Sezon 2013/2014
Relacje meczowe: 5 Liga
Stawką konfrontacji Munji z A.D.S. Scorpion's było miejsce w górnej połowie tabeli na koniec rundy jesiennej 5.ligi. Faworyt? Trudno go było wskazać, tym bardziej że Munja – o czym wielokrotnie pisaliśmy – to ekipa chimeryczna i jest z nią trochę jak z pudełkiem czekoladek. Nigdy nie wiesz, na co trafisz. Ale w niedzielę ten zespół przyjechał może w nie najszerszym składzie, lecz pod względem jakości wyglądało to nieźle. Ekipa Skorpionów chyba też nie mogła narzekać, chociaż ekipie Artura Kałuskiego miny szybko zrzedły. Rywale zaczęli bowiem od dwóch błyskawicznych trafień i to oni lepiej odnaleźli się w trudnych warunkach, bo boisko o godzinie 9:00 było jeszcze lekko białe i zmrożone. Rywale odpowiedzieli co prawda trafieniem kontaktowym, ale właśnie wtedy w obozie Munji pojawił się Kacper Drozdowicz, który swoją obecność od razu spuentował asystą. Jego zrozumienie z Dawidem Orzechowskim, jak również bardzo pewne trzymanie defensywy przez Eryka Białeckiego spowodowało, że Munja powiększała przewagę. Do przerwy było 5:1, ale na początku drugiej połowy rywale błyskawicznie zdobyli bramkę i dali sygnał, że to nie koniec ich walki o punkty. Problem polegał na tym, że często tracili gole po sytuacjach, po których nie powinni, jak stałe fragmenty gry. Mimo to w pewnym momencie spotkania, drużyna Artura Kałuskiego doszła oponentów na odległość dwóch trafień, jednak na więcej rywal już nie pozwolił, a gol na 7:4 ustalił wynik spotkania. To był niezły mecz Munji, która gdyby zawsze miała dokładnie ten skład, to spokojnie mogłaby być na podium 5.ligi. Nie ma jednak wątpliwości, że wiosną chłopaki będą chcieli zaatakować trzecie miejsce, bo tracą do niego tylko punkt. Skorpiony mają większą stratę, ale zanim wezmą się do roboty, to chyba trzeba wpierw pewne rzeczy załatwić wewnątrz zespołu. Bo widać, że coś tutaj nie współgra i mamy tego efekt w postaci wzajemnych uwag, których nie brakuje podczas meczów. Jeśli te problemy uda się rozwiązać, to dalej będzie już z górki.
Sportowe Zakapiory cały czas czują oddech rywali na plecach, więc aby móc spokojnie spędzić zimę na fotelu lidera potrzebowali zwycięstwa w starciu z BM niczym tlenu do oddychania. Jednak to goście weszli dużo lepiej w mecz, gdy po podaniu Faizena Rahmatshieva, na rajd zdecydował się Andrii Okuma, a swoją akcję zakończył celnym strzałem na 0:1. Jednak weteran Ligi Fanów w szeregach gospodarzy, czyli Daniel Lasota chyba miał minionej niedzieli tak zwany “dzień konia”, gdyż był naprawdę wiodącą postacią w szeregach swojej ekipy. Najpierw osobiście wykonał rzut karny po faulu a następnie tuż przed polem karnym dopadł do bezpańskiej piłki i pięknym strzałem z niewygodnej pozycji umieścił futbolówkę w okienku bramki strzeżonej przez Mykotę Sytnyka. Odpowiedź była naprawdę bardzo efektowna, gdyż pięknym strzałem zza pola karnego popisał się Faizen Rahmatshiev. Goście po raz kolejny wyszli na prowadzenie, tym razem 2:3, gdy po podaniu Andrija Okumy, na przebojowy rajd zdecydował się Danylo Trubnikov, a swój bieg zakończył pewnym strzałem do siatki. Zakapiorom udało się jednak jeszcze przed przerwą doprowadzić do wyrównania, a bohaterem tej konkretnej sytuacji został Aleksy Sałajczyk, który wpisał się na listę strzelców po podaniu Daniela Dąbrowskiego. Chwilę po zmianie stron obejrzeliśmy piłkarską wymianę ciosów, której nie brakowało także efektowności. Najpierw gola na 4:3 zdobył Daniel Lasota, a zrobił to w dość ekwilibrystyczny sposób, strzałem z półobrotu. Goście nie dawali jednak za wygraną i po akcji Faizena Rahmatshieva i podaniu do Oleha Blintsova obejrzeliśmy gola na 4:4. Do końca meczu to gospodarze dyktowali już warunki spotkania, a swoją przewagę udokumentowali jeszcze trzema trafieniami. Szczególnej urody było trafienie Roberta Lacha, który potężnym strzałem z okolic połowy boiska nie dał szans golkiperowi BM. Ostatecznie Sportowe Zakapiory pokonały BM 7:4, a graczem meczu został zdobywca hat-tricka, Daniel Lasota.
