Sezon 2022/2023
Relacje meczowe: 13 Liga
Starcie Wombatów z Pogromcami Poprzeczek w 13 lidze było bez wątpienia najbardziej wyrównanym meczem dnia, a wynik pozostawał niepewny aż do ostatniego gwizdka sędziego. Początek meczu zdecydowanie należał do gospodarzy, którzy szybko narzucili swoje tempo gry i już w 3 minucie wyszli na prowadzenie dzięki trafieniu Wojtka Grabowskiego. Gra toczyła się dynamicznie, z atakami z obu stron, ale to Wombaty przeprowadzały groźniejsze akcje. Gdyby nie świetne interwencje bramkarza Poprzeczek, Adama Maja, już w 10 minucie mogło być 2:0. Goście skupili się na spokojnym rozgrywaniu piłki, co dawało im większy procent posiadania, ale nie przekładało się to na celne strzały. Wombaty za to odpowiadały groźnymi kontrami, po jednej z nich zwiększając prowadzenie do 2:0. Łukasz Rogowski niemal wszedł z piłką do bramki, ale gol nie padł. W 20 minucie fortuna zaczęła sprzyjać Pogromcom Poprzeczek – Mateusz Niewiadomy zdobył bramkę głową, a chwilę później gospodarze zmarnowali niemal pewną okazję, po której goście, po szybkim kontrataku, wyrównali na 2:2.
Przed końcem pierwszej połowy Pogromcy mieli kolejną świetną sytuację, kiedy bracia Kowalscy rozmontowali obronę Wombatów, ale akcja zakończyła się fatalnym pudłem. Po zmianie stron, w 30 minucie, Maciej Stąporek oddał strzał, który wyślizgnął się golkiperowi Poprzeczek z rąk, dając Wombatom prowadzenie 3:2. Chwilę później Karolina Figiel trafiła w poprzeczkę bramki rywali, ale to nie zmieniało faktu, że Pogromcy nie przestawali atakować. W końcu Aleksander Peszko wyrównał na 3:3, wbijając piłkę do siatki Pawła Oleszczuka.
Od 35 minuty to Pogromcy przejęli inicjatywę, koncentrując się na cierpliwym budowaniu ataków, podczas gdy Wombaty były zmuszone do obrony i odpowiadały nielicznymi kontrami. Po jednej z takich akcji Aleksander Peszko ofiarnie wybił piłkę niemalże z linii bramkowej, a Pogromcy dalej dominowali, stwarzając kolejne sytuacje. Mimo stałej presji goście nie potrafili znaleźć skutecznego wykończenia, a obrona Wombatów wytrzymała do ostatniego gwizdka. Mecz zakończył się podziałem punktów.
Do niezwykle jednostronnego starcia doszło w ten weekend w 13. Lidze w meczu pomiędzy Szeregiem Homogenizowanym a Gentleman Warsaw Team. Nic nie wskazywało nam takiej dominacji, jakiej później byliśmy świadkami, bo przecież było to starcie czwartej z drugą drużyną ligi. Co prawda oba zespoły miały okazję zmierzyć się ze sobą jesienią i tam zdecydowanie wygrali zawodnicy w eleganckich koszulkach, bo aż 9:1, ale po dyspozycji gospodarzy podczas reszty sezonu spodziewaliśmy się raczej rewanżu za jesienną porażkę aniżeli takiego rozwiązania, jakie miało miejsce w zeszłą niedzielę.
Pierwsza połowa zakończona wynikiem 0-9 była już lepszym rezultatem niż ten, jaki mieliśmy okazję oglądać w pierwszym meczu. Goście grali pewnie z tyłu i konsekwentnie z przodu. Postacią wyróżniającą w tym spotkaniu był Paweł Domański. Autor 5 trafień i jednej jakże ważnej asysty był prawdziwym katem drużyny gospodarzy, która nie znajdowała sposobu, jak zatrzymać snajpera rywali.
W drugiej odsłonie Gentlemani nieco zwolnili, lecz nie oznacza to, że zakończyli strzelanie goli. Licznik zatrzymali bowiem na 14, dając się pokonać rywalowi raptem raz. Autorem honorowego trafienia dla Szerega był Jakub Myszór. Ale co ciekawe, to nie on został wybrany przez drużynę gości na najlepszego zawodnika w swojej drużynie, a Jan Wosiński. Zdaniem ekipy Jakuba Augustyniaka, gdyby nie liczne interwencje Janka (w które przy 14 straconych golach pewnie ciężko na początku uwierzyć), to ekipa gości nastrzelałaby dużo więcej goli w tym spotkaniu.
Gratulujemy gościom wysokiego zwycięstwa, a gospodarzom życzymy punktów w kolejnych starciach!
