podwyższyli prowadzenie na 2:0. Mimo tej przewagi wynik nie był pewny, a kolejna część obiecywała jeszcze wiele emocji. Druga połowa rozpoczęła się z taką samą intensywnością. Już po pięciu minutach Patryk Szerszeń podwyższył prowadzenie Gunnersów na 3:0. Furduncio Brasil zdobyło swoją pierwszą bramkę dopiero w 35. minucie, kiedy po zagraniu ręką w polu karnym Bruno Pessoa pewnie wykorzystał rzut karny. Ta bramka dała gospodarzom nadzieję na odwrócenie losów spotkania, zwłaszcza że bramkarz Gunnersów nabawił się kontuzji i musiał opuścić boisko. Ku zaskoczeniu wszystkich, Arkadiusz Trwoga sam założył rękawice i stanął między słupkami. Pomimo ogromnej presji ze strony Brazylijczyków, kapitan Gunnersów nie tylko zachował czyste konto, ale także popisał się kilkoma znakomitymi interwencjami. Furduncio Brasil miało swoje szanse, ale ich nieskuteczność i brak szczęścia były wręcz zaskakujące. W końcówce Szerszeń przypieczętował zwycięstwo Gunnersów, umacniając ich pozycję w tabeli.
Miał być hit i był. Patrząc na wynik można pomyśleć, że wiało tu nudą, ale jest złudne, bo starcie na szczycie 6 ligi absolutnie nie rozczarowało pod względem sportowym i oglądaliśmy jedno z najciekawszych i najbardziej zaciętych spotkań tej kolejki. Ciekawie było praktycznie od pierwszego gwizdka sędziego, bo nie minęła nawet minuta, a Na2Nóżkę dwukrotnie obiło poprzeczkę bramki Jakuba Cygana. Wynik w 5 minucie otworzył Daniel Guba, ale sytuacji After Wola miało dużo więcej i już w pierwszej połowie dało się zauważyć, że goście kreują dużo groźniejsze akcje ofensywne. Należy tutaj zwrócić uwagę na świetny występ golkipera N2N Aleksandra Sordyla, który jak zwykle pokazywał, że jest mistrzem w swoim fachu i głównie dzięki niemu ekipa z Woli długo nie była w stanie znaleźć drogi do siatki. W pierwszej połowie After miał jeszcze dwie znakomite okazje – rzut wolny w okolicach pola karnego, który goście sprytnie rozegrali z podaniem, ale ostatecznie nie udało się zdobyć bramki, a po chwili Paweł Korycki wyprzedził golkipera przy dalekiej wrzutce w pole karne i uderzył głową, lecz zabrakło centymetrów. 0:1 do przerwy to dość nietypowy wynik, który zwiastował jeszcze ciekawszą drugą połowę. Tutaj zaczęło się podobnie jak na początku meczu – w 30 minucie Radek Żukowski zdobył bramkę na 0:2, a po tym golu Na2Nóżkę zaczęło coraz śmielej, choć nieco desperacko atakować bramkę gości. Jakub Cygan pozostawał jednak nieugięty i trzeba przyznać, że był on jednym z głównych powodów, przez który gospodarze nie mogli tego dnia zapunktować. Mecz do samego końca był bardzo intensywny i zacięty, ale sędzia ani razu nie musiał sięgać do kieszeni, za co należą się obu ekipom brawa. Ostatecznie w końcówce meczu Adrian Giska postawił kropkę nad i, a dzięki wygranej After Wola utrzymała fotel lidera 6 ligi.
