Sezon Lato 2020
Relacje meczowe: 7 Liga
W tym spotkaniu rywalizowały ze sobą drużyny umieszczone w tabeli na trzecim oraz piątym miejscu. Jedni i drudzy przystąpili do meczu w składach 8-osobowych, a więc sił nikomu nie powinno tutaj zabraknąć. W pierwszej połowie oglądaliśmy bardzo wyrównane widowisko. Mała ilość sytuacji bramkowych nie pozwoliła do zdobycia łącznie nawet 5 goli, biorąc pod uwagę obie strony. Mimo to trzeba podkreślić liczne interwencje bramkarza gości Bruno Martinsa. Tornado Squad przeprowadzał z kolei groźne kontry. Tworzyli sobie świetne sytuacje do zdobycia gola, ale niestety brakowało skuteczności. Pod koniec premierowej połowy doczekaliśmy się wreszcie pierwszego trafienia. Bramkę dla Furduncio Brasil zdobywa obrońca Bruno Pessoa z główki, po wrzutce z rzutu rożnego. W drugiej połowie wydawało się, że Tornado opadło z sił i trochę zrezygnowało z ciągłych ataków przez świetną dyspozycję Bruno Martinsa. Goście wykorzystali końcowe momenty meczu i dołożyli jeszcze trzy trafienia. Ostatecznie spotkanie zakończyło się wynikiem 0:4 dla Brazylijczyków. Nie można jednak sugerować się tutaj suchym wynikiem, bo mecz był naprawdę równym widowiskiem, ale bramkarz Canarinhos zaprezentował nam świetną formę zdobywając miano MVP 7 ligi i to głównie on przyłożył się do czystego konta swojej drużyny. Sytuacja w tabeli dla Furduncio nie zmieniła się, zaś Tornado spadło z piątego miejsca na siódme.
Bulbez Team w jesiennej kampanii dał się pokonać tylko raz. Było to na początku sezonu, ale potem na ekipę Michała Rychlika nikt nie był w stanie znaleźć sposobu. Drunk Team miał potencjał, by uprzykrzyć życie ekipie z Bemowa, ale gdy zobaczyliśmy skład tej drużyny, to musieliśmy trochę swoją opinię zweryfikować. Okazało się, że na Arenę Grenady nie dojechał najlepszy strzelec Łukasz Walo, a brakowało również Michała Janowskiego. Ten duet miał udział przy więcej niż połowie bramek swojej ekipy, co stanowiło ogromną wyrwę w ofensywnym arsenale Drunkersów. Początkowo nie było tego jednak widać, a nieobecnych kolegów fantastycznie zastępował Michał Figat. To on był autorem obydwu trafień, które spowodowały, że zespół ze stanu 0:1, wyszedł na 2:1. Jednak w dalszej części pierwszej połowy Drunk Team wyhamował. Może to była taktyka, by po objęciu prowadzenia trochę się cofnąć, jednak jej skutki były opłakane. Bulbez wziął się do roboty, regularnie pokonywał Marka Łukaszewicza i pod koniec premierowej odsłony miał dwa gole zapasu. Końcówka tej części gry była zresztą szalona, bo znów obudził się Drunk Team. Zdobył bramkę na 4:3, a pachniało nawet remisem, jednak nadzieje tego zespołu storpedował Maciek Paluchowski, który po przytomnym zagraniu z rzutu wolnego Rafała Dobrosza, ustalił wynik po 25 minutach na 5:3. Potem było już nawet 6:3 i wtedy zaczęły się chwilowe kłopoty Bulbezu. Najpierw kontuzja Marcina Osowskiego, co wymusiło zmianę na bramce. Potem Drunkersi zdobyli dwa kolejne gole i byli dosłownie tuż za plecami graczy w zielonych koszulkach. Zrobiło się ciekawie i gdy myśleliśmy, że czekają nas super emocje, fatalny błąd popełnił golkiper Drunkersów. Marek Łukaszewicz tak niefortunnie chciał wybić piłkę, że nabił nią Karola Szymczuka, który tym samym zdobył prawdopodobnie jedną z najdziwniejszych bramek w swojej przygodzie z amatorską piłką. Niewykluczone, że ten błąd siedział w głowie strażnika świątyni Drunk Teamu, bo kilka minut później nie złapał dość prostej piłki, dobiegł do niej Mariusz Kretkiewicz i było po meczu. Szkoda, że w takich okolicznościach przegrani zostali pozbawieni złudzeń odnośnie punktów, chociaż na ten stan osobowy, jakim zjawili się na Grenady i tak zrobili więcej, niż można było przypuszczać. Skuteczny rewanż na wiosnę, przy założeniu pełnego składu, jest jak najbardziej prawdopodobny. Co do Bulbezu, to można powiedzieć, że było to spotkanie trochę w jego stylu. Sporo dobrych fragmentów, ale też sporo przestojów, a w końcówce odrobina szczęścia, bo trudno powiedzieć, co by było, gdyby nie pomoc bramkarza rywali. Dziś nie ma to jednak żadnego znaczenia, bo na końcu liczy się tylko jedno. Wynik idzie w świat.