Gospodarze w czasie zimowej przerwy nieco odświeżyli swoją kadrę, do zespołu dołączyło paru zawodników, którzy wcześniej grali w Lipinkach Łużyckich i teraz mają pomóc w walce o awans do wyższej ligi. NieDzielni właściwie bez zmian kadrowych podeszli do pierwszego meczu rundy wiosennej, za to z nadzieją na to, by podtrzymać serię zwycięstw i sięgnąć po czwartą wygraną z rzędu.
Niestety dla nich już pierwsze minuty raczej wskazywały na to, że tym razem będą musieli obejść się smakiem. Już po około 6 minutach przegrywali 2:0 po bramkach Beniamina Kuligowskiego oraz… Jana Wójcika, który skierował piłkę do własnej bramki. A pisaliśmy w zapowiedziach, że NieDzielni mogą pokusić się o lepszy wynik, ale tylko wtedy, gdy unikną błędów z pierwszego meczu z Inferno.
Gospodarze nie poszli jednak za ciosem, bo choć mieli jeszcze kilka dobrych okazji do strzelenia gola, to szwankowała skuteczność, albo dobrze między słupkami spisywał się Kamil Jarosz, który niejednokrotnie w tym meczu ratował swój zespół przed utratą bramki. Nieskuteczność gospodarzy się zemściła, bo NieDzielni jeszcze przed przerwą zdobyli gola kontaktowego i na przerwę schodzili przy wyniku 2:1.
Po zmianie stron wciąż Inferno miało inicjatywę, a kluczem do sukcesu okazały się strzały z dystansu – właśnie w ten sposób dwukrotnie Michał Morycz i Filip Senski pokonali bramkarza NieDzielnych. Goście przy wyniku 5:1 zdołali wykonać jeszcze jeden zryw, ale wystarczyło to jedynie do zmniejszenia straty do stanu 5:3. Na więcej zabrakło czasu, a w samej końcówce wynik meczu na 6:3 ustalił Filip Senski.
NieDzielni momentami wyglądali całkiem solidnie, ale mieli problemy, gdy rywale mocniej pressowali, natomiast Inferno zasłużenie wygrało to spotkanie, choć widać, że przed nimi jeszcze sporo pracy, by doszlifować swoją grę.
Jak trudne bywają powroty do formy po zimowej przerwie, wiedzą chyba wszyscy, a przy okazji wznowienia rozgrywek Ligi Fanów przekonali się o tym dość boleśnie zawodnicy okupującego najniższy stopień podium 13. Ligi, CWKS Ferajna Warszawa. Choć przed wyjściem na boisko to właśnie w tym zespole wielu upatrywało faworyta meczu z Green Teamem, to w rzeczywistości miało miejsce coś zupełnie odwrotnego.
Od początku sprawy nie układały się po myśli CWKS-u – nie dość, że w ich kadrze brakowało nominalnych bramkarzy, to jeszcze doszły do tego spóźnienia kilku graczy z pola, przez co zmuszeni byli rozpocząć zmagania grając jednego mniej. Green Team wykorzystał więc doskonałą okazję, by narzucić swoje warunki gry, a już pierwsze minuty spotkania uświadomiły nam, jak jednostronny mecz nas czeka.
Pierwsze trafienie to podanie z głębi pola Marcina Rudnickiego, które na gola zamienił Michał Kaźmierczak. Niedługo później Ferajna cieszyła się z wyrównującej bramki Bartka Puchalskiego, lecz niestety były to miłe złego początki. Pozostała część pierwszej połowy to koncert w wykonaniu piłkarzy gospodarzy – trafienia zaliczali kolejno Gurbiel, Rożek i Kurowski, po mniej lub bardziej imponujących akcjach ofensywnych.
Nie pomógł nawet fakt, że do CWKS-u zdążyli już dołączyć spóźnialscy i zespół nie musiał grać w osłabieniu. Sfrustrowani wynikiem i coraz bardziej opadający z sił gracze Ferajny popełniali kolejne błędy, czego owocem była podyktowana za faul w polu karnym „jedenastka”, którą z zimną krwią wykorzystał Rudnicki. Zaraz potem, na 6:1 do przerwy po podaniu Jakubowskiego, bramkę zdobył Krystian Szkop.
Druga połowa nie różniła się zanadto od pierwszej, bo wciąż bramki zdobywali tylko gospodarze, skrzętnie wykorzystując pomyłki rywali. Po golach Kurowskiego, Kaźmierczaka i Kuny (bramka ostatniego z panów to lob główką nad bramkarzem) mieliśmy aż 9:1, a Łukasz Jakubowski okrasił swój występ już trzecią asystą.
