Sezon 2013/2014
Relacje meczowe: 1 Liga
Będzie już tylko lepiej - mogli pomyśleć zawodnicy BM po drugiej kolejce letniej edycji Ligi Fanów. Terminarz w pierwszych tygodniach nie był dla nich łaskawy, gdyż musieli zmierzyć się z Ogniem Bielany i FC Kebavitą - dwoma faworytami do tytułu. W meczu otwarcia postawili poprzeczkę wysoko młodym chłopakom z okolic Areny AWF, ale ostatecznie przegrali 3:4. W minioną niedzielę natomiast nie zdołali postawić się graczom FC Kebavity, którzy od lat imponują poziomem w największej z amatorskich lig szóstek. Do przerwy gospodarze prowadzili 3:0 po dublecie Sattorova i pięknym trafieniu Aziza w samo okienko. W drugiej połowie wynik otworzyli gracze BM, ale - jak się później okazało - była to ostatnia bramka zdobyta przez najgorszą do tej pory drużynę najwyższego szczebla rozgrywkowego. Na 4:1 trafił Aziz, dobijając piłkę z bliskiej odległości. Później dość długo gospodarze nie mogli się wstrzelić, a futbolówką regularnie trafiali w słupek lub poprzeczkę. W końcu do siatki trafił Okcuoglu, a później… obrońca BM, zaliczając bramkę samobójczą. W końcówce rozkręcił się Baris Kazkondu, strzelając gola z pół-przewrotki, a następnie zmuszając bramkarza do interwencji po uderzeniu pełnoprawnymi nożycami. Całość zakończył ten, który wszystko rozpoczął. Sattorov odebrał piłkę i indywidualną akcją zamknął wynik spotkania w stosunku 9:1.
W poprzedniej kolejce obie ekipy doznały porażki po niezwykle zaciętych i wyrównanych spotkaniach. Podobnego scenariusza spodziewaliśmy się po tym meczu, a zawodnicy postarali się o bardzo ciekawe widowisko. Wprawdzie Contra na starcie podkręciła sobie poziom trudności, przychodząc jedynie z jednym zmiennikiem, ale w początkowej fazie meczu to team Michała Raciborskiego dyktował warunki i już w 5 minucie gola otwierającego zdobył... golkiper gospodarzy. Mateusz Karpiński pogalopował prawym skrzydłem i oddał niespodziewany, acz skuteczny strzał z dystansu. Impuls odpowiedział niedługo potem, a trafienie zaliczył Dmytro Hrynov. Już 2 minuty później Contra wróciła na prowadzenie, a rzut rożny na gola zamienił Tomasz Zagórski. Do końca pierwszej połowy wynik nie zmienił się, ale po zmianie stron inicjatywa przeszła wyraźnie na stronę gości, którzy atakowali coraz zacieklej, momentami zamykając Contrę na własnej połowie. Mimo kilku fenomenalnych interwencji golkiper gospodarzy musiał w końcu skapitulować i w 34 gola wyrównującego zdobył Igor Petlyak. Kolejny gol wisiał w powietrzu, Impuls nieprzerwanie atakował, lecz udało się wyjść na prowadzenie dopiero w 41 minucie, kiedy gola pięknym uderzeniem z dystansu zdobył niezawodny Vladyslav Budz. Trochę koncentracji zabrakło jednak prowadzącym, gdy gospodarze wyprowadzali ataki z udziałem bramkarza i już dwie minuty później Mateusz Karpiński strzelił w światło bramki, a nogę dołożył Marcin Banasiak i mieliśmy remis. Był to bardzo twardy i męski mecz i ostatecznie sędzia ukarał żółtym kartonikiem Bohdana Ivaniuka i Tomka Zagórskiego, ale poza tym mieliśmy do czynienia z kapitalnym widowiskiem piłkarskim, a podział punktów wydaje się tutaj sprawiedliwym wynikiem.