Oldboys Derby chyba po raz pierwszy w swojej przygodzie z Ligą Fanów trafili na Arenę Grenady. A jeśli pamięć nas zawodzi, to na pewno nie grali tutaj często i choćby z tego powodu ciekawym było, jak poradzą sobie w konfrontacji z Popalonymi Stykami. Przed pierwszym gwizdkiem nawet nie sililiśmy się na szukanie faworyta, bo potencjał tych zespołów wydawał się zbliżony, aczkolwiek w obozie Styków brakowało Kamila Paszka, co mogło mieć znaczenie dla przebiegu potyczki. Pierwsza połowa toczyła się pod dyktando Oldboysów. Stwierdzenie, że była to pełna kontrola być może byłoby przesadą, natomiast skuteczność była zdecydowanie sprzymierzeńcem graczy z Osiedla Derby. Gola na 1:0 zdobył dla nich Miłosz Suchta, chociaż w tym przypadku rywale błyskawicznie wyrównali, a pięknym lobem z własnej połowy popisał się Paweł Malec, dla którego był to podobno pierwszy gol po kontuzji. Jeśli tak, to zrobił to z fanfarami. Potem tempo spotkania nieco ostygło, ale w momencie, gdy zapisywaliśmy sobie to hasło w notatkach, sprytem wykazał się Jacek Pryjomski, który strzałem przy bliższym słupku zaskoczył Krzysztofa Kądziołę. Gdy lada moment Marcin Wiktoruk wykorzystał wysoką grę bramkarza rywali, jak również własną przytomność umysłu i zdobył efektowne trafienie, to szala dość zdecydowanie zaczęła się przechylać na korzyść Oldboysów. Pieczęcią na niezłej pierwszej połowie było trafienie Miłosza Suchty, po asyście Krzysztofa Mamińskiego. Trzy gole przewagi to był naprawdę solidny zapas, którego tak doświadczona ekipa nie miała prawa wypuścić. A jednak! Prowadzący chyba pomyśleli, że to spotkanie samo się dogra, a trochę nerwowości w ich szeregi spowodowała bramka na 4:2. Nakręciła ona z kolei Styki, które w końcówce zaatakowały odważniej i dzięki trafieniu Jakuba Targowskiego wciąż były w grze. A co było potem? Kulminacyjny moment spotkania, to kontuzja bramkarza Popalonych, którego między słupkami zastąpił Krzysiek Grabowski. Ten zawodnik bronił z kontuzją palca u ręki, co w teorii powinno go dyskwalifikować z podejmowania ryzyka jakichkolwiek parad, ale kto zna Krzyśka ten wie, że ryzyko to jego drugie imię. A ponieważ w trakcie tego spotkania, za sprawą swoich standardów tekstów zaszedł trochę oponentom za skórę, to Oldboysom pewnie marzyło się, by to właśnie jemu strzelić gola, decydującego o zwycięstwie. Stało się jednak coś zupełnie odwrotnego. Najpierw gracze z Białołęki zaczęli zachęcać go, by opuścił swój posterunek. Krzyśka nie trzeba było dwa razy prosić, podobnie jak na hasło rywali „strzelaj”. Bo dosłownie w chwilę po tych słowach posłał kapitalną bombę z dystansu na bramkę Michała Piątkowskiego, której nie obroniłby żaden bramkarz Ligi Fanów. I w ten oto sposób Oldboysi nie dość, że zremisowali wygrany mecz, to tego upokorzenia doznali z rąk gościa, na którego uciszeniu tak bardzo im zależało. Mimo wszystko przyjęli to z godnością, aczkolwiek zdawali sobie sprawę, że zawalili po całości. Z kolei dla Popalonych to już trzeci remis w tym sezonie. Ale bardzo cenny, bo znów wyszarpany rywalowi z gardła i w okolicznościach, które mało kto by przewidział.