O tym, że nie był to dzień graczy gości, świadczy choćby nietrafiony przez Patryka Szerszenia rzut karny, aczkolwiek należy pochwalić niezawodnego na bramce Sebastiana Durańskiego, który doskonale przewidział, gdzie będzie strzelał przeciwnik. Dwie ostatnie bramki po ładnych akcjach zespołowych zdobyli Kurowski, kompletując tym samym hat-tricka, oraz Jacek Grubiel.
Na tak srogi wymiar porażki, jaką doznała drużyna CWKS Ferajna Warszawa, znalazłoby się wiele wymówek, na przykład brak tak istotnych dla ich układanki postaci jak Mikołaj Szymański czy Dominik Turos. Niemniej jednak w tym spotkaniu widać było, że zwyczajnie nie dojechali na mecz nie tylko personalnie, ale i w dużej mierze mentalnie. Mamy nadzieję, że ta wpadka posłuży im za zimny prysznic i w kolejnych meczach będziemy mogli oglądać taką Ferajnę, na jaką z przyjemnością patrzyło się jesienią.
Chyba nawet najbardziej zuchwali wróżbici nie przewidzieliby takiego przebiegu spotkania, jakiego byliśmy świadkami późnym niedzielnym wieczorem na AWF-ie – naprzeciw siebie stanęły drużyny z dwóch przeciwnych krańców tabeli. Jednak gracze Oldboys Derby III mieli już dość czekania na premierowe zwycięstwo w tym sezonie i postanowili sprawić nam wszystkim wielką niespodziankę. Mecz z KS Sandacz rozpoczęli pewni swego, co potwierdzili już w drugiej minucie spotkania. Po błędzie obrońców Sandacza przy wyprowadzaniu piłki, Rafał Bujalski przejął futbolówkę, idealnie zagrał ją do Rafała Kordowskiego, a ten strzałem zza pola karnego wyprowadził swój zespół na prowadzenie.
Gracze Sandacza starali się jak mogli zdobyć bramkę wyrównującą, ale nie byli w stanie przebić się przez dobrze zorganizowaną defensywę Oldboys. Kiedy udało im się oddać strzał, na wysokości zadania stawał niezawodny bramkarz gospodarzy, Przemek Biały. Zespół z osiedla Derby wyprowadzał coraz to bardziej niebezpieczne kontrataki i w końcu, po szybkim wyrzucie bramkarskim, piłkę ze środka pola otrzymał Marcin Chmielewski. Zagrał ją wzdłuż linii do Bujalskiego, który płaskim strzałem po dalszym słupku podwyższył prowadzenie. Trzecie trafienie padło po akcji Kordowski – Bujalski, kiedy to ten pierwszy trafił do pustej bramki po płaskim dograniu drugiego z lewego skrzydła.
Starania Sandacza o poprawę wyniku przyniosły efekt dopiero w końcówce pierwszej połowy. Świetne dośrodkowanie z rzutu rożnego Pawła Podkonia wykorzystał Aleksander Olender, który główkował w okienko bramki rywali. Po przerwie to gracze Sandacza zaczęli dochodzić do głosu, kreując więcej sytuacji, jakby odzyskali wiarę w zdobycie korzystnego wyniku. Pięć minut drugiej połowy wystarczyło im do zdobycia bramki kontaktowej. Olender zagrał głową w stronę wbiegającego na wolne pole Podkonia, a ten delikatnie dotknął futbolówkę, która wtoczyła się do bramki.
Kiedy wydawało się, że kontrola nad meczem wymyka się Oldboyom z rąk, ponownie z pomocą przyszedł bohater tego starcia, Rafał Kordowski, którego zagranie piętką na gola zamienił Bujalski. Wynik meczu ustalił z najbliższej odległości sam Kordowski, wykorzystując fenomenalne zgranie piłki barkiem Chmielewskiego. Na siedem minut przed końcem spotkania za wślizg Daniela Marczewskiego (za który zobaczył żółtą kartkę) podyktowany został rzut karny dla gospodarzy. Niestety, Rafał Kordowski przegrał wojnę nerwów z bramkarzem Sandacza, Pawłem Kycem, który bezbłędnie wyczuł intencje strzelca.
To nie była jednak ostatnia „jedenastka” w tym meczu, ponieważ chwilę później za faul we własnym polu karnym żółtą kartkę otrzymał Przemek Biały. Strzał Kacpra Zająca obił jednak tylko poprzeczkę. Wynik 5:2 dla gospodarzy może szokować, ale należy oddać, że gracze Oldboys Derby świetnie realizowali swoje założenia meczowe, a KS Sandacz zwyczajnie nie zrobił wystarczająco dużo, by zdobyć punkty w tym spotkaniu.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)