Sezon 2021/2022
Relacje meczowe: 3 Liga
Trzecia liga w tej kolejce nie zawiodła – emocji było mnóstwo, a jednym z najbardziej elektryzujących spotkań okazało się starcie Elite Teamu z BM. Gospodarze, którzy wiosną weszli do rozgrywek z przytupem, dotychczas szli jak burza. Aż do teraz.
Początek meczu zdawał się tylko potwierdzać status Elite Team jako jednego z faworytów do awansu – najpierw, po 10 minutach gry, wynik otworzył Dima Hrynov, a zaraz potem na 2:0 podwyższył Mateusz Nowakowski. Wszystko szło zgodnie z planem, mimo lekko okrojonego składu. Gospodarze znów imponowali zgraniem, pressingiem i organizacją gry. Ale wtedy do głosu doszło BM. Najpierw sygnał do ataku dał Vladyslaw Burda, zdobywając gola kontaktowego. A tuż przed przerwą wyrównał Skrigun – pokazując, że goście nie zamierzają jedynie statystować w tej opowieści. Mecz zrobił się otwarty, szybki, a każda akcja zaczęła pachnieć golem.
Po zmianie stron znów błysnął lider Elite – Rafał Polakowski dał drużynie prowadzenie na 3:2, ale... tylko na moment. BM błyskawicznie odpowiedziało – najpierw Blintsov doprowadził do remisu, a potem zaczęła się prawdziwa demonstracja skuteczności w wykonaniu gości. Obraz gry? Elite długo przy piłce, ataki pozycyjne, próby rozegrania. Ale co z tego, skoro brakowało wykończenia. A kiedy już udało się stworzyć coś groźnego, na drodze stawał fenomenalny tego dnia Danylo Artemenko. Bramkarz BM był absolutnym bohaterem meczu – obronił wszystko, co było do obrony, a czasem nawet więcej. To on utrzymał BM przy życiu w najtrudniejszych momentach.
Z kolei każde potknięcie gospodarzy BM zamieniało w zabójczą kontrę. Elite Team, chcąc odrobić straty, postawił wszystko na jedną kartę – Rafał Polakowski ubrał narzutkę i grał jako lotny bramkarz. Plan był prosty: zyskać przewagę w ataku. Efekt? Kolejne gole stracone, mecz praktycznie zamknięty.
To pierwsza porażka Elite Teamu w tym sezonie – i to naprawdę bolesna. Zespół, który do tej pory był stawiany w roli kandydata do dominacji w lidze, musiał uznać wyższość świetnie zorganizowanego i piekielnie skutecznego BM. A to zwycięstwo może mieć gigantyczne znaczenie w kontekście walki o podium i mistrzostwo – bo jak pokazuje ta kolejka, w trzeciej lidze nic nie jest jeszcze przesądzone.
Ternovitsia i Dziki z Lasu walczą o mistrzostwo trzeciej ligi, a ich bezpośrednie starcie mogło mieć ogromne znaczenie dla układu tabeli. Goście, po wygranej nad BM-em w poprzedniej kolejce, przyjechali z jasnym celem – zgarnąć kolejne trzy punkty i nie oddać pozycji lidera.
Od pierwszego gwizdka spotkanie było bardzo wyrównane. Obie drużyny miały swoje okazje i nie brakowało twardej walki. Dziki z Lasu, dysponujące wyjątkowo mobilnymi zawodnikami, próbowały wykorzystać szybkość i dynamikę, by stworzyć przewagę. Ale silniejsi fizycznie gracze Ternovitsii nie zamierzali ustępować ani na krok.
W jednej z akcji gości doszło do niecodziennej sytuacji – piłka trafiła pod nogi Romana Shulzhenki, który w tym meczu bronił bramki gospodarzy. Ten nie namyślając się długo, uderzył przez całe boisko i kompletnie zaskoczył Kamila Wiktorowicza. Gospodarze wyszli na prowadzenie, a w szeregach ekipy Kazika Kopra dało się wyczuć lekkie rozczarowanie obrotem spraw. Tuż przed przerwą Dziki jednak dopięły swego – Dawid Goździewski huknął w środek bramki i nie dał szans bramkarzowi, doprowadzając do wyrównania. Po 25 minutach mieliśmy remis 1:1.
Druga połowa zaczęła się od popisu Karola Bieniasa, który dwukrotnie wpisał się na listę strzelców i dał Dzikom pozorne poczucie kontroli nad meczem. Ale Ternovitsia nie zamierzała odpuszczać. Pavel Paduk zdobył gola kontaktowego i na kilka minut przed końcem znów zrobiło się nerwowo. Dziki szybko odpowiedziały – atomowym strzałem popisał się Piotr Jamroż, ale Paduk jeszcze raz odpowiedział – 3:4 i emocje sięgały zenitu.
Gospodarze walczyli do końca, mieli swoje szanse na wyrównanie, ale tym razem zabrakło nieco szczęścia. Ostatecznie Dziki z Lasu wygrały 4:3 i pozostają liderem tabeli. Jeśli wygrają dwa ostatnie spotkania, nikt nie odbierze im złotych medali.
Wszystkie zespoły Tomka Hubnera w tej rundzie grają jak z nut – i trudno nie odnieść wrażenia, że nowi sponsorzy tchnęli w tę ekipę zupełnie nowe życie. Husaria wybiegła na murawę zmotywowana, zdeterminowana i głodna punktów – miało być tylko jedno: zwycięstwo. Ale szybko okazało się, że Deluxe Barbershop nie zamierza robić za tło.
