reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualnośći
aktualnośći
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
DECATHLON CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga
ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
1
15:00

Zamykająca tabelę drużyna Popalonych Styków zmierzyła się z niepokonanym w rundzie rewanżowej zespołem FURDUNCIO Brasil F.C. Gospodarze mieli jedno, proste założenie – sprawić niespodziankę i zatrzymać rozpędzonych Brazylijczyków.

Początek spotkania był wyrównany – obie ekipy potrzebowały kilku minut, by odnaleźć rytm i odpowiednio „ustawić celowniki”. Choć pierwsze groźne okazje stworzyli goście, świetnie między słupkami spisywał się Krzysztof Grabowski, który kilkoma znakomitymi interwencjami utrzymywał swój zespół w grze. Z czasem Furduncio zaczęło przeważać – dominowali w posiadaniu piłki i kreowali więcej sytuacji bramkowych. Mimo to Popalone Styki dzielnie się broniły, a choć rzadko dochodziły do klarownych sytuacji, próbowały zaskoczyć rywala strzałami z dystansu – niestety, bez powodzenia. Na wyróżnienie zasługiwał Luciano Sant’Ana – jego dryblingi i kreatywność robiły różnicę, lecz brakowało skutecznego wykończenia akcji.

Po przerwie Canarinhos ruszyli do zdecydowanego ataku, szybko spychając gospodarzy do głębokiej defensywy. Już w pierwszych minutach drugiej połowy efektowny strzał z przewrotki mógł otworzyć wynik, jednak ponownie znakomicie spisał się Krzysztof Grabowski – bezsprzecznie jeden z bohaterów tego meczu. Brak goli mimo wyraźnej dominacji Furduncio sprawił, że goście zaczęli grać jeszcze odważniej, zostawiając coraz więcej przestrzeni do kontrataków. Popalone Styki próbowały to wykorzystać – miały kilka dobrych momentów, ale brakowało im zimnej krwi pod bramką rywala.

Gdy wydawało się, że mecz zakończy się sensacyjnym bezbramkowym remisem i przerwaną serią zwycięstw Furduncio, sędzia podyktował rzut wolny dla gości tuż przy linii pola karnego – była to ostatnia akcja spotkania. Do piłki podszedł Hugo Chiaradia i kapitalnym strzałem posłał ją prosto do siatki, zapewniając swojej drużynie komplet punktów i eksplozję radości w szeregach zawodników w żółtych koszulkach.

To były niezwykle cenne trzy punkty w kontekście walki o mistrzostwo. Jednak mimo porażki, na słowa uznania zasłużyli również Popalone Styki – przez całe spotkanie walczyli z faworytem jak równy z równym i byli o włos od sprawienia dużej niespodzianki.

2
18:00
( 1 : 0 )
3 : 4
Raport

To spotkanie można podsumować krótko… ALEŻ TO BYŁO MECZYCHO! Jak na hit 6. ligi przystało, obie ekipy pokazały się ze świetnej strony i przygotowały nam jedno z najlepszych widowisk tego weekendu, a na dodatek końcówkę, która na długo zapadnie w pamięci sympatyków Ligi Fanów. Był to bezpośredni pojedynek o fotel lidera, więc plan dla obu drużyn był identyczny – wygrać.

Mobilizację szczególnie dało się zauważyć w ekipie Afteru, bo z dwudziestu dwóch zgłoszonych zawodników na placu nie stawiło się zaledwie pięciu. Jednak patrząc na początek meczu i mając w pamięci ostatnie starcie tej ekipy z Warsaw Gunners, można było odnieść wrażenie, że była to klęska urodzaju, która raczej negatywnie wpłynęła na formację ofensywną gości. Choć pierwsze minuty to wyraźna inicjatywa po stronie After Wola, to z każdą minutą coraz groźniejsze ataki konstruowała ekipa TZ. W 8. minucie Jakub Cygan pofrunął w bramce i tylko dzięki jego refleksowi goście nie stracili gola, a już minutę później znów musiał ratować swój zespół z opresji.

Na pierwsze trafienie długo musieliśmy czekać, ale w 13. minucie Łukasz Walo urwał się Kacprowi Cieśnikowskiemu, a ten był zmuszony faulować – sędzia ukarał go żółtą kartką. Gospodarze długo nie mogli przekuć przewagi liczebnej na gola, ale w końcówce kary w końcu się udało i pomimo kolejnych kapitalnych interwencji golkipera Afteru, Łukasz Walo wbił piłkę do siatki.