Zarówno Deluxe Barbershop jak i Bartolini Pasta nie mogą zaliczyć tej rundy do udanej. Przed tym meczem obie ekipy miały na koncie po jednym zwycięstwie, a w przypadku gości był to zaledwie walkower z Inferno. Było więc jasne, że trzeba postawić na blok ofensywny, bo w przypadku przegranej perspektywa wydostania się ze strefy spadkowej robiła się coraz bardziej odległa. Gospodarze przystąpili do tego spotkania zdecydowanie bardziej zmobilizowani. Już w 6 minucie wynik otworzył Farid Abdullayev, a trzy minuty później było 2:0 po golu Kenana. Bartolini odpowiedziało trafieniem Rafała Zaremby, a w końcówce pierwszej połowy znów trafił Farid Abdullayev. Wydawało się, że Azerowie zejdą do szatni z bezpiecznym prowadzeniem 3:1, jednak w ostatniej akcji pierwszej połowy Michał Cholewiński urwał się obrońcom i zdobył bardzo ważnego gola dla gości. Po zmianie stron jeszcze przez kilka minut inicjatywa była wyraźnie po stronie gospodarzy, a w 29 minucie gola na 4:2 zdobył Khazar Narimanli. Zdawało się, że Deluxe Barbershop „są w gazie”, ale z minuty na minutę jakość rozegrania spadała, a gospodarze popełniali coraz więcej błędów i złych decyzji. Po jednej z takich sytuacji żółty kartonik obejrzał Djavid Zeynalli, a Bartolini wykorzystało przewagę liczebną - Michał Cholewiński wyłożył piłkę Adamowi Kubajkowi, a ten nie dał szans bramkarzowi gospodarzy. Po kolejnej minucie gry był już remis, kiedy Michał Cholewiński przejął fatalne podanie od golkipera Deluxe i bez mrugnięcia okiem zapakował piłkę do siatki. Końcówka była istną wojną nerwów, szczególnie po stronie goście, bo zawodnicy Bartolini mieli przykre doświadczenia w przypadku takich scenariuszy. Tym razem fortuna uśmiechnęła się do gości, bo na dwie minuty przed końcem żółtym kartonikiem został ukarany obrońca Deluxe, a Azerowie postawili wszystko na jedną kartę i okazało się to pechowym posunięciem. Strata piłki w ataku, szybka akcja Adam Kubajka i w 48 minucie gola na wagę zwycięstwa strzelił Mateusz Brożek i rzutem na taśmę Bartolini zwyciężyło 4:5.
Przed startem ligowych rozgrywek w ramach szóstego poziomu, ekipa Patriot myślała pewnie nad grą o czołowe lokaty. Rzeczywistość brutalnie ich zweryfikowała, a widmo walki o utrzymanie stało się bardzo realne. Minionej niedzieli czekało ich relatywnie prostsze wyzwanie. Podjęli oni bowiem drużynę Igora Patkowskiego, która podobnie jak gospodarze - delikatnie mówiąc - nie zachwyca. Wszystko spowodowane mierną postawą, z powodu której czerwona latarnia ligi zdobyła jak dotąd zaledwie jeden punkt. Strzelanie zgodnie z przedmeczową predykcją rozpoczęli Ukraińcy, którzy za sprawą trafienia Dzimitryego Tsikhanenki objęli prowadzenie. W odpowiedzi na taki obrót spraw, goście ku zdziwieniu wszystkich błyskawicznie wyrównali. Niestety dla nich był to ostatni moment w tym pojedynku, w którym mogliśmy oglądać remis. W dalszym fragmencie gry gospodarze zdominowali bowiem przeciwników, aplikując im kolejne cztery bramki. Ostatnia drużyna tego poziomu co prawda próbowała podjąć rękawicę, ale okazało się to być niewystarczające, ponieważ do przerwy mieliśmy wynik 5:2. W drugiej, bliźniaczej odsłonie tego meczu obserwowaliśmy powiększające się różnice między obydwiema drużynami. FC Patriot nie zwalniał tempa, a mniej liczna drużyna Inferno Team wyraźnie opadła z sił. Efektem tego była wysoka, bolesna oraz dotkliwa porażka w stosunku 14:4. Po tym blamażu przegrani muszą wziąć się w garść i solidnie przepracować okres zimowych przygotowań, ponieważ są w tym momencie murowanym wręcz kandydatem do spadku.
Druga z trzecią ekipą spotkały się na Arenie Grenady w niedzielę o godzinie 13:00. Old Eagles kontra Georgian Team to był fajnie zapowiadający się mecz, który naszym zdaniem miał jednak faworyta i byli nim reprezentanci Gruzji. No bo skoro ostatnio potrafili pokonać BM i to nie tracąc ani jednego gola, to w starciu z Orzełkami również powinni sobie poradzić. Ale wiadomo – drużyna z Koła już niejednemu rywalowi czy sprawozdawcy z ich meczu potrafiła zrobić psikusa. Tym razem było jednak do tego bardzo daleko. Old Eagles tak naprawdę tylko na początku spotkania mieli kontakt z rywalem, a potem uwidoczniała się przewaga oponentów, zwłaszcza jeśli chodzi o aspekt techniczny. Zawodnicy z Gruzji bardzo mądrze grali piłką, wymieniali się pozycjami, wyciągali obrońców, a potem następowało kluczowe podanie, po którym zwykle padał gol. I tak ze stanu 1:1 zrobiło się w pierwszej połowie 1:5. Orzełki nie odpuszczały i chęci nie wolno im odmówić. Natomiast rywal był po prostu lepszy, szybszy i zasłużenie wyrobił sobie dużą przewagę. W pewnym momencie tego spotkania było już nawet sześć goli różnicy i dopiero wtedy Old Eagles złapali na dłużej wiatru żagle i od stanu 3:9 zdobyli trzy bramki z rzędu. Nikt się jednak nie łudził, że za chwilę doprowadzą do remisu. Georgian Team lada moment uspokoili sytuację, zdobyli dziesiątego gola i chociaż ostatnie słowo należało do rywali, to mecz zakończył się wynikiem 10:7. Triumfatorzy zrobili to, co do nich należało i mimo iż naszym zdaniem za bardzo rozluźnili się w drugiej odsłonie, to najważniejsze, że osiągnęli cel. I nie ma żadnych wątpliwości, że na wiosnę zaatakują pozycję lidera, bo mają ku te temu wszystkie argumenty. Z kolei Orzełki, mimo że rundę zakończyły porażką, to ta część sezonu była dla nich naprawdę udana. Zespół szybko odbudował się po niepowodzeniu w tamtej edycji i widać, że znów jest duża chęć do gry i do tego, by nie tylko być w Lidze Fanów, ale też powalczyć o coś więcej. I jeśli z takim nastawieniem wrócą na wiosnę, to możemy się spodziewać, że swoje trzy grosze do walki o medale na pewno dorzucą.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)