Sezon Lato 2020
Relacje meczowe: 2 Liga
Mecz Graczy Gorszego Sortu z Saską Kępą był wyjątkowy z uwagi na niespotykaną postawę fair-play obu zespołów. Biorąc pod uwagę zaangażowanie, umiejętności oraz waleczność graczy obu zespołów spodziewaliśmy się, że kości będą trzeszczały. Od pierwszych minut była owszem twarda walka, jednak wszelkie nieprzepisowe zagrania kończyły się podaniem ręki rywalowi. To co powinno być standardem w ligach amatorskich, przejawiło się jako unikat w tym właśnie spotkaniu. Wracając do przebiegu czysto piłkarskiego, lepiej zaczynają goście, którzy otwierają wynik spotkania po bramce Karola Mroczkowskiego. Szybkie wyrównanie przychodzi po akcji, którą zainicjował Mateusz Przybysz, a wykończył etatowy snajper GGS-u, Łukasz Kulesza. Jednak w odpowiedzi fantastycznym strzałem zza pola karnego popisał się ponownie "Mroczek", a stojący między słupkami gospodarzy Patryk Kieszkowski, mimo efektownej parady, nie zdołał sięgnąć piłki i mieliśmy 1:2. Warto dodać, że w bramce Saskiej Kępy doskonale sobie radził Tomek Bajdur i w dużej mierze prowadzenie gości było jego zasługą. Na szczęście dla gospodarzy, po kilku chybionych strzałach, na swoje właściwe obroty wskoczył Łukasz Kulesza. To jego dwa trafienia przed przerwą pozwoliły mu skompletować klasycznego hat-tricka, a ekipie GGS-u zakończyć pierwszą odsłonę wynikiem 3:2. Po zmianie stron wyraźnie zabrakło sił gościom, którzy na potyczkę z młodszymi o średnio 10 lat rywalami przyjechali z jednym zmiennikiem. Kolejne trafienia notowali Patryk Sznajder, Kuba Wierzchoń i mieliśmy 5:2. Zryw duetu Damian Ostrowski i Łukasz Borkowski nie pomógł, gdyż bramka na 5:3 była tylko kropelką w szklance, którą trzeba było wypełnić bramkami. Odpowiedź Łukasza Kuleszy była zabójcza - trzy kolejno strzelone bramki dały prowadzenie 8:3. Co prawda gracze ze wschodu Warszawy zmobilizowali się jeszcze na tyle, aby wbić dwie bramki "Gorszym" (Jan Sroka oraz Damian Ostrowski), jednak było to za mało by walczyć o punkty. GGS wygrywa zasłużenie 9:5, a symbolem fair-play w tym meczu niechaj będzie sytuacja, w której napastnik Saskiej Kępy, mimo, iż jego zespól przegrywał, przyznał się sędziemu do strzelenia bramki ręką. Brawo!
Byliśmy bardzo ciekawi formy FC Nova Group po zmianach kadrowych, jakie przeszli przed rundą jesienną. W ich szeregach brakowało Łukasza Wirskiego oraz Daniela Makusa, a więc czołowych graczy z poprzedniego sezonu. Z kolei Sativa Żoliborz to mix dobrze znanych z występów w Lidze Fanów twarzy oraz kilku nowych zawodników, jednak z gwarancją wysokich umiejętności. Zaczynają goście, którzy po okresie lekkiej przewagi optycznej sfinalizowali swoje ofensywne poczynania bramką Patryka Podgórskiego, który nie zmarnował asysty Kuby Kublika. Odpowiedź jednak przyszła bardzo szybko, gdy po akcji Andrzeja Piaseckiego piłkę do bramki skierował Bartek Gałecki. To trafienie sprawiło, że inicjatywę w kolejnych minutach zupełnie przejęli gracze Novy. Najpierw świetne podanie Saeeda Marmara wykorzystał Karol Rogala, a następnie na 3:1 podwyższył Andrzej Miłoński, który sprytnie wykorzystał sytuację wykreowaną przez Kamila Rogalę. Po tym, jak gracz Sativy obejrzał podwójną żółtą kartkę wydawało się, że dojdzie do pogromu, jednak nic bardziej mylnego. Mimo gry w osłabieniu goście zdobywają bramkę na 3:2, a jej autorem jest Mikołaj Wysocki. Niemały szok musieli przeżyć gospodarze, kiedy niemal z połowy boiska piłkę do bramki, lobem, skierował Adrian Rzepecki, doprowadzając do stanu 3:3. Na szczęście dla graczy w zielonych strojach, jeszcze przed przerwą wynik pierwszej odsłony na 4:3 ustalił Krystian Jabłoński. Zmiana stron nie odwróciła obrazu gry i nadal była to bardzo zacięta walka o punkty. Okres świetnej gry dwóch Patryków: Przygody oraz Podgórskiego sprawił, że ich trafienia wyprowadziły gości na prowadzenie 4:5. Jeszcze lepsze humory pojawiły się w szeregach Sativy, gdy bramkę na 4:6 zanotował Adrian Rzepecki, który nie zmarnował celnego podania Damiana Dobrowolskiego. Tuż przed końcem spotkania nadzieję na choćby punkt dał gospodarzom Krystian Jabłoński, jednak nie udało się już dogonić rywali i mecz ostatecznie zakończył się zwycięstwem gości z Żoliborza 5:6.