Chyba musieliśmy mocno zmobilizować Drwali naszą przedmeczową zapowiedzią, bo rywalizację z Watahą zaczęli fenomenalnie. Nie minęło 15 sekund, a już prowadzili 1:0, a rywal nawet nie zdążył dotknąć piłki. Czy zatem można było sądzić, że oto nastał dzień, w którym Tartak się przełamie i odniesie swoje pierwsze zwycięstwo? Do pewnego momentu jak najbardziej, bo gospodarze rywalizowali z Watahą jak równy z równym i nie odczuwało się dystansu jaki dzielił te ekipy w ligowej tabeli. Z czasem goście dochodzili coraz częściej do sytuacji strzeleckich, aż w końcu pokonali Konrada Dudka po rzucie rożnym. W 16 minucie mieliśmy już 1:2 dla Watahy, a prowadzenie strzałem z najbliższej odległości dał Maciej Lulka. I właśnie takim wynikiem zakończyła się pierwsza połowa. Druga część to znów szybki gol dla Drwali – tym razem po strzale z dystansu Jacka Łukasiewicza, choć nieco „pomógł” mu rykoszet od interweniującego obrońcy, który zupełnie zmylił bramkarza. W odpowiedzi goście znów wyszli na prowadzenie po świetnym uderzeniu z rzutu wolnego i wynik 2:3 utrzymywał się przez dłuższy czas, choć więcej akcji mieliśmy jednak pod bramką Tartaku. Gdy padła bramka na 2:4 można było sądzić, że znów zobaczymy dobrze znany scenariusz, w którym team Luca Kończala nie gra źle, ale i tak pozostaje bez punktów. Wtedy nikt jeszcze nie wiedział, że największe emocje przed nami. Drwale nie spuścili głów, tylko zakasali rękawy i wzięli się za odrabianie strat. Swoje 5 minut miał duet Łukasz Łukasiewicz – Mateusz Wodnicki, bo to właśnie oni doprowadzili do wyrównania, ale znów na 3 minuty przed końcem prowadziła Wataha. I w ostatniej akcji meczu goście w kuriozalny sposób stracili zwycięstwo w tym spotkaniu. W bocznym sektorze przy linii pola karnego gracz Watahy poślizgnął się i mimowolnie wykonał wślizg przy rywalu. Gdy niemal wszyscy zwrócili się w kierunku arbitra, Konrad Bełczyński wykazał się największym sprytem i po prostu skierował piłkę do pustej, w tamtym momencie, bramki. Gol został uznany, a chwilę późnej arbiter zakończył spotkanie, w którym Tartak zdobył swój pierwszy punkt. Wataha miała sporo sytuacji, ale wiele z nich nie wykorzystała, a w bramce znów dobrze spisywał się Konrad Dudek.
W tym starciu mierzyły się ekipy, które w niedzielę miały do rozegrania wyjątkowo dwa spotkania i kluczowy dla wyników mógł być odpowiedni balans siłami. Wysoka frekwencja w obu drużynach świadczyła o tym, że są bardzo zdeterminowani i ich celem są komplety punktów w obu przypadkach. Jako pierwsi na prowadzenie wyszli Virtualni. Sebastian Chrzanowski długim podaniem uruchomił jednego z czołowych snajperów w Lidze Fanów – Szymona Kolasę, który głową umieścił piłkę w siatce. W kolejnych minutach oglądaliśmy wyrównaną i fizyczną grę, która momentami kończyła się faulem. To właśnie po jednym z przewinień, FC Ballers doprowadzili do wyrównania za sprawą składnie rozegranego rzutu wolnego. W końcówce pierwszej połowy goście znów wyszli na prowadzenie, ale ich radość nie trwała długo. Po chwili do wyrównania doprowadził Artem Żuk. Po remisowej pierwszej części meczu wynik 2:2 raczej nikogo nie zadowalał i po chwili odpoczynku obie drużyny wróciły na boisko zmotywowane do walki o całą pulę. Obraz gry nie zmienił się względem pierwszej połowy, oglądaliśmy dużo walki i próby przejęcia kontroli nad meczem z obu stron. Na bramki w drugiej części gry przyszło nam czekać do 42 minuty, kiedy to bezcenny dla Virtualnych duet Płotnicki-Kolasa wyprowadził ich na prowadzenie. W samej końcówce znów doszło do szybkiej wymiany. Najpierw trafienie zaliczyli goście, chwilę później - tuż przed ostatnim gwizdkiem sędziego - piłkę do bramki skierował Artem Żuk, ustalając wynik 3:4 na korzyść Virtualnego Ń. FC Ballers po porażce mieli godzinę na regenerację sił i wyciągniecie wniosków przed drugim spotkaniem, w którym podejmowali TRCH. Virtualne Ń natomiast szczęśliwi po wygranej, mieli dosłownie chwilę na zebranie sił i musieli wrócić na plac gry, gdzie czekała na nich ekipa Zaruby United.
