Sezon 2022/2023
Relacje meczowe: 6 Liga
W szóstej lidze doszło do bardzo ciekawej rywalizacji pomiędzy Virtualne Ń a ekipą Furduncio Brasil. Lepiej w tym sezonie radzą sobie goście, którzy przed startem tej kolejki zajmowali miejsce tuż za pierwszą trójką. Gospodarze grają w tej edycji zdecydowanie poniżej oczekiwań. Problemy kadrowe, w tym słaba frekwencja najlepszego zawodnika Szymona Kolasy, nie pomagały w osiąganiu dobrych wyników. Niedzielne spotkanie rozpoczęło się bardzo spokojnie, oba zespoły nie szarżowały i starały się spokojnie wejść w mecz. Z każdą kolejną minutą potyczka nabierała rumieńców a ataki obu drużyn stawały się coraz bardziej konkretne. Pierwsze trafienie zobaczyliśmy w 8 minucie. Wtedy to rzut karny wykonywali gospodarze. Do piłki podszedł Michał Płotnicki i pewnym strzałem pokonał bramkarza gości. Po zdobycia bramki, Virtualni cofnęli się do obrony i tam oczekiwali na swoich rywali. Zawodnicy z Brazylii nawet przez moment nie zwątpili w swoje umiejętności, ich akcje były przeprowadzane z finezją, jednak często brakowało dokładnego podania. Wyrównanie jednak przyszło dość szybko, Ismiley Maia wykorzystał podanie kolegi z drużyny i było 1:1. Chwilę później było już 1:2. Tym razem gola pod tytułem „stadiony świata” strzelił Diego Caballero. Po szybkim wyrzucie z autu Diego uderzył z pierwszej piłki a ta wpadła w same okienko bramki strzeżonej przez Jerzego Modzelewskiego. Do końca pierwszej odsłony widzieliśmy wymianę ciosów i kiedy wszyscy myśleli, że już nic się nie wydarzy, Virtualni, a dokładnie Jakub Majewski doprowadził do remisu. Druga połowa była jeszcze bardziej zacięta niż pierwsza. Ponownie szybko zdobyta bramka gospodarzy, zwiastowała spore emocje i gwarantowała walkę o każdy centymetr boiska. Radość nie trwałą długo, bo po indywidualnej akcji Gomeza Aliyu, Furduncio ponownie doprowadza do remisu. Do końca pozostawało już tylko kilkanaście minut, a spotkanie robiło się coraz bardziej zacięte. Oba zespoły starały się narzucić swój styl gry, by zgarnąć pełną pulę. W 48 minucie po fatalnym w skutkach błędzie obrony, Furduncio Brasil zdobywa czwartego gola. Czas nieubłaganie zmierzał do końca, przegrywający starali się za wszelką cenę doprowadzić do remisu, goście natomiast dzielnie się bronili, groźnie kontratakując. W końcowych minutach na indywidualną akcję zdecydował się Michał Płotnicki, który minął dwóch obrońców gości i podał piłkę do Filipa Giełczewskiego, a ten nie miał problemu z wykończeniem akcji i mieliśmy 4:4. Wynik do końca nie uległ już zmianie i oba zespoły podzieliły się punktami. Z perspektywy całego meczu wynik wydaje się sprawiedliwy, bo chociaż oba zespoły miały swoje momenty, to żaden nie potrafił przypieczętować swojej przewagi.
