Sezon Lato 2021
Relacje meczowe: 13 Liga
W pierwszym meczu 13. Ligi Fanów naprzeciw siebie stanęły drużyny White Foxes i Zaruby United. Obie ekipy przegrały swoje premierowe spotkania, więc tym bardziej zależało im, by jak najszybciej otworzyć dorobek punktowy.
Oba zespoły długo się rozkręcały – przez pierwsze 10 minut gra toczyła się głównie w środku pola, a sytuacji bramkowych było jak na lekarstwo. Nic nie zapowiadało, że w kolejnych minutach zobaczymy naprawdę efektowne widowisko. Dopiero w 12. minucie wynik otworzyli gospodarze – niezwykle aktywny od początku Jeremi Wojton wyłożył piłkę Dawidowi Walaskowi, który nie pomylił się w tej sytuacji. Od tego momentu spotkanie nabrało rumieńców. Zaruby szybko odpowiedziały, a bohaterem akcji został Oleksiy Sudenkov, który dwukrotnie trafił do siatki, dając prowadzenie gościom. Niestety dla nich, jeszcze przed przerwą przydarzył się fatalny błąd – źle wykonany aut wystawił piłkę rywalowi niemal do pustej bramki i White Foxes wyrównało na 2:2.
Druga połowa rozpoczęła się idealnie dla Zarubów – Sudenkov skompletował hat-tricka. White Foxes nie zamierzali jednak odpuszczać. Skupili większą uwagę na liderze rywali, często podwajając czy potrajając krycie, ale ten i tak potrafił się uwolnić i stwarzać przewagę. Po stronie gospodarzy wyróżniał się Jeremi Wojton i finałowa część spotkania upłynęła pod znakiem pojedynku tych dwóch liderów.
Mecz był niesamowicie zacięty – żadna z drużyn nie potrafiła odskoczyć na więcej niż jednego gola. Wydawało się, że skończy się podziałem punktów, który patrząc na przebieg gry, byłby sprawiedliwy. Oba zespoły szukały jednak pełnej puli. W końcówce White Foxes mocno przycisnęli rywala, choć brakowało im skuteczności w wykończeniu. Udało się jednak dopiąć swego – tuż przed ostatnim gwizdkiem Damian Olejniczak wpakował piłkę do siatki, ustalając wynik na 6:5 dla gospodarzy.
Choć początek nie zwiastował emocji, zobaczyliśmy bardzo ciekawe spotkanie, w którym minimalnie lepsza okazała się drużyna Roberta Wróblewskiego. Zaruby mogą czuć niedosyt, ale patrząc na ich grę, pierwsze punkty wydają się być tylko kwestią czasu.
W niedzielny poranek byliśmy świadkami starcia pomiędzy Borowikami a Elitarnymi z Gocławia. Pierwsza połowa była bardzo wyrównana, z lekkim wskazaniem na gospodarzy, którzy wydawali się bardziej poukładani i zgrani. Ich ataki były przemyślane, choć Elitarni również mieli swoje okazje. Większość gry toczyła się jednak w środku pola, gdzie oglądaliśmy dużo walki, popisy bramkarzy i sporo nieskuteczności w ofensywie po obu stronach. Dopiero tuż przed przerwą Borowikom udało się objąć prowadzenie, co wywarło presję na gościach i zmusiło ich do większego ryzyka w drugiej części spotkania.
Po zmianie stron obraz gry stał się znacznie bardziej jednostronny. Borowiki przejęły inicjatywę, były skuteczniejsze pod bramką rywala i bezlitośnie wykorzystywały nieporozumienia oraz kłótnie w szeregach Elitarnych. Pechowy samobój przy próbie wybicia dodatkowo pogorszył atmosferę w drużynie z Gocławia. Goście próbowali odgryzać się atakami, ale Rafał Szymański w bramce Borowików rozgrywał kapitalne zawody, wielokrotnie ratując swój zespół efektownymi interwencjami.
Ostatecznie gospodarze wygrali 4:1, po niemal bezbłędnej drugiej połowie, i zgarnęli cenne trzy punkty w starciu z wymagającym rywalem, jakim bez wątpienia są Elitarni.
Lisy Bez Polisy przystępowały do spotkania z Joga Bonito z pozycji czerwonej latarni. Oczywiście tabela po pierwszej kolejce rzadko oddaje faktyczny układ sił, ale kiedy gracz Joga Bonito zaliczył trafienie samobójcze, a następnie Robert Prządka podwyższył wynik, gospodarze schodzili na przerwę z prowadzeniem 2:1, a widzowie kręcili głowami z niedowierzaniem. Okazało się jednak, że były to tylko miłe złego początki.
Po przerwie oglądaliśmy już popis Joga Bonito – seria składnych i skutecznych akcji całkowicie zmieniła obraz gry. Prym w ofensywie wiódł Mateusz Bubrzyk (dwa gole i trzy asysty), ale akcenty rozkładały się na cały zespół – na liście punktujących znalazło się aż sześciu graczy, a asystę dorzucił nawet bramkarz, Patryk Wąsowski.
Lisy w drugiej połowie grały nie tylko Bez Polisy, ale też bez pomysłu. Gospodarze gubili krycie, brakowało im koncepcji na konstruowanie akcji i ostatecznie nie byli w stanie nawiązać równorzędnej walki. Po dwóch kolejkach pozostają na dnie tabeli i bez punktów – czas się otrząsnąć, bo szykuje się dla nich ciężki sezon.
Z kolei Joga Bonito samodzielnie objęła fotel lidera 13. ligi i za tydzień zmierzy się z Zarubami United – drużyną, która również wciąż czeka na pierwsze zwycięstwo.
Boiskowy Folklor w poprzedniej edycji do końca walczył o pozostanie w 11. klasie rozgrywkowej, ale ostatecznie musiał uznać wyższość rywali. Spotkanie z Cockpit Country pokazało jednak, że ekipa Folkloru poważnie myśli o awansie i szybkim powrocie na wyższy szczebel. Wzmocnienia w osobach Adama Jankowskiego i Kacpra Miriuka wniosły dużo jakości – zespół grał szybko, pewnie i konsekwentnie.
Już wynik do przerwy – 8:0 – dobitnie pokazał, kto jest w gazie. Kolejne bramki i dobre akcje w dużej mierze napędzane były przez Miriuka. Kacper nie tylko świetnie grał, ale i skrupulatnie liczył swoje statystyki – a faktem jest, że był zamieszany w więcej trafień, niż ostatecznie odnotowano w formularzu. Takich wątpliwości nie było przy Arielu Kucharskim, który zdobył aż siedem goli, w tym jednego z rzutu karnego (wywalczonego przez Miriuka).
Cockpit Country przez długi czas nie miał argumentów, by odpowiedzieć rywalom. Pierwsze trafienia udało im się zanotować dopiero w drugiej połowie, gdy gospodarze pozwolili sobie na odrobinę dekoncentracji. Trzeba jednak docenić Tomka Kozielewicza, który zdobył hat-tricka i uratował wynik od jeszcze większego pogromu.
Po dwóch kolejkach Boiskowy Folklor znajduje się tuż za podium. Droga do upragnionego awansu jest jeszcze długa, ale jeśli utrzymają obecny skład i boiskową dyscyplinę, to mogą poważnie namieszać w walce o czołowe lokaty.
Obie ekipy zadbały o to, byśmy oglądali wyjątkowo wyrównane starcie, w którym wynik pozostawał otwarty dosłownie do ostatniego gwizdka sędziego. Był to klasyczny przykład meczu „cios za cios” – żadna z drużyn nie potrafiła utrzymać wyraźnej przewagi dłużej niż pięć minut.
Zaczęło się nietypowo – od samobója. Kerim Mamedov nie zrozumiał się ze swoim bramkarzem i efektownym, choć przypadkowym zagraniem, wpakował piłkę do własnej siatki. Już w 8. minucie miał jednak okazję się zrehabilitować – zaliczył asystę przy golu Artema Janczylika. Remis utrzymał się tylko minutę – dla gospodarzy trafił Łukasz Wiśniewski, a chwilę później ponownie odpowiedział Janczylik. Taki scenariusz powtarzał się praktycznie przez całe spotkanie – jedna drużyna wychodziła na prowadzenie, a druga niemal natychmiast odpowiadała. W 15. minucie to Kresowia była górą, ale zaraz straciła przewagę. W 20. minucie Maksym Zhukov strzelił na 4:3 dla Nieuchwytnych, lecz goście wyrównali dosłownie w ostatniej akcji pierwszej połowy.
Po zmianie stron drużyna Daniila Mikulicha dwukrotnie obejmowała prowadzenie i dwukrotnie je traciła. Po drodze Michał Jędrak obronił jeszcze rzut karny wykonywany przez Oleksiia Kyselova. W 45. minucie Nieuchwytni znów wyszli na prowadzenie 7:6, ale Kresowia odpowiedziała błyskawicznie – Mikulich zdobył gola na 7:7. Chwilę później Wiśniewski ponownie dał prowadzenie gospodarzom, ale goście znowu wyrównali – tym razem za sprawą niezawodnego Janczylika.
Patrząc na przebieg meczu, Nieuchwytni powinni zgarnąć pełną pulę. Na trzy minuty przed końcem Mirosław Nowacki po fatalnym zagraniu ręką zobaczył żółtą kartkę, dając drużynie oponentów chwilową przewagę liczebną. Jednak ekipa Marka Szklennika nie potrafiła tego wykorzystać, a Kresowia ostatkiem sił dowiozła remis. Ostatecznie obie drużyny musiały podzielić się punktami.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)