W meczu na szczycie siódmej Ligi Fanów spotkały się dwie mocne drużyny - Virtualne Ń i Zaruby United. Virtualni mieli dosłownie chwilę na regenerację i przygotowanie się do tego meczu, ponieważ chwilę wcześniej rozgrywali spotkanie z FC Ballers, które kosztowało ich sporo sił, ale ostatecznie wygrali 4:3. Zaruby United nie mogło pozwolić sobie w tym starciu na porażkę, bo to skutkowałoby utratą fotela lidera właśnie na korzyść niedzielnego przeciwnika. Biorąc to wszystko pod uwagę zapowiadało się bardzo ciekawe widowisko. Spotkanie rozpoczęło się rewelacyjnie dla gospodarzy, w 3 minucie Marcin Dawydzik otworzył wynik meczu. Goście podrażnieni tym, jak potoczyły się sprawy szukali swoich szans i kolejno w 7 i 8 minucie dwa szybkie ciosy zadał Artur Umiastowski, dając prowadzenie Zarubom. W 12 minucie piłkę z autu celnie w pole karne rzucił Oskar Kość, a bramkę głową zdobył Andriy Voloshchuk. Do końca pierwszej odsłony toczyła się walka o każdy centymetr boiska i żadna z ekip nie była w stanie w pełni przejąć inicjatywy. Wynik do przerwy 1:3. Po zmianie stron oglądaliśmy comeback gospodarzy, którzy za wszelką cenę chcieli odrobić straty. Świetnie w destrukcji spisywał się Bartosz Kaca, który również i w ofensywie zaprezentował swoje atuty, zdobywając bramkę oraz notując asystę. W drugiej połowie strzelali już tylko Virtualni, a przeciwnicy nie mogli znaleźć złotego środka na będącego w dobrej dyspozycji Jerzego Modzelewskiego. Zaruby United zaprzepaścili szansę na wygraną, która po pierwszej połowie wydawała się być na wyciągnięcie ręki. Przegrywając to spotkanie tracą pierwsze miejsce, ale nie zapominajmy, że jest to bardzo dobra drużyna, która za wszelką cenę będzie dążyła do tego, żeby na koniec sezonu być na samej górze. Niedziela kosztowała Virtualne Ń sporo sił, ale nagroda jaką jest fotel lidera w siódmej lidze na pewno wynagrodzi im ten wysiłek.
Przystępując do tego meczu TRCH było stawiane w roli cichego faworyta, gdyż Ballers rozgrywali to spotkanie jako drugie tego dnia. Ekipie Artioma Pastushyka nie brakowało rezerwowych i gospodarze potrzebowali dobrych kilkunastu minut, aby wypracować wyraźną przewagę. Ale gdy TRCH złapało już swój rytm, mecz toczył się pod dyktando teamu Kamila Pasika. Strzelanie rozpoczęło się 12 minucie, a gola otwierającego zdobył Hubert Posacki. W 19 minucie daleki wyrzut golkipera TRCH Adriana Kranasa trafił do Kacpra Sokołowskiego, a ten nie dał szans bramkarzowi i było 2:0, a dwie minuty później pięknym strzałem z rzutu wolnego popisał się Kamil Pasik i gospodarze wyraźnie odskoczyli z wynikiem. Mimo to Ballers nie spuścili głów i jeszcze przed przerwą gola kontaktowego strzelił Artiom Pastushyk i pierwsza połowa skończyła się wynikiem 3:1. Po zmianie stron przewaga TRCH stawała się z minuty na minutę wyraźniejsza. Choć Ballers mieli w nogach już jeden rozegrany mecz, to sił im nie brakowało. Problemem stała się niestety precyzja i pomysłowość. Goście często tracili piłki po niedokładnych podaniach, a ich ataki były zbyt czytelne, żeby zagrozić bramce Adriana Kranasa. Na dodatek niemal każdy rzut wolny jaki wypracowali kończył się obiciem muru. Z drugiej strony TRCH czuło się coraz bardziej komfortowo i luz w grze przekładał się zarówno na błyskotliwe akcje, jak i skuteczne wykończenie. Ani się obejrzeliśmy, a zrobiło się 5:1 po golach Jakuba Grabowskiego i drugim trafieniu Huberta Posackiego. Stało się jasne, że Ballers nie mają tego dnia patentu na team Kamila Pasika, który dokładał kolejne gole, pieczętując w ten sposób zdobycie trzech punktów.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)