Sezon 2013/2014
Relacje meczowe: 5 Liga
Po tym jak Old Eagles przegrali w poprzedniej kolejce ze Sportowymi Zakapiorami, teraz należało wygrać z Bartolini Pasta, by nie stracić kontaktu ze ścisłą czołówką. Rywal w teorii dość wygodny, bo zajmujący niską pozycję w tabeli, ale który potrafi zaskoczyć. To oni jako jedyni w tym sezonie odebrali punkty Zakapiorom (remis 3:3), a dzielnie walczyli też z Georgian Team (porażka jednym golem). To sugerowało, że im lepszy przeciwnik, tym lepsza forma Makaroniarzy. No i to potwierdziło się w niedzielę. Michał Cholewiński i spółka byli bardzo wymagającym przeciwnikiem dla Orzełków i tak naprawdę na własne życzenie nie zdobyli tutaj punktów. Po pierwszej połowie mieliśmy remis 1:1. Lekka inicjatywa była po stronie Bartolini, ale premierowy gol padł łupem oponentów. Udało się jednak wyrównać, a w końcówce jedni i drudzy mieli kilka okazji by zmienić rezultat, ale szwankowała skuteczność. W drugiej odsłonie sporo pracy miał golkiper Old Eagles, Janek Drabik. Z większości sytuacji wychodził obronną ręką, ale po ładnej kontrze rywali, wykończonej przez Rafała Zarembę nie miał szans. Wynik 2:1 utrzymywał się bardzo długo. Orzełki próbowały doprowadzić do wyrównania, w 45 minucie strzał w poprzeczkę zanotował Paweł Lewandowski, ale o ile tutaj szczęście dopisało Bartolini, tak za chwilę ten zespół popełnił błąd w obronie, na którym skorzystał Mariusz Żywek. Przy stanie 2:2 Makaroniarze mieli idealną okazję, by zadać decydujący cios. Świetnie zachował się jednak Janek Drabik i jak się za chwilę okazało – jego obrona była kluczowa dla wyniku. Lada moment znowu ukąsił bowiem Mariusz Żywek i Orzełki w kilka minut odwróciły losy spotkania! Mamy nadzieję, że gracze Bartolini się na nas nie obrażą, ale wykorzystując ich nazwę i jednocześnie oceniając sposób, w jaki wypuścili tutaj punkty z rąk, to można ich nazwać po tym meczu Spartolini. Bo spartolili sprawę w sobie tylko znany sposób. To naprawdę był niezły mecz w ich wykonaniu, ale fatalnie rozegrana końcówka sprawiła, że zostali z niczym. Szkoda. Orzełki mogły z kolei triumfować i chociaż było w tym trochę szczęścia, to potwierdziła się zasada, że trzeba grać do końca. Ale fajne jest to, że główną rolę odegrali w tym wszystkim weterani – Janek Drabik i Mariusz Żywek. Nie mamy wątpliwości, że gdyby nie oni, to wynik byłby odwrotny.
Mieliśmy apetyt na doskonałe widowisko w starciu BMu z Georgian Team, ale dość szybko okazało się, że to goście tego dnia mają swój dzień i od początku spotkania dominowali na boisku. Patrząc na tabelę przed tym starciem to gospodarze byli tuż za podium i zwycięstwo dawało im przeskoczenie rywali w tabeli. Niestety Gruzini okazali się dla nich za mocni i już w pierwszych fragmentach gry widoczne było doświadczenie oraz coraz lepsza forma fizyczna braci Gabrichidze i spółki. Ekipa z Ukrainy próbowała atakować, jednak dobra defensywa przeciwników szybko neutralizowała ataki jakie organizował zespół BM. Z biegiem czasu Gruzini rozkręcali się i po strzeleniu pierwszych bramek całkowicie zdominowali sytuację. Świetnie w ataku radzili sobie Lasha Gabrichidze i Saba Lomia, a w defensywie spokój i rozegranie zapewniał Giorgi Lemonjava. Do przerwy mieliśmy wynik 0:4, co pokazywało kto w tym meczu miał więcej piłkarskiej jakości. Po zmianie stron gospodarze starali się nawiązać walkę, ale nawet gdy dochodzili do sytuacji strzeleckich, to nie potrafili pokonać dobrze dysponowanego w tym dniu Dimitri Shulaia. Gruzini konsekwentnie grali swoją grę, utrzymując się przy piłce i czekając na kolejne okazje. Niemal wszyscy zawodnicy gości mieli swój udział w bramkach dla swojego zespołu. To pokazuje jak mocna jest ta ekipa, gdzie nie ma praktycznie słabych punktów. Ostatecznie Georgian Team pokonał zasłużenie zespół z Ukrainy 0:9, co patrząc na tabelę było niewątpliwie małym zaskoczeniem. Gospodarzom to spotkanie nie wyszło i muszą szybko zapomnieć o tej dotkliwej porażce i skoncentrować się na dwóch ostatnich meczach w rundzie jesiennej.
Ostatnie tygodnie nie były udane z FC Patriot i Munji. Nie chcemy dzielić skóry na niedźwiedziu, ale tym zespołom ciężko będzie walczyć o najwyższe cele w 5.lidze i wydaje się, że priorytetem będzie zapewnienie sobie bezpiecznego miejsca w środku tabeli. Ale żeby tego dokonać, takie mecze trzeba wygrywać. Delikatnym faworytem wydawali się Patrioci, chociaż Munja wreszcie miała solidny skład, więc tutaj o wszystkim miały zdecydować detale. Premierowa odsłona zaczęła się świetnie dla ekipy Dmytro Bobyra, która wykorzystała grę w przewadze i po bramce Yurii Butsa objęła prowadzenie. Ale potem tak dobrze już nie było – Munja zaczęła grać lepiej, szczególnie aktywny był Andrzej Denysov i gole dla tej ekipy były tylko kwestią czasu. Tym bardziej, że nienajlepszy dzień miał bramkarz Patriotów, Artem Nesvit. Widać było u niego duże zaangażowanie, ale gdy piłka leciała w światło bramki, to jego koledzy drżeli, czy na pewno poradzi sobie z jej złapaniem. No i niestety – nie zawsze tak było. Gol na 1:1 to jego błąd, a właśnie to trafienie nakręciło Munję i za chwilę ta drużyna miała już dwa gole przewagi! Patrioci zmniejszyli straty tuż przed przerwą, ale dwubramkowa różnica szybko powróciła, gdy kolejnego gola zapisał na swoje konto Andrzej Denysov. Myśleliśmy, że prowadzący będą w stanie utrzymać bezpieczny bufor, lecz przeciwnicy w końcu wzięli się w garść. W krótkim odstępie zdobyli dwa gole i na kilkanaście minut przed końcem był remis 4:4. O wszystkim musiała zdecydować końcówka. Tutaj o jedno trafienie więcej zainkasowali gracze Munji, gdzie przy tym decydującym na 6:5, znowu nie popisał się bramkarz FC Patriot. Mimo ambitnej postawy, ekipa z Ukrainy nie była w stanie urwać chociaż jednego punktu i musiała się pogodzić z porażką. Według nas dość bolesną, bo ten zespół nie był gorszy, ale musi zatroszczyć się o solidnego golkipera, bo Artem Nesvit może kiedyś takowym będzie, a na razie popełnia błędy, które kosztują jego zespół punkty. Oczywiście nie tylko on był winny takiemu wynikowi, natomiast to są te detale, które przy tak równych jakościowo ekipach decydują. Munja na pozycji bramkarza miała zawodnika dużo pewniejszego, co było jedną ze składowych przerwania fatalnej passy trzech kolejnych porażek.
W kolejnym spotkaniu 5 ligi zespół Inferno Team podejmował niezwykle groźną w tym sezonie drużynę Sportowych Zakapiorów. Gospodarze po dwóch oddanych walkowerach w końcu stawili się na swój mecz. Co prawda grając bez zmian, ale wreszcie mogli przystąpić do sportowej rywalizacji. Ledwie minęła minuta spotkania, a już z pierwszego trafienia mogli się cieszyć podopieczni Igora Patkowskiego. Niestety byłe to miłe złego początki, o czym przekonaliśmy się chwilę później. Choć wydawało się, że goście szybko ruszą do odrabiania strat, to na kolejne bramki musieliśmy trochę poczekać. Niemniej jednak w 7 minucie mieliśmy remis 1-1, a bramkę dla Zakapiorów strzelił ligowy weteran Daniel Lasota. W kolejnych minutach brak zmian w zespole Inferno uwidaczniał się coraz bardziej, a zmęczenie dawało się we znaki, nie pomagały z pewnością dyskusje i wzajemne pretensje. Goście natomiast z każdą minutą grali z polotem i fantazją, a każda zdobyta bramka nakręcała ich coraz bardziej. Po 25 minutach mieliśmy wynik 1-7 i zwycięstwo gości nie było w żaden sposób zagrożone. Niewiadomą pozostawała jedynie przewaga, z jaką zakończą to spotkanie. W drugiej odsłonie Sportowe Zakapiory parły do przodu, a bezpieczny wynik tylko dodawał animuszu zawodnikom Daniela Lasoty i spółki. Wygrywali niemal każdą stykową piłkę, która jak bumerang wracała w okolice pola karnego Inferno. Wynik 1-17 nie pozostawia złudzeń, kto był w tym spotkaniu lepszy. Goście dopisują kolejne 3 punkty i prowadzą w ligowej tabeli, gospodarze są natomiast nad przepaścią, dlatego muszą usiąść wspólnie i przedyskutować kilka spraw, bo już za tydzień kolejne spotkanie i kolejna okazja na zdobycie ligowych punktów.
Było to szalenie wyrównane widowisko, szczególnie w pierwszej połowie, gdzie gola otwierającego obejrzeliśmy praktycznie w samej końcówce. Obie ekipy podeszły maksymalnie skoncentrowane do meczu i skupiły się bardziej na mądrzej grze w obronie i zdobywaniu boiska, niż szalonych galopach do przodu. Głównym powodem, dla którego tak późno padła pierwsza bramka była świetna dyspozycja obu bramkarzy, bo zarówno Piotr Arendt jak i Adam Huseynov wykazywali się czujnością i świetnym refleksem. Dodatkowo gościom zabrakło zwyczajnego szczęścia, bo kilkukrotnie skończyło się na obiciu słupka. Dopiero w 23 minucie przyszło przełamanie – gospodarze grając wysoki pressing zmusili obrońcę do popełnienia błędu i źle rozegrana piłka spadła pod nogi Pawła Poniatowskiego, który wyłożył do niekrytego Bartka Filipa i Scorpiony wyszły na skromne prowadzenie. Po chwili mogło być nawet 2:0, ale wyśmienita okazja skończyła się koszmarnym pudłem. Po zmianie stron uaktywnili się goście i w 28 minucie prawym skrzydłem pogalopował Isa Veysov i zapakował piłkę do siatki strzałem po długim słupku. Tym razem riposta przyszła dość szybko, bo w 30 minucie gospodarze znów wyszli na prowadzenie po golu Serhiia Ryzhuka, ale po tym trafieniu oglądaliśmy kalkę z pierwszej połowy. W końcówce mecz nabrał kolorów, a tempo wyraźnie wzrosło. W 42 minucie dość niespodziewany strzał Barbershopu niemal skończył się golem, a lada moment Azerowie po raz kolejny obili słupek. Gospodarze za to wykorzystali jeden z kontrataków, a pięknym wolejem popisał się Roman Krieger. Szybko stało się jasne, że goście będą tutaj walczyli do samego końca i w 48 minucie Farid Abdullayev dał sygnał do ataku, strzelając na 3:2. Deluxe Barbershop szukając wyrównania wyraźnie pchnęli siły do ataku i nadziali się na kontrę Jarosława Marka, który wyłożył piłkę Pawłowi Poniatowskiemu, a ten ustalił wynik na 4:2.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)