O godzinie 22:00 na sektorze B do meczu o pierwszoligowe przystąpili Korsarze oraz Ogień Bielany. Oba zespoły przyjechały w dość skromnym zestawieniu liczebnym, z zaledwie jedną zmianą. W pierwszej połowie sytuacji bramkowych obie strony miały niewiele. Mimo nieco lepszej gry Ognia, nie było widać z ich strony dużej przewagi w kreowaniu okazji. Rywale skupili się głównie na dobrej grze w defensywie, przesuwaniu i oczekiwaniu na kontry. Premierowa połowa zakończyła się ostatecznie wynikiem 1:2. Kilka minut po wyjściu na drugą odsłonę świetną indywidualną szarżą, zwieńczoną strzałem z dystansu popisał się Loic Bonnet, wyrównując rezultat. W późniejszej fazie meczu Ogień przejął kontrolę nad środkiem pola, nie dopuszczając Korsarzy praktycznie do żadnej straty bramki. Podopieczni Janka Napiórkowskiego wyszli na czterobramkowe prowadzenie i dopiero na koniec zespół Beniamina Chrapowickiego zaczął zdobywać gole, ale to i tak nie za bardzo zmniejszało dystans do rywali, bo Ogień też dorzucał coś do swojego dorobku. Głównie za sprawą znakomitego Kacpra Cetlina (aż 5 bramek i 1 asysta). Spotkanie zakończyło się ostatecznie wynikiem 5:10 i Korsarze musieli przełknąć gorycz pierwszej porażki w sezonie.
Niesamowity thriller zafundowali nam na sam koniec niedzielnej rywalizacji zawodnicy Fair Partner i Ukranian Vikings. Lekkiego faworyta widzieliśmy tutaj w gospodarzach, ale znając charakter Wikingów, jak również widząc ich dobry skład, byliśmy przekonani, że niczego nie oddadzą tutaj za darmo. No i tak naprawdę cały mecz był tego potwierdzeniem, bo chociaż minimalnie bardziej podobała nam się gra Fair Partner, to Ukranian Vikings ani myśleli odpuszczać. Tempo było szybkie, gdy któraś drużyna zdobywała bramkę, to druga błyskawicznie odpowiadała i po pierwszej połowie mieliśmy wynik 2:2. To co najlepsze było jednak dopiero przed nami. W drugiej odsłonie zaczęło się od szybkiego gola dobrze grającego Andrija Bubentsova. Potem Fair Partner wykorzystali liczebną przewagę i na 4:2 podwyższył Aliaksandr Nareika. A gdy zrobiło się 5:2, myśleliśmy, że Wikingowie po tych ciosach już się nie podniosą. Tymczasem oni wzięli się do roboty i przewaga faworytów zaczęła się drastycznie kurczyć. Dwa szybkie gole spowodowały, że różnica wynosiła już tylko jedno trafienie, chociaż gdy w samej końcówce jeden z zawodników Wikingów zobaczył żółtą kartkę, to myśleliśmy, że rywale spokojnie dowiozą wygraną do końca. Jednak gracze Fair Partner grali coraz bardziej nerwowo. I gdy siły się wyrównały, jeden z ich błędów w rozegraniu wykorzystali oponenci, a konkretnie Dima Olejnik. Wynik 5:5 kompletnie nie pasował nominalnym gospodarzom i widać było, że za wszelką cenę chcą tutaj trzech punktów, a nie jednego. I to ich zgubiło! Po stałym fragmencie gry, a konkretnie rzucie rożnym, akcja szybko przeniosła się w drugą stronę i gracze Ukranian Vikings doszli do sytuacji 4 na bramkarza! Takich okoliczności nie wolno było nie wykorzystać a strzelcem zwycięskiego gola okazał się Oleh Dvoliatyk. Coś, co wydawało się niemożliwe, stało się rzeczywistością. Fair Partner przegrali tak naprawdę wygrany mecz i chyba do tej pory nie wiedzą, jak mogło do tego dojść. Brawa natomiast dla Wikingów, bo wyciągnąć taki mecz, z takim rywalem, to była naprawdę duża sztuka. Chapeau bas!







)
)
)
)
)
)
)