Już w pierwszej połowie było widać, że goście nie mają za bardzo pomysłu na grę ofensywną, a rozgrywanie przysłowiowej „lagi” do przodu kończyło się albo stratą piłki, albo interwencją Maćka Miękiny. W samej końcówce Łukasz Walo zmarnował stuprocentową okazję do podwyższenia, nie trafiając do praktycznie pustej bramki – ta część meczu zakończyła się skromnym prowadzeniem TZ 1:0.

Po zmianie stron niewiele zmieniło się w grze gości, którzy wciąż próbowali nieskutecznej taktyki długich piłek w kierunku pola karnego przeciwnika. Za to ofensywa Tylko Zwycięstwo łapała rytm i w 31. minucie Andrzej Morawski oraz Łukasz Walo rozmontowali defensywę After Wola. Już dwie minuty później było 3:0 po trafieniu Mateusza Walczaka. Sytuacja gości wyglądała beznadziejnie, pojawiła się nerwowość, ale wtedy na scenę wkroczył Filip Domański, który mocnym strzałem z prawego skrzydła pokonał Maćka Miękinę. Ten gol dał Afterowi sygnał, że mogą jeszcze powalczyć o korzystny wynik, choć celowniki napadu ekipy z Woli wciąż były rozkalibrowane.

Aż w końcu, w 48. minucie, przełamał się Patryk Abbassi i choć do końca zostały raptem 2 minuty, wynik 3:2 sprawił, że nowe siły wstąpiły w drużynę w białych trykotach. Tylko Zwycięstwo straciło pewność siebie, i już minutę później Abbassi zablokował rozegranie od bramkarza – nagle zrobił się remis!

I kiedy wydawało się, że już nic bardziej spektakularnego w takim meczu nie może się wydarzyć, sędzia podyktował faul w okolicach pola karnego gospodarzy. Daniel Piotrowski podszedł do piłki i sprytnie uderzył bez czekania na gwizdek – piłka minęła zdezorientowanych gospodarzy i zatrzepotała w siatce. Chwilę później sędzia odgwizdał koniec spotkania, a zawodnicy Tylko Zwycięstwo z niedowierzaniem patrzyli na to, co się właśnie stało. Za to chłopaki z After Wola i ich kibice wybuchnęli radością.

Jeśli After Wola zdobędzie mistrzostwo 6. ligi, to ten mecz będzie z pewnością wielokrotnie przywoływany w kontekście najbardziej spektakularnego comebacku w historii Ligi Fanów.

3
20:00
( 2 : 2 )
5 : 9
Raport

W szóstej, a właściwie – jeśli doliczyć Ekstraklasę – siódmej dywizji Ligi Fanów byliśmy świadkami meczu o przetrwanie. Drugi zespół Inferno (choć dziś pełniący de facto rolę pierwszego, ponieważ pierwotna „jedynka” po rundzie jesiennej wycofała się z rozgrywek) podejmował Green Lantern – ekipę, która przecież jeszcze niedawno rywalizowała kilka poziomów wyżej. Zaledwie rok temu „Zielona Latarnia” walczyła w drugiej lidze z takimi markami jak KSB Warszawa, UEFA Mafia Ursynów czy Husaria Mokotów. Trudno więc mówić, że brakuje im doświadczenia w grze z wymagającymi przeciwnikami.

Niestety, z perspektywy Green Lantern obecny sezon to pasmo rozczarowań. Zamiast błyszczeć jak zielone światło nadziei, powoli – patrząc na miejsce w tabeli – stają się czerwoną latarnią ligi. W tym arcyważnym meczu o wyjście z dna to Inferno Team II wyszło zwycięsko, wyprzedzając tym samym swojego bezpośredniego rywala.

A jak wyglądał przebieg spotkania? Do stanu 4:4 obie drużyny szły łeb w łeb – także pierwsza połowa zakończyła się remisowo, 2:2. Decydujące momenty przyszły później. Gole na 4:5, 4:6 i 4:7 mocno ostudziły emocje – choć Green Lantern jeszcze złapało oddech przy trafieniu na 5:7, wlewając odrobinę nadziei w serca swoich kibiców, to był to tylko chwilowy zryw. Inferno Team II dorzuciło dwa ostateczne ciosy – najpierw na 5:8, a potem na 5:9 – przypieczętowując swoje zwycięstwo.

Dzięki tej wygranej drużyna Igora Patkowskiego może z nadzieją patrzeć w przyszłość. Na trzy kolejki przed końcem sezonu opuściła strefę spadkową, spychając do niej właśnie Green Lantern. Ci drudzy mają jeszcze trzy mecze, by odwrócić losy sezonu – ale niestety, nie wszystko już zależy od nich. Muszą liczyć nie tylko na własne zwycięstwa, lecz także na potknięcia rywali.

4
20:00

Gospodarze, po serii remisów, znacząco ograniczyli swoje szanse na medale w tym sezonie. Aby mieć choć cień nadziei, musieli w niedzielę pokonać Virtualnych. Z kolei ekipa Marka Giełczewskiego walczy o utrzymanie i również potrzebowała pełnej puli, by zachować realne szanse na pozostanie w lidze.

Początek spotkania zaskoczył wszystkich. Goście wykonywali rzut rożny, do piłki podszedł Szymon Kolasa i jego dośrodkowanie, po nabraniu rotacji, wpadło bezpośrednio do siatki – Virtualni wyszli na prowadzenie. Radość nie trwała jednak długo, bo gospodarze szybko wyrównali po składnej, zespołowej akcji. Virtualni nie zamierzali odpuszczać – po rzucie karnym, ponownie na listę strzelców wpisał się Kolasa. Chwilę później goście podwyższyli wynik na 1:3 i wydawało się, że mogą spokojnie kontrolować przebieg meczu. Nic bardziej mylnego – Na2Nóżkę wzięło się za odrabianie strat i błyskawicznie zdobyło bramkę kontaktową. Przy stanie 2:3 gospodarze mieli szansę wyrównać z rzutu karnego, ale Paweł Dalecki fatalnie przestrzelił i nie trafił nawet w światło bramki. Na szczęście dla nich, jeszcze przed przerwą udało się doprowadzić do wyrównania i pierwsza połowa zakończyła się remisem 3:3.

Po zmianie stron toczyła się walka o każdy centymetr boiska. Nie brakowało emocji, a sytuacje pod obiema bramkami mnożyły się z każdą minutą. Na2Nóżkę dwukrotnie wychodziło na prowadzenie, ale Virtualni za każdym razem potrafili błyskawicznie odpowiedzieć. Końcówka była niezwykle emocjonująca – na minutę przed końcem goście zdołali odeprzeć atak rywali, przejęli piłkę i wyprowadzili zabójczą kontrę. Futbolówka wpadła do siatki, a chwilę później sędzia zakończył to znakomite widowisko.

Na2Nóżkę praktycznie wie ma już świadomość, że sezon zakończy na czwartym miejscu, natomiast drużyna Marka Giełczewskiego wciąż będzie toczyć zaciętą walkę o utrzymanie w szóstej lidze.

5
22:00

W niedzielny wieczór doszło do pojedynku sąsiadów z tabeli. Piąta i szósta pozycja mogły zwiastować wyrównany mecz, ale – jak to często bywa – pozory potrafią mylić. Od pierwszych minut inicjatywę przejęli Old Boys Derby, a nonszalanckie ustawienie w defensywie Warsaw Gunners raz po raz pozwalało gospodarzom na stwarzanie groźnych sytuacji.

Już w dwóch pierwszych minutach doskonałe okazje miał Kamil Koćwin. Za pierwszym razem przegrał pojedynek z bramkarzem gości, za drugim jego uderzenie minimalnie minęło okienko bramki strzeżonej przez Piotra Czarnomskiego. Gospodarze próbowali spokojnie budować akcje i utrzymywać się przy piłce, choć nie ustrzegli się błędów. W 3. minucie indywidualną akcją popisał się Arek Trwoga – jego strzał był bardzo groźny, lecz minimalnie niecelny.

Czy to z powodu późnej pory, czy niesprzyjających warunków pogodowych, w poczynania obu drużyn zaczęła wkradać się nerwowość, skutkująca coraz agresywniejszą grą. Emocje musiał tonować sędzia Szczytniewski, który ukarał żółtymi kartkami Grzegorza Zaleskiego oraz Krzysztofa Siwka.

W 10. minucie padł pierwszy gol – do siatki trafił wspomniany Zaleski, któremu idealne podanie posłał Marcin Wiktoruk. Warto jednak zaznaczyć, że goście zbyt często pozwalali gospodarzom na zagrania za linię obrony, co skutkowało kolejnymi stratami. Do przerwy Old Boys Derby prowadzili już wysoko, a po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie.

Na listę strzelców wpisywali się kolejno Kurowski, Pryjomski, Suchta i Sasal. Przy stanie 9:0 niewielką dekoncentrację gospodarzy wykorzystał Olejnik, który zdobył dwa honorowe gole dla Warsaw Gunners. Nie miały one jednak większego wpływu na odbiór całego spotkania, które zdecydowanie należało do OldBoys Derby.

Reklama