W spotkaniu Inferno II z Na2Nóżkę faworytem zdecydowanie byli goście, ale od pierwszych minut meczu było wiadomo, że nie będzie to dla nich lekka przeprawa. Gospodarze z werwą weszli w to spotkanie i dość szybko stworzyli sobie dobre sytuacje. Tyle że to oni, jako pierwsi stracili bramkę po rykoszecie Dawida Wojciechowskiego, który zmylił kompletnie bramkarza. Od tego momentu Inferno dominowało na boisku a ich akcje kończyły się golami. Przy stanie 2:1 chwilę rozprężenia w szeregach ekipy Igora Patkowskiego wykorzystali rywale i najpierw doprowadzili do remisu a chwilę później wyszli na prowadzenie. Do przerwy mieliśmy zatem wynik 2:3. Po zmianie stron Inferno wzięło się do roboty. Aktywni w ofensywie byli Dawid Palucha i Olek Ciężar. Goście - jakby zadowoleni z wyniku - czekali głównie na kontry. Niestety coraz częściej popełniali błędy w defensywie i to spowodowało, że Inferno potrafiło wyrównać, a potem wyjść na prowadzenie. Mozolnie konstruowane akcje gości dały wreszcie efekt i na dwie minuty przed końcem, Na2Nóżkę wyrównali wynik na 4:4. Goście chcieli koniecznie wygrać i postawili wszystko na jedną kartę. Niestety totalnie niepilnowany zawodnik Inferno dopadł do piłki na sekundy przed końcem i nie dał szans Aleksandrowi Sordylowi. Inferno nieoczekiwanie wygrywa i nadzieja na lepsze granie w tym zespole, wróciła na nowo. Z kolei Na2Nóżkę musi koniecznie zdobyć punkty w ostatniej kolejce, by przypadkiem nie spaść z podium na sam koniec rundy jesiennej.
W 8. kolejce 6. ligi lider tabeli, After Wola, podejmował szóstą drużynę rozgrywek – Oldboys Derby. Spotkanie zapowiadało się jako rywalizacja dwóch ekip o zupełnie różnych celach: gospodarze chcieli umocnić swoją pozycję na szczycie tabeli, a goście szukali okazji do przełamania. Dużym faworytem byli gospodarze, co potwierdzili już od pierwszego gwizdka. Pierwsza połowa to popis dominacji After Woli. Już w 3 minucie Radek Żukowski i Patryk Abbassi przeprowadzili świetną dwójkową akcję, którą zakończył Żukowski, otwierając wynik. Sześć minut później Patryk Abbassi podwyższył na 2:0, kierując piłkę do pustej bramki, po kolejnej składnej akcji gospodarzy. Niesamowity występ w tej części meczu kontynuował Kacper Zielaskiewicz, który zdobył bramkę na 3:0. Kolejne dwa gole dołożyli inni zawodnicy After Wola, a do przerwy tablica wyników pokazywała pewne 5:0 dla faworytów. W drugiej połowie Oldboys Derby zdołali nieco poprawić swoją grę. Najpierw Marcin Wiktoruk, po dokładnym dośrodkowaniu od Ihara Bakuna w pole karne, zdobył bramkę na 5:1, a kilka minut później ponownie wpisał się na listę strzelców, zmniejszając straty do trzech trafień. Wyglądało na to, że goście mogą jeszcze powalczyć, ale ich zapał został szybko ostudzony. Radek Żukowski, który rozpoczął strzelanie w tym meczu, ustalił wynik na 6:2, kończąc spotkanie efektownym trafieniem. After Wola potwierdziło swoją klasę, prezentując świetną grę zespołową i skuteczność, szczególnie w pierwszej połowie. Oldboys Derby zdołali poprawić swoje notowania po przerwie, ale to nie wystarczyło, aby poważniej zagrozić liderowi tabeli.
