Sezon 2013/2014
Relacje meczowe: 16 Liga
Choć było to pierwsze spotkanie rozgrywane tego dnia na Arenie Grenady, obie ekipy postarały się o świetne i emocjonujące widowisko z finałem godnym zapamiętania na długo. W zapowiedziach wspomniano, że drużyny prezentują odmienne style gry – zderzenie tych dwóch charakterów okazało się przepisem na wyjątkowo wyrównane starcie.
Początek spotkania toczył się pod znakiem wzajemnego badania przeciwnika. W 9. minucie zamieszanie pod bramką wykorzystał Krzysztof Oracz, który sprytną piętką pokonał Michała Jędraka. Kresowia nie pozostawała dłużna – szybko odpowiedział Władysław Łozowski, doprowadzając do remisu. White Foxes błyskawicznie odzyskały prowadzenie, a autorem drugiego gola był ponownie Oracz. W 17. minucie groźna kontra Kresowii zakończyła się strzałem Władysława Ejsmonta w poprzeczkę. Chwilę później Krzysztof Kacprowicz podwyższył wynik na 1:3 i White Foxes schodzili na przerwę z dwubramkowym prowadzeniem.
Druga połowa była jeszcze bardziej intensywna. W 27. minucie obrońca Lisów musiał wybijać piłkę z linii bramkowej, jednak napór gospodarzy przyniósł efekt – po trafieniu Mirosława Nowackiego zrobiło się 2:3. W 30. minucie Kresowia zmarnowała stuprocentową sytuację, ale od tego momentu przejęła inicjatywę, a goście coraz rzadziej gościli pod bramką Michała Jędraka. Od 40. minuty tempo wyraźnie wzrosło, a gospodarze wywierali presję na defensywie rywali. Paradoksalnie to jednak White Foxes zdobyli kolejnego gola – w 45. minucie do siatki trafił Sebastian Borkowski i wydawało się, że goście mają już pewne zwycięstwo. Kresowia przygotowała jednak zwrot akcji. W niecałą minutę Aleksander Martyniuk i Danill Mikulich doprowadzili do remisu 4:4, a gospodarze wciąż napierali, licząc na przechylenie szali zwycięstwa.
Ostatecznie to jednak White Foxes postawili kropkę nad i. W ostatniej akcji meczu po wybiciu piłki przez bramkarza Kresowii, Łukasz Borkowski bez wahania uderzył z pierwszej piłki i posłał ją prosto do siatki, zdobywając fenomenalnego gola na wagę trzech punktów. Chwilę później sędzia zakończył mecz, a White Foxes mogli cieszyć się z dramatycznego, ale jakże cennego zwycięstwa.
O 11:00 na sektorze B zmierzyły się zespoły reprezentujące 16. poziom rozgrywkowy – Nagel oraz Gawulon. Patrząc na dotychczasową formę obu ekip, zapowiadało się na bardzo wyrównane starcie. I tym razem przeczucia nie zawiodły – dostaliśmy naprawdę zacięty mecz.
Pierwsza połowa była zaskakująca, bo nie padł w niej żaden gol. W rozgrywkach szóstek to sytuacja dość nietypowa, biorąc pod uwagę stosunkowo małe boisko i spore bramki. Okazji nie brakowało – problemem była jednak skuteczność. Jedni marnowali dogodne sytuacje, drudzy trafiali na świetnie dysponowanych bramkarzy. Dodatkowo dobrze funkcjonowało ustawienie obu ekip, co skutecznie utrudniało zdobywanie goli.
Analizując przebieg pierwszej połowy, nieco lepsze wrażenie sprawiali zawodnicy Nagela – podobnie wyglądał początek drugiej części. Później jednak inicjatywę przejęli Gawulon, którzy coraz śmielej atakowali. Możliwe, że brak gola podłamał ekipę Radosława Przybylskiego, która wyglądała na coraz bardziej zmęczoną. Być może zabrakło też lidera z poprzednich sezonów – Maksimo Stesiuka, który potrafił rozstrzygać takie mecze w pojedynkę. Przełomowa mogła być sytuacja z rzutem karnym dla Nagela – jedenastka została jednak mocno przestrzelona, a piłka nie trafiła nawet w światło bramki. Jakub Zgryziewicz, który przez cały mecz bronił bardzo pewnie, tym razem nawet nie musiał interweniować.
Gdy worek z bramkami w końcu się rozwiązał, to uczynili to gracze Gawulonu. W krótkim czasie zdobyli aż trzy gole, kompletnie rozbijając defensywę rywali i nie zostawiając im miejsca na odpowiedź. Wszystko działo się w końcówce – czasu na jakąkolwiek reakcję po prostu zabrakło.
Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 0:3, co może być rozczarowujące dla zespołu Nagel. Patrząc na przebieg gry, różnica mogła zamknąć się w jednej bramce. Gratulacje należą się jednak triumfatorom, którzy w kluczowym momencie wycisnęli z tego spotkania maksimum.
We wczesne niedzielne popołudnie, na boisku przy ul. Grenady 16, rozegrano mecz pomiędzy drużyną Grajki i Kopacze a KP Syrenka. Goście, rozczarowani zeszłotygodniowym remisem, wyszli na boisko zmotywowani, by sięgnąć po całą pulę. KP Syrenka, która wciąż nie miała na koncie ani jednego oczka, stanęła przed trudnym zadaniem – zdobyć pierwsze punkty w starciu z wymagającym rywalem.