Na rozpoczęcie ligowych zmagań stanęły przed sobą Zjednoczona Ochota i ekipa FC Górka. Wejście w nowy sezon i głód gry zawsze w takich momentach jest ogromny i tak też właśnie było w tym przypadku. Wynik otworzył ładnym strzałem w prawy dolny róg po odbiciu piłki przez obrońcę drużyny gospodarzy zawodnik Górki Maciek Sienkiewicz. Drużyna z Ochoty jednak długo nie pozostała bierna na wynik meczu i już za chwilę na tablicy wyników mieliśmy 1:1 po znakomitym dośrodkowaniu Daniela Gałązki zewnętrzną stroną buta i dołożeniu stopy przez Krzysztofa Wędrocha, piłka znalazła się w siatce. Jednak później po nieprzemyślanym faulu przed polem karnym do wolnego podszedł Szymon Maruszewski i pięknym strzałem posłał piłkę wprost do bramki przeciwnika. W pierwszej połowie tego meczu powstał nam świetnie rozumiejący się na boisku duet Sienkiewicz - Maruszewski i ci dwaj zawodnicy doprowadzili do tego, że do przerwy mieliśmy wynik 1:4. Rozmowa podczas przerwy u zawodników z Ochoty nie poszła na marne, ponieważ szybko po rozpoczęciu drugiej połowy, po podaniu w pole karne Gałązki pewny strzał oddał Górecki, który to dołożył drugą bramkę na swoje konto w tym meczu. Gdy już się wydawało, że gospodarze zaczną odrabiać straty dobrze ustawionego na lewej stronie boiska Piotra Wardzyńskiego znalazł podaniem Konrad Litwiniuk i korzystny wynik znowu miała drużyna Górki. Jednak piłkarze z Ochoty znowu zbliżyli się do różnicy dwóch bramek za sprawą Góreckiego i Gałązki, a następnie pięknego gola z zza połowy silnym strzałem z podbicia strzelił Damian Wojciechowski, a asystował mu Przemek Kostrzycki. Następnie, po kolejnych groźnych próbach, udało się w końcu Oskarowi Góreckiemu zdobyć bramkę. Miał on już w tej chwili hat-tricka, a wynik był remisowy 5:5. I w tym momencie do akcji znowu po chwilowej drzemce do gry wróciła drużyna Górki i to ona zdobyła dwie kluczowe dla wyniku tego meczu bramki. Najpierw Marcin Godlewski po dobrze rozegranej akcji szybką piłką po ziemi, podał piłkę do Michała Racieniewskiego, a o zwycięstwie samodzielną akcją zadecydował Piotr Wardzyński. Piłkarze gospodarzy później zdążyli zdobyć już tylko jedną bramkę, którą dorzucił na swoje konto Górecki. Kto wie jak potoczyłby się wynik, gdyby ten mecz potrwałby jeszcze kilka minut dłużej. Finalnie Górka wygrywa i może świętować udaną inaugurację ligi.