Green Lantern tydzień temu odniósł swoje pierwsze zwycięstwo w tym sezonie. Aby utrzymać dobrą passę musiał pokonać zespół Tylko Zwycięstwo, dla którego dwa ostatnie spotkania zakończyły się porażką. Goście rozpoczęli mecz niczym start w Formule 1. Jeszcze dobrze nie przestał wybrzmiewać dźwięk gwizdka rozpoczynającego potyczkę, a gracze Tylko Zwycięstwo zdobyli swojego pierwszego gola. Aby tego dokonać potrzebowali niespełna 20 sekund. Dominacja, jaką prezentowali w premierowych fragmentach spotkania sprawiła, że w 8 minucie prowadzili 4:0. Gospodarze powoli próbowali dojść do głosu i po przespanym początku zdołali zdobyć swojego pierwszego gola. Od tego momentu spotkanie trochę się wyrównało. Gra przeniosła się w środkową strefę boiska, gdzie oba zespoły kreował swoje akcje. Jeszcze przed przerwą Łukasz Walo ustalił wynik pierwszej połowy na 1:5. Początek drugiej części meczu był wyrównany. Obie drużyny kontynuowały dobrą grę, strzelając po jednym golu. Harmonia ta została przełamana 10 minut przed końcem. W tym okresie zobaczyliśmy aż 7 goli, z czego sześć na konto Tylko Zwycięstwo. Dzięki tak okazałej zdobyczy bramkowej goście zapewnili sobie zwycięstwo różnicą dziewięciu trafień, przerywając pasmo porażek, dzięki czemu podium pozostaje w ich zasięgu. Zielona Latarnia z dorobkiem 3 punktów oświetla sam dół ligowej tabeli. Na szczęście teraz przed nią łatwiejszy rywal ze strefy spadkowej i może uda się nieco podreperować swój dorobek.
W zapowiedziach pisaliśmy, że w przypadku tego meczu sporo zależy od tego, czy Igorowi Patkowskiemu uda się zmobilizować najlepszy skład na ten mecz. W skrócie mówiąc – nie udało się. Goście stawili się na placu z zaledwie jedną zmianą, co wobec szerokiej ławki rezerw Virtualnego Ń nie wróżyło spektakularnych sukcesów i ostatecznie było jednym z powodów porażki Inferno. Trzeba chłopakom przyznać, że dzielnie walczyli przez niemal cały mecz, ale polegli w końcówce, w której wyraźnie zabrakło sił. W pierwszej połowie to gospodarze dyktowali warunki – w 4 minucie wynik otworzył Szymon Kolasa, a niemal akcję później było już 2:0 po golu Michała Płotnickiego. W 10 minucie Inferno wróciło do gry po golu Jeremiego Szymańskiego, ale potem znów zabrakło koncentracji i momentalnie zrobiło się 4:1 po golach Bartosza Kacy i Jakuba Majewskiego. Jeszcze przed przerwą goście zmniejszyli przewagę Virtualnego Ń do dwóch oczek, a absolutnie kapitalnym podaniem popisał się Jeremi Szymański, który cierpliwie i sprytnie oszukał defensywę gospodarzy i wyłożył piłkę Arturowi Ciothowi, który nie dał szans golkiperowi przeciwnika. Warto tu również wspomnieć o niezłej formie bramkarza Inferno, czyli Jakuba Lapsa, który miał tego dnia sporo pracy, ale radził sobie całkiem nieźle, szczególnie w drugiej połowie i gdyby nie jego interwencje, to możliwe, że mecz zamknąłby się już w pierwszej części spotkania. A tak Inferno powoli odzyskiwało pewność siebie i zaowocowało to doprowadzeniem do remisu. W 33 minucie na 4:3 trafił Artur Cioth, a w 37 minucie wyrównanie wyszarpał Dawid Polucha. Goście poczuli, że zwycięstwo jest w zasięgu i mocno przycisnęli w ataku, ale kiedy w 43 minucie Michał Płotnicki posłał strzał przez całe boisko i przelobował bramkarza, morale w ekipie Inferno wyraźnie spadło. Minutę później było już 6:4 po kolejnym golu Michała Płotnickiego i było to trafienie, które zamknęło mecz, bo gościom zwyczajnie zabrakło sił i to ekipa Marka Giełczewskiego mogła cieszyć się ze zwycięstwa.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)