Grajki i Kopacze od pierwszych minut przejęli pełną kontrolę nad spotkaniem, co bardzo szybko przełożyło się na wynik. Już po pięciu minutach prowadzili 3:0. Chwilowe rozluźnienie gospodarzy wykorzystał Jakub Wawryk, zdobywając honorowego gola dla gości. Jednak im dłużej trwał mecz, tym większą swobodę w grze mieli gospodarze, którzy bezlitośnie wykorzystywali każdy błąd przeciwnika.
W 17. minucie, przy stanie 7:1, sędzia podyktował rzut karny dla gospodarzy. Do piłki podszedł... bramkarz – Łukasz Warda. Jego pierwszy strzał obronił golkiper KP Syrenka, Szymon Chrzanowski, ale przy dobitce Warda był już bezbłędny, ustalając wynik do przerwy na 8:1.
Druga połowa wyglądała niemal identycznie – pełna dominacja Grajków i Kopaczy oraz nieustępliwa walka po stronie KP Syrenka. Nawet drugi przyznany rzut karny miał tego samego wykonawcę, lecz tym razem Łukasz Warda nie potrzebował dobitki. Ostatecznie gospodarze wygrali 16:2 i awansowali na drugie miejsce w tabeli.
KP Syrenka zanotowała trzecią porażkę z rzędu i obecnie zamyka stawkę 16. ligi. Warto jednak zauważyć, że wszystkie dotychczasowe mecze rozgrywała z zespołami z górnej części tabeli, co czyni jej sytuację trudną, ale nie beznadziejną.
Nowy poziom rozgrywkowy, który uruchomiliśmy na wiosnę, zaczyna się coraz bardziej rozkręcać. Widać po uczestniczących zespołach, że z każdą kolejką czują się coraz pewniej na naszych obiektach – zarówno na warszawskim AWF-ie, jak i na Arenie Grenady.
To właśnie na Grenady odbyło się spotkanie trzeciej kolejki rundy wiosennej, w którym zmierzyły się FC Łazarski i FC Ukrainian Devils. Cieszy nas frekwencja – Łazarski stawił się w czternastoosobowym składzie, a Ukraińskie Diabły przyjechały w dziesiątkę. Od pierwszego gwizdka byliśmy świadkami bardzo wyrównanego meczu, a pierwsza bramka padła dopiero w 11. minucie i była dziełem zawodników Łazarskiego.
Gdy wydawało się, że takim wynikiem zakończy się pierwsza połowa, goście wykorzystali rzut wolny – zdobywając swoją jedyną, jak się później okazało, bramkę w tym meczu. Do przerwy mieliśmy remis 1:1, który długo utrzymywał się także po zmianie stron.
Kluczowy moment nastąpił w końcówce – w 41. i 42. minucie gospodarze zadali dwa szybkie, decydujące ciosy. FC Ukrainian Devils zabrakło już sił, by odwrócić losy spotkania, i trzy punkty pozostały przy Łazarskim
Tym samym tuż przed wielkanocną przerwą to właśnie triumfatorzy mogli zejść z boiska z uśmiechem na twarzy. Zespół gości natomiast ma teraz chwilę, by złapać oddech i naładować baterie – potem czas na mocny powrót do rozgrywek, okraszonymi powrotem na zwycięską ścieżkę.
Obie ekipy nie zaszalały z frekwencją – na placu pojawiło się zaledwie trzynastu zawodników. Alliance nie wystawił żadnego zmiennika, co już na starcie postawiło ich w trudniejszej sytuacji, mimo że to właśnie oni byli uznawani za faworytów. Początek spotkania należał do Elekcyjnej, która narzuciła wysokie tempo. Adrian Kanigowski, kapitan gości, szybko zareagował i uspokoił swoich zawodników, by nie wypalili się za wcześnie.
W 6. minucie gospodarze objęli prowadzenie po trafieniu Dmytro Bevziuka, ale na kolejną bramkę trzeba było poczekać aż do 18. minuty. Wtedy Ivan Chernukha podwyższył wynik na 2:0. W ostatniej akcji pierwszej połowy kontaktowego gola zdobył… bramkarz Elekcyjnej – Patryk Więckowski przeszedł z piłką całe boisko i zakończył akcję golem.
Po przerwie to Alliance błyskawicznie uderzyło dwukrotnie – w 27. minucie trafił Nazariy Maksymovych, a chwilę później ponownie Chernukha. W 36. minucie gospodarze dokonali zmiany – do bramki wrócił Eryk Saniewski, a Więckowski przesunął się do ataku. Posunięcie okazało się trafione – dwa trafienia Jakuba Mydłowieckiego zmniejszyły straty do jednego gola.
Niestety dla Elekcyjnej, pełny comeback się nie powiódł. W 45. minucie niefortunnego samobója zaliczył Rafał Kępczyński, a chwilę później hat-tricka skompletował Ivan Chernukha. Ten gol całkowicie podciął skrzydła drużynie Adriana Kanigowskiego, a gospodarze jeszcze dołożyli dwa trafienia autorstwa Bevziuka i Chernukhy, ustalając wynik meczu na 8:3.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)