Gospodarze, mimo braku ławki rezerwowych, rozpoczęli spotkanie z dużym zaangażowaniem. To jednak Husaria jako pierwsza trafiła do siatki – Marek Wdowiński otworzył wynik i wydawało się, że goście będą kontrolować wydarzenia. Nic bardziej mylnego. Raul Mammadow odpowiedział błyskawicznie, wyrównał, a potem jeszcze przed przerwą dołożył drugiego gola, wyprowadzając Deluxe na prowadzenie 2:1. W przerwie więcej uśmiechów było po stronie gospodarzy, ale wszyscy widzieli, że czas gra na korzyść Husarii – a konkretnie na niekorzyść rywali, którzy nie mieli kim rotować.
Druga połowa? Napór Husarii, który tylko rósł. Słupek, poprzeczka, piętka Hubnera, akcje skrzydłami, dryblingi Brzeskiego – wyglądało to jak ofensywny festiwal, który długo nie przynosił skutków. Aż w końcu – zupełnie pod prąd gry – Asim Mirzayev wbił na 3:1 i dał Deluxe nadzieję na sensację.
I właśnie wtedy Husaria przestała kalkulować. Najpierw sam Tomek Hubner – jakby chciał powiedzieć „panowie, kończymy żarty” – zdobył kontaktowego gola. Potem wjechał Kuba Brzeski. I zrobił absolutną różnicę. Jego wizja gry, balans ciałem, skuteczność – to był poziom wyżej. Gole zaczęły wpadać seriami. Brzeski, Cegiełka, znowu Brzeski, potem jeszcze raz Hubner – i ani się obejrzeliśmy, było 9:3. Ostatnie dziesięć minut to była czysta dominacja. Deluxe fizycznie opadło z sił, a Husaria? Wyglądała, jakby dopiero co zaczęła mecz. Nie bez powodu są jednym z najpoważniejszych kandydatów do walki o medale. Szeroka kadra, świetna forma i ogromna jakość indywidualna – to zadecydowało o końcówce.
Trzy punkty wędrują na Mokotów, ale Deluxe – mimo wysokiej porażki – zostawił po sobie bardzo dobre wrażenie. Gdyby tylko mieli zmiany, ten mecz mógł potoczyć się zupełnie inaczej.
Perła WWA w 16. kolejce mierzyła się z Warszawską Ferajną. C pierwsi doskonale zdawali sobie sprawę, że komplet punktów w tym meczu to absolutny obowiązek, jeśli chcą jeszcze choć przez chwilę marzyć o utrzymaniu – które już teraz wydaje się piekielnie trudnym zadaniem. Oczywiście zakładając dwa potknięcia z rzędu drużyny Deluxe Barbershop, ale nie takie rzeczy w tym sporcie się działy, żeby w to nie wierzyć. Z kolei Ferajna nawet w najgorszym scenariuszu – po trzech porażkach z rzędu – i tak się utrzyma, spadając jedynie z 6. na 7. lokatę.
Sam mecz był bardzo zacięty i mimo że to starcie drużyn z dołu tabeli, śmiało można je było nazwać niedzielnym hitem. Pierwsza połowa to totalna wymiana ciosów – najpierw prowadzenie objęła Ferajna (1:0), później Perła wyrównała i wyszła na prowadzenie (1:2), ale chwilę później znów musiała gonić wynik. Po przerwie trudno było wskazać faworyta, a kibice z niecierpliwością czekali na drugą część. Mecz był też dostępny w ofercie Superbet, co tylko podnosiło poziom emocji.
Nieoczekiwanie to Perła lepiej weszła w drugą połowę – zarówno pod względem liczby sytuacji, jak i posiadania piłki. Szybko zdobyli bramkę na 2:3, a chwilę później pięknym strzałem z dystansu kapitan Krzysztof Włodarkiewicz podwyższył na 2:4. Ferajna złapała jeszcze kontakt (3:4), ale była zbyt nieskuteczna, by doprowadzić do remisu czy znów objąć prowadzenie. Kolejny strzał z dystansu – tym razem z rzutu wolnego – i piłka znów ląduje w siatce Bartosza Wojciechowskiego. Perła ustawiła klasyczny autobus i grała z kontry, które były naprawdę groźne. Ferajna jeszcze raz zmniejszyła straty, ale chwilę później rywal znów odpowiedział golem. Mecz zakończył się wynikiem 5:6.
Perła zdobywa tym samym niezwykle ważne punkty, a Ferajna może odczuwać spory niedosyt.
W meczu 3. ligi pomiędzy RCD Los Rogalos a Lagą Warszawa wynik dla wielu był pewnie oczywisty jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Zakończyło się totalnym pogromem – goście rozbili gospodarzy aż 0:21.
Od samego początku było widać, że Laga przyjechała tu po swoje. Dominacja nie podlegała żadnej dyskusji, a wynik 0:6 do przerwy i tak nie oddawał skali przewagi. Rogale nie potrafiły wyjść z własnej połowy, a każda strata piłki kończyła się groźną akcją rywali.
Po zmianie stron było tylko gorzej. Laga grała na ogromnym luzie, z pełną precyzją i bez litości wykorzystując każdy błąd gospodarzy. Rogale się posypały – zabrakło organizacji, sił i czegokolwiek, co mogłoby ich podnieść. W drugiej połowie stracili aż 15 bramek. Trzeba jednak oddać Lagerom jedno – nie tylko zagrali świetny mecz, ale pokazali klasę. Gdy usłyszeli, że rywale zaczną w osłabieniu, sami zdjęli jednego gracza, żeby wyrównać siły. Szacunek za taki gest fair play.
Co do meczu – ciężko znaleźć jakikolwiek pozytyw po stronie gospodarzy. To spotkanie można określić jednym słowem: DEKLASACJA.







)
)
)
)
)
)
)
)
)