Cóż to był za mecz! Niezwykle wysokie tempo, imponujący poziom piłkarski i w efekcie opadająca szczęka z wrażenia. Były ruletki, była walka i w końcu były też bramki, chociaż tych, w pierwszej połowie oglądaliśmy zaskakująco mało. Po 25 minutach Eternis prowadził 2:1 m.in. za sprawą wyróżniającego się Konrada Dzięcioła. Z drugiej strony należy pochwalić również bramkarza Orzełów, Arkadiusza Ciołka, bo pomimo rosnącej przewagi rywali utrzymywał swój zespół w grze. Wynik nie oddaje do końca przebiegu meczu, po na boisku naprawdę sporo się działo. Worek z bramkami rozwiązał się po przerwie. Najpierw Żwinis trafił z rzutu wolnego (choć tam znaczenie miał również rykoszet), a później na 4:1 strzelił Adrian Cuch. Orzeły swoją gorszą dyspozycję tłumaczyć mogą mniejszą liczbą zmian, ale ani na moment nie złożyli broni. Udało im się zdobyć nawet bramkę kontaktową, ale to nie wystarczyło, żeby wywieźć choćby jeden punkt. Podrażniony Konrad Dzięcioł wziął sprawy w swoje ręce i wyprowadził swój zespół na trzybramkowe powodzenie. Eternis zasłużenie wygrał 6:3, ale jeśli myślą o mistrzostwie muszą mieć się na baczności, bo rywali mają wcale nienajgorszych. Tymczasem Orzeły mają nad czym myśleć, bo ekipa gospodarzy ma naprawdę duże możliwości, ale w tak wąskim składzie ciężko jest to udowodnić. Zobaczymy, co przyniosą kolejne spotkania.
Na starcie ligowej batalii każdy celuje w miejsca na pudle, jednakże z biegiem czasu boisko wszystko weryfikuje. Ten fakt towarzyszył bez wątpienia obydwu ekipom, które zmotywowane możliwością napisania nowej karty w swojej historii chciały zdobyć trzy punkty. Efektem tego była wyrównana gra na początku spotkania. Drużyny po krótkiej weryfikacji na co mogą sobie pozwolić przeszły do coraz to ciekawszych zagrań. Skutkowało to bramką zdobytą przez Wiktora Kozłowskiego, który ruszył na piłkę w polu karnym po dośrodkowaniu Pietrzaka – pokonując tym samym zaskoczonego Bichtę. Na odpowiedź rywali nie musieliśmy czekać długo. Podjudzony zespół Szmulkers Team przeszedł do kontrataku i bramka na 1:1 autorstwa Patryka Nowickiego stała się faktem. Strzał ładnej urody, gdyż zawodnik gości popisał się kapitalną kontrolą piłki tyłem do bramki, przestawiając do tego stoperów rywali w pojedynkach jeden na jeden. Przed gwizdkiem oznaczającym koniec pierwszej części spotkania mogliśmy oglądać za to kolejne dwa trafienia dla gospodarzy. Pierwsze po kapitalnym dochodzącym dośrodkowaniu Kaszczaka wprost na głowę Pietrzaka, któremu pozostało tylko przedłużyć ją w światło bramki. Drugie natomiast po rykoszecie. Gdy do przerwy zdawało się, że wynik nie ulegnie zmianie - doszło do faulu na jednym z graczy Szmulkers Team. Jak dobrze wiemy rzut karny to jeszcze nie bramka , ale pewna postawa Nowickiego w tym spotkaniu zwiastować mogła, że nie pomyli się w tej sytuacji. Chwilę później zawodnik dowiódł prawdziwości tej tezy pokonując Bartosza Wojciechowskiego. Obie drużyny w drugiej odsłonie spotkania spuściły lekko z tonu z powodu sporego zmęczenia. Gracze Ferajny skupili się na kontratakach, które niestety przez brak celności lądowały przeważnie na łapaczach. Goście natomiast w skupieniu czekając na swoją okazję doszli do głosu na minuty przed końcem spotkania po raz kolejny pokonując bramkarza i tym samym zapewniając sobie punkt z tej ciężkiej rywalizacji. Mecz ten bez wątpienia nadawał się na spotkanie przy blasku jupiterów, ponieważ sami zawodnicy stworzyli kapitalne widowisko remisując przy tym 3:3







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)