W zupełnie innych kierunkach podążają w tym sezonie Tylko Zwycięstwo oraz Popalone Styki. Jedni będą walczyć o mistrzostwo, drudzy o utrzymanie i w związku z tym mieliśmy raczej małe nadzieje, że bezpośrednie starcie przyniesie większe emocje. Umocniliśmy się w tym przekonaniu, gdy zobaczyliśmy wąski skład Styków, gdzie zabrakło choćby Krzyśka Grabowskiego, dzięki czemu lokatorzy z sąsiednich bloków nie musieli zamykać okien. Co do składu Tylko Zwycięstwo, to był on co najmniej solidny i zdawał się niemal gwarantować zgarnięcie pełnej puli. Zaczęło się jednak dość niespodziewanie, bo to outsiderzy za sprawą Kamila Paszka otworzyli wynik. Ten początek był zresztą niezły w wykonaniu Popalonych, ale nie potrwało to zbyt długo. Rywale szybko wzięli się do odrabiania strat i potrzebowali dosłownie kilku minut, by pokazać, kto tutaj będzie rządził. Na uwagę zasługuje dobra gra Grzegorza Dybcio, który popisał się dwoma asystami, w tym jedną wprost na głowę Andrzeja Morawskiego. Gdy dorzucimy do tego trafienia Łukasza Walo, to z 0:1, zrobiło się 4:1. Dopiero pod sam koniec tej części gry, gola dla Styków po dłuższej przerwie zanotował Konrad Dzięciołowski. Chyba nikt się jednak nie łudził, że to cokolwiek zmieni. Chęci w obozie Antka Zielińskiego nie brakowało, ale rywal był po prostu lepszy, co w drugiej połowie potwierdził. Gole na 5:2 i 6:2 stanowiły stempel na sukcesie faworytów i w związku z tym wszystko co działo się dalej, nie miało już wielkiej historii. Końcowy wynik to 8:3, który oddaje to, co obie drużyny zaprezentowały. Tylko Zwycięstwo umocniło się tym samym na drugim miejscu w tabeli i w kolejną niedzielę powalczy, by najbliższe miesiące przezimować w fotelu lidera. Co do Styków, to tak jak napisaliśmy wcześniej – chłopaki nie odpuścili, lecz w tym składzie personalnym byli po prostu skazani na porażkę. Teraz wszystkie siły trzeba skumulować na finał rundy jesiennej, bo gdyby udało się wygrać, to wówczas ucieczka ze strefy spadkowej byłaby bardzo realna.
W 8. kolejce 6. ligi fanów Warsaw Gunners, zajmujący 4. miejsce w tabeli, podejmowali Green Lantern – przedostatnią drużynę rozgrywek. Mimo wyraźnej różnicy w tabeli, mecz rozpoczął się zaskakująco. Już w 2. minucie to goście wyszli na prowadzenie za sprawą Maćka Czarkowskiego, który po podaniu Sebastiana Bartczuka minął golkipera i skierował piłkę do pustej bramki. Wynik 0:1 obudził gospodarzy, którzy odpowiedzieli błyskawicznie – Patryk Kluk wyrównał na 1:1, a gra chwilowo była jeszcze wyrównana. Od momentu zdobycia prowadzenia przez Kamila Anioła, który wykorzystał wrzutkę z autu i dał gospodarzom wynik 2:1, wszystko zaczęło układać się po myśli Warsaw Gunners. Dwie szybkie bramki zdobyte przez Jana Jabłońskiego odebrały Green Lantern jakiekolwiek nadzieje na pozytywny rezultat. Kapitan faworytów, Arkadiusz Trwoga, również wpisał się na listę strzelców, wykańczając akcję po długim podaniu od bramkarza. Kolejne gole autorstwa Kwiatkowskiego i Kluka – po błędzie bramkarza gości – ustaliły wynik pierwszej połowy na 7:1. Po przerwie Warsaw Gunners całkowicie zdominowali rywali, a ich przewaga przerodziła się w totalną deklasację. Gospodarze bezlitośnie wykorzystywali każdy błąd przeciwnika i ostatecznie zamienili wynik 7:1 w druzgocące 17:1. Arkadiusz Trwoga był prawdziwą gwiazdą tego spotkania – zdobył aż 7 bramek i zaliczył asystę, prowadząc swój zespół do spektakularnego zwycięstwa. Green Lantern po obiecującym początku nie byli w stanie utrzymać tempa gry, a Warsaw Gunners pokazali, dlaczego są jedną z czołowych drużyn ligi.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)