Sezon 2020/2021
Relacje meczowe: 9 Liga
W ramach rozgrywek 9. ligi mogliśmy obserwować rywalizację pomiędzy zawodnikami FC Polska Górom a Legionu. Lepiej w mecz weszli goście, od początku narzucając swój styl gry oraz niesamowitą presję na rywala, nie dając mu nawet chwili na oddech. FC Polska starała się odpowiedzieć, jednak to Legion zdominował grę, skutecznie wykorzystując stworzone okazje na gole.
Świetną dyspozycją tego dnia imponował Barabash, który był obecny na całym boisku, zarówno kapitalnie czytając grę i przerywając ataki rywali, jak również swoimi rajdami i podaniami raz po raz zagrażał bramce rywala. Cała ofensywa gości wyglądała tego dnia znakomicie, o czym dobitnie świadczy wynik, mianowicie 1:5.
W drugiej połowie goście trochę zwolnili tempo, co starali się wykorzystać piłkarze FC Polska Górom. To oni zaczęli dochodzić do głosu i przysłowiowo "odbijać się od dna". Zdobyli 2 gole z rzędu, tym samym niwelując przewagę, jednakże straty bramkowe poniesione w pierwszej części meczu były zbyt duże, a co za tym idzie, nie do odrobienia, przez co gospodarze musieli uznać wyższość oponentów.
Spotkanie zakończyło się wynikiem 8:3 dla Legionu, przez co Legion odskoczył gospodarzom w tabeli na różnicę 4 punktów.
W 9. lidze byliśmy świadkami sensacyjnego remisu pomiędzy aktualnym liderem, Dzikami z Lasu II, a ekipą z miejsca spadkowego, FC Górka Kazurka. Goście nie ruszyli, oni rzucili się do ataku, co ewidentnie zszokowało graczy Dzików. Nie byli oni przygotowani na taką nawałnicę ataków ze strony rywala. Goście to wykorzystali i objęli prowadzenie w tym meczu. Grali jak zaczarowani – nie można było tu mówić o spotkaniu lidera z potencjalnym spadkowiczem.
Rzecz jasna, gracze Kazurki dużo dogodnych sytuacji marnowali, lecz tworzyli taki ogrom okazji bramkowych, że i tak po pierwszych 25 minutach schodzili mając 4 bramki zaliczki. Kolejne 25 minut to istna pogoń za wynikiem w wykonaniu gospodarzy. Obraz tego meczu zmienił się diametralnie, bowiem to Dziki z Lasu totalnie zdominowali kolejną odsłonę tego starcia, nie dając możliwości dojścia do głosu graczom gości.
Mecz ten można śmiało określić rollercoasterem emocji oraz wydarzeń na boisku. Przy wyniku 4:5 został podyktowany rzut karny, którego skutecznie na bramkę zamienił Okolus. Każda z drużyn zaciekle walczyła o zdobycie gola i przechylenie szali zwycięstwa na swoją korzyść, jednakże ostatecznie obie ekipy były zmuszone podzielić się punktami. Tym samym Dziki pozostają na fotelu lidera, zaś goście dalej muszą walczyć o wyjście ze strefy spadkowej.
W pierwszej wiosennej kolejce dziewiątej ligi, w meczu, który mógł zadecydować o miejscu na podium, Mistrzowie Chaosu zmierzyli się z FC Warsaw Wilanów. Przypomnijmy, że pierwszy mecz między tymi drużynami zakończył się wygraną gospodarzy. Początek spotkania to dwie bardzo groźne sytuacje dla gości, które jednak nie zakończyły się bramką. Gdy gospodarze byli przy piłce, ich rywale spokojnie bronili od połowy i czekali na kontratak. Worek z bramkami otworzył Kowalski, wykorzystując podanie Pietruczuka. Na boisku dominowały krótkie podania, rozgrywane na wysokiej intensywności i często z dużym ryzykiem.
Gospodarze stosunkowo szybko wyrównali, ale oba zespoły nadal nastawiały się na pressing. Mecz był bardzo wyrównany, a obie drużyny grały cierpliwie. Bramkarze także dali o sobie znać – dwukrotna interwencja golkipera Mistrzów uchroniła ich przed utratą bramek. Do przerwy wynik był sprawiedliwy – remis 1:1.
Druga połowa zwiastowała jeszcze większe emocje, szczególnie że Karol Kowalski był w świetnej formie, wyróżniał się utrzymaniem piłki oraz umiejętnością rozgrywania i budowania przewag. To jednak rywale jako pierwsi strzelili po przerwie. Kowalski i jego drużyna nie poddawali się – po pressingu na obrońcę byliśmy świadkami brzydkiego podcięcia przez rywala, co dało gospodarzom przewagę liczebną. Z każdą minutą goście budowali swoją przewagę i pewnie odwrócili losy meczu. Dobre decyzje, śmiałość w atakach oraz zaufanie do kolegów z drużyny sprawiły, że kolejne akcje kończyły się bramkami.
Sędzia w tym meczu pokazał tylko jedną żółtą kartkę, choć momentami gra była ostra. Na szczęście obyło się bez poważniejszych kontuzji, a goście, wypracowując przewagę przez zdecydowaną część spotkania, pewnie wygrali 6:4 i mogą już myśleć o miejscu gwarantującym medal. MVP meczu wybraliśmy Karola Kowalskiego, który zdobył 4 bramki i zanotował jedną asystę. Warto także wyróżnić Mateusza Serafina, który zdobył 2 bramki, oraz bramkarza, Alana Bednarczyka.
Faworytem spotkania Skry Warszawa z Blokersami byli gospodarze, którzy w założeniu mają szansę na walkę o awans w tym sezonie. Goście zapowiadali, że będą mocno walczyć o utrzymanie, ale mając zaledwie 3 punkty w 9 meczach rundy jesiennej i zamykając ligową stawkę, te zapowiedzi traktowaliśmy raczej z przymrużeniem oka. Tymczasem już od samego początku nie było widać aż tak dużej różnicy między tymi zespołami. Co więcej, lepiej na tle rywala wyglądali Blokersi, którzy szybko objęli prowadzenie, mieli jeszcze kilka okazji do podwyższenia wyniku i bez kompleksów grali przeciwko wyżej notowanemu oponentowi.
Skra także miała swoje szanse, ale niejednokrotnie świetnym refleksem popisywał się bramkarz Blokersów. Długo utrzymywał się wynik 0:1, aż w końcu na 0:2 podwyższył Bartek Kochan. Do przerwy obie drużyny dołożyły po jednym trafieniu, a na odpoczynek udały się przy stanie 1:3.
W drugiej połowie przez dłuższy czas nie padł żaden gol, mimo kilku dogodnych sytuacji – jakby największe emocje miały wybuchnąć w samej końcówce spotkania. Zaczęło się od złej zmiany, za którą Skra została ukarana minutową karą. To nie spodobało się jednemu z zawodników, który za dyskusje otrzymał żółtą kartkę. W konsekwencji Skra musiała przez minutę grać w osłabieniu o dwóch zawodników, a przez kolejne dwie minuty – o jednego. To była doskonała okazja dla Blokersów, by wykorzystać przewagę i zamknąć mecz. Jednak nic takiego się nie stało, co okazało się punktem zwrotnym w spotkaniu.
Gdy Skra wróciła do pełnego składu, udało się jej doprowadzić do wyrównania (3:3), ale Blokersi znów odskoczyli na jedną bramkę. Wtedy za odkopnięcie piłki po gwizdku zawodnik gości otrzymał żółtą kartkę, a Skra ponownie wyrównała. Po golu na 4:4 doszło do przepychanki, po której sędzia ukarał zawodników czerwonymi kartkami, a oba zespoły kończyły mecz w osłabieniu.
Finalnie gospodarze wręcz wydarli zwycięstwo w ostatniej akcji meczu, wygrywając 5:4. Trochę szkoda Blokersów, bo zagrali naprawdę dobrze i zasłużyli przynajmniej na remis. Parafrazując pewne powiedzenie: „grali jak nigdy, przegrali jak (prawie) zawsze.”
Ekipa Heavyweight Heroes po fatalnej serii trzech porażek kończącej rundę liczyła, że jej ligowy byt poprawi się znacząco, gdy nadejdą spotkania rewanżowe. Tym razem przyszło im się zmierzyć z Czasoumilaczami, którzy wciąż pozostają w wyścigu o mistrzostwo.
Mecz na papierze wydawał się dość prosty w ocenie. Można było spodziewać się wyraźnej dominacji gospodarzy. Pierwsza połowa upłynęła zasadniczo w dokładnie takim stylu. Szybka gra z kontry bezapelacyjnie mogła cieszyć oko, a grad bramek, którym uraczyły nas obydwie ekipy, sprawił, że mimo późnej godziny i słabej pogody, spotkanie oglądało się ze sporą dozą ekscytacji. Siąpiący deszcz nie był jednakże jedynym problemem gości. Wynik do przerwy 6:2 wskazywał, że już nic nie może poprawić ich losu w tym spotkaniu.
Wydawało się, że druga odsłona tego jednostronnego meczu upłynie w podobny sposób. Jednakże Heavyweight Heroes postawiło czynny opór, remisując ostatnią część spotkania w stosunku 1:1. Jest to swego rodzaju pozytyw, na którym powinni oprzeć swoją grę, bo widać, że stać ich na więcej. Gdyby nie fatalny okres dziesięciu minut z pierwszej połowy, którym zaprzepaścili sobie drogę do sukcesu, wszystko mogłoby być zgoła odmienne. Mimo tego porażkę 7:3 należy traktować jako jeden z ostatnich sygnałów bijących na alarm, ponieważ peleton walczący o utrzymanie powoli zaczyna